Rewelacyjna „Róża jerychońska”: Mocny teatr, z którego trudno wyjść

Dariusz Pawłowski
Dariusz Pawłowski
Zaktualizowano 
Ściskającym gardło wydarzeniem artystycznym rozpoczął nowy sezon łódzki Teatr im. S. Jaracza. „Róża jerychońska” chorwackiej dramatopisarki Diany Meheik w reżyserii Waldemara Zawodzińskiego to mocne wołanie o wydobycie się z bańki bezduszności wygłoszone przez najbardziej humanistyczną obecnie scenę nie tylko Łodzi.

Wszyscy bohaterowie teatralnej „Róży jerychońskiej” są nieszczęśliwi. Jedni życie z cierniem rekompensują sobie krzywdzeniem słabszych, inni uciekając przed nędzą stają się ofiarami. Świat na scenie „Jaracza” to konsekwencja męskiej opresywności (w dobie tuż przed żeńską), obnażonej przed oczami widzów dominującymi nad sceną samczymi figurami (dekoracje Katarzyna Zbłowska). To lupanar wartości, w którym ludzie marni mają się za silnych, o ich znaczeniu ma decydować zasobność portfela lub przynależność do grona zwycięzców, a co w ich mniemaniu daje im prawo do pogardzania „frajerami”, przegranymi, obcymi. Gruzowisko relacji, które zastąpiła żądza. Czegokolwiek.

Sztuka Diany Meheik wciąga nas do jednego z największych koszmarów, zgotowanych bezwzględnym dążeniem do dostatku - handlu ludźmi, który należy do największych nielegalnych biznesów na świecie (zaraz po handlu bronią i narkotykami). Tekst jest tyleż dojmujący i drastyczny, co poetycki, łatwo jednak było się o niego potknąć, popaść w „Veganizm”. Waldemar Zawodziński tymczasem z wrażliwością wydobył z niego uniwersalność, czułość, dotkliwość, zapis lęków i niespełnień współczesnego człowieka. Opowiada o zawartym w dramacie problemie w sposób porażający, ale zarazem subtelnie, językiem sztuki a nie ubitego łopatą wykładu. Pozostawia ohydę, to, co można uznać za bulwersujące, ale nie po to, by szokować czy zaspokajać ludyczną potrzebę gapienia się na plugastwo, ale by wstrząsnąć, pozwolić dostrzec widzowi jego własne mroczne rejony. Konstruuje metaforyczne sceny, które bolą, zawstydzają, są nasycone prawdą o ludzkich słabościach i potwornościach. Nie ma tu nadmiaru, czy braków, to wielki popis precyzyjnej, wyrafinowanej reżyserii, teatru skoncentrowanego na człowieku, pochylającego się nad jego zagubieniem, w przeciwieństwie do hałasu o ideach, za którymi ma się opowiedzieć lub którym sprzeciwić.

Reżyser misternie odkrywa przed nami okrutny proces deptania osobowości. Anis, dla którego bohaterka sztuki ma pracować zaczyna od zmiany jej imienia z Oleny na Amal. Potem następuje odbieranie przeszłości, tożsamości, myśli, ojczystego języka, nadziei. Olena/Amal zostaje upokorzona, zmuszona do prostytucji, pozbawiona siebie - jest tylko ciało, w którym nikt już nie mieszka. Waldemar Zawodziński mistrzowsko składa zapierający dech, pełen napięcia spektakl o cierpieniu w wyniku utraty kontroli nad własnym życiem. Okolicznościach, w których zadziwiająco łatwo się znaleźć. Które mogą przynieść ze sobą też organizatorzy codzienności, pragnący kontrolować wszystko i wszystko.

Oszałamiającą kreację, zbudowaną z silnych emocji przedstawiła w roli Oleny/Amal Agnieszka Więdłocha. To kolosalny występ, pozwalający widzowi z niezwykłą mocą odczuwać wszystko to, co dzieje się z bohaterką. Są w tym żywioł, bezgraniczne wejście w postać, ale i pierwszorzędnie opanowany zawodowy warsztat, co widać już chociażby w pierwszej scenie, w której aktorka jest zarówno przesłuchiwaną, jak i przesłuchującą.

Świetny jest Sambor Czarnota jako Anis, który tresurą Amal (gdy na przykład uderza dłońmi w stół każąc jej tańczyć) nadaje rytm przedstawieniu. To mocno zbudowana postać, która szybko zmienia nastroje, aktor daje jej nie tylko porywczą, brutalną naturę, ale i kawałek jeszcze nieskamieniałego serca, bo przecież Anis zakochuje się w Amal i jej anielskości, co zresztą uznaje za słabość i czego nienawidzi. Ewa Audykowska-Wiśniewska porywająco pokazuje Nadine, która z atrakcyjnej walczącej o swoje kobiety, staje się upadłym, zniszczonym strzępkiem człowieka. Po drodze będzie jeszcze potrafiła okazać Amal litość, tylko po to, by ją za chwilę zniszczyć. Znakomicie, czysto gra Krzysztof Wach - między innymi pięknie rozegrał scenę, w której płaci Amal za striptiz, licząc, że może w ten sposób uda im się do siebie zbliżyć. Przejmujący, odważny epizod w roli Matki daje Ewa Karaśkiewicz.

„Róża jerychońska” to wielowarstwowe, wyraziste przedstawienie, silnie przemawiające, z którego trudno wyjść, które długo się w sobie nosi. Potrząsa przy tym naszą wypracowaną przez drogę z domu do pracy i z powrotem, telewizor i kapcie stabilizacją: bo to wszystko się dzieje tu i teraz, tuż za rogiem. I będzie się działo, dopóki będą klienci podobnych „usługodawców”, jak Anis.

W paraliżującym finale zostaje rozbita nawet nasza bezpieczna pozycja widza. Agnieszka Więdłocha przy zapalonych światłach mówi: to, co zobaczyliście wydarzyło się naprawdę. To nie sztuka, wyobraźnia autora i realizatorów. Olena żyła, miała marzenia, lecz umarła w młodości na wszystkie choroby weneryczne świata. Aktorka schodząc ze sceny i odkładając mikrofon wprawia go w ruch obrotowy. Jak butelkę. Na kogo wypadnie, tego teraz bęc...

polecane: FLESZ: Historyczny sukces Polki. Mamy Nagrodę Nobla!

Wideo

Materiał oryginalny: Rewelacyjna „Róża jerychońska”: Mocny teatr, z którego trudno wyjść - Dziennik Łódzki

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

M
Miłośniczka teatru

Uwaga do redaktora: przy okazji redagowania kolejnej recenzji proszę nie zdradzać tak wielu szczegółów spektaklu. Odbiera Pan widzowi przyjemność z bycia zaskoczonym😏

Ale poza tym, bardzo zachęcająco przedstawił Pan ten spektakl. Pozdrawiam.

Dodaj ogłoszenie