Restauratorka Agnieszka Kręglicka: Nuda i rutyna to największy wróg grillowania

Redakcja
Bartek Syta/Polskapresse
O tym, co się zmieniło w polskiej kuchni, czy jajecznica jest afrodyzjakiem, jakim daniem uwieść mężczyznę i czym uatrakcyjnić tradycyjne grillowanie podczas długiego majowego weekendu, z restauratorką Agnieszką Kręglicką rozmawia Anita Czupryn.

Jak zmienił się smak Polaków przez ostatnie 20 lat? Czym dziś zastąpiono nieśmiertelnego schabowego z kapustą zasmażaną, bigos, ogórki kiszone i śledziki, które wjeżdżały na stół przy okazji domowych i towarzyskich imprez?
Bardzo się rozwinęliśmy kulinarnie i to z kilku powodów. Przede wszystkim dlatego, że zmieniła się nasza ekonomia i nasza otwartość na świat. Zaczęliśmy podróżować, mamy o wiele więcej doświadczeń i świadomości. A ponieważ równolegle do naszych sklepów wchodziły nowe towary, toteż nasz repertuar kulinarny się rozszerzył. Myślę, że nawet tak dużo dań z tradycyjnej polskiej kuchni nie zostało zapomnianych, jak wiele rzeczy doszło. Widać to chociażby po wielkości sklepów. Natomiast w tej całej masie nowych produktów jest bardzo dużo badziewia - rzeczy nic nie wartych, takich, które różnią się tylko opakowaniem, a nie smakiem. I niestety, to jest tendencja, która mnie najbardziej boli. Niby mamy wiele gatunków piwa, lodów, pieczywa, natomiast one wszystkie są ujednolicone produkcyjnie. To jest słabe.

Takim kulinarnym badziewiem są na przykład frytki?
Mogą być frytki i frytki. Zacznijmy od tego, że nowe jedzenie tylko udaje stare jedzenie. Drożdżówka, którą kiedyś kupowaliśmy, składała się z mąki, drożdży, cukru, jajek i masła. W tej chwili ma bardzo dużo polepszaczy i jest już zupełnie innym produktem niż 20 lat temu. Ona powstaje dużo szybciej, jest dużo większa i pachnie dużo mocniej, ale jest w niej dużo mniej produktów podstawowych, a dużo więcej chemicznych dodatków, których byśmy nie chcieli. To samo dzieje się z chlebem, z serami, że nie wspomnę o wędlinach, bo to już jest powszechnie znany proceder, że kiedyś wędliny składały się z mięsa, a dziś składają się z mięsa, wody i różnych substancji, które pozwalają tę wodę utrzymać w stanie szynkopodobnym.

Co jeszcze zmieniło się w naszych kulinarnych upodobaniach?

Zmieniło się też to, że mamy mniej czasu na gotowanie. Zmieniły się godziny jedzenia. Dawniej było tak, że moi rodzice wracali z pracy o godzinie trzeciej i o czwartej jedliśmy obiad. Teraz taki śróddzienny posiłek rzadko bywa w domu, jemy w szkole lub w pracy, korzystamy z jedzenia na zewnątrz i nie jest to jedzenie restauracyjne, a stołówkowe. Gotowanie jest raczej domeną weekendową.

Kiedyś wszystko smażyło się na smalcu, a dziś smalec ze skwarkami i cebulą podaje się w eleganckich restauracjach serwujących tradycyjne polskie dania. Czy chleb ze smalcem, a do tego kiszony ogórek stały się wykwintną przekąską?
Stał się powszechny i popularny w różnych przydrożnych zajazdach, nie jest to wyszukane jedzenie. Ale rzeczywiście, była przez moment moda na kaszanki, smalce, kiełbasy. To jest takie przaśne jedzenie, ogniskowo-piknikowo-grillowe, które cały czas ma swoich zwolenników. Ale podobnie jak ta nieszczęsna drożdżówka i ono ma swoją wersję prawdziwą i mniej prawdziwą. Jeżeli weźmiemy produkty rekomendowane np. przez Slow Food albo robione na wsi ze świnki z własnego chowu, to będą to bardzo luksusowe wyroby. Ale pod tą samą nazwą można też znaleźć ich namiastki w najtańszej przemysłowej wersji. My mamy cały czas sentyment do takiego jedzenia, i dobrze. Tyle, że określanie tego, że to jest nasza kuchnia narodowa, jest dużym uproszczeniem.

To czym się teraz chwalimy przed cudzoziemcami? Już nie ruskimi pierogami, chłodnikiem z koperkiem, golonką i kaszanką?
Możemy się chwalić kaszanką i golonką, ale jeśli golonka będzie z tej samej rasy świni, która jest w masowej hodowli w Niemczech, na takich samych paszach i podobnie przygotowywana, bo to przecież prosta kuchnia, to nie będzie powodu, by szukać tej golonki w Polsce. Najcenniejsze jest to, co nas wyróżnia, odrębność lokalna, rodzime rasy, regionalne przepisy. Naszym wielkim potencjałem jest, że wciąż mamy prawdziwe rolnictwo, drobne, może mało wydajne, ale różnorodne i nieuprzemysłowione. Niestety rolnictwo masowe wypiera małe, i tego małego jest coraz mniej, ale jeszcze cały czas mamy w Polsce ziemię, która rodzi, która nie jest zdewastowana chemikaliami czy przemysłowymi uprawami i mamy wiele osób zatrudnionych w rolnictwie. To potencjał, którego można nam zazdrościć, o ile go nie zmarnujemy. W tej chwili ważą się losy wprowadzenia w Polsce upraw GMO. GMO jest jednym ze sposobów zniszczenia tego potencjału.

Czytaj też: Problem z grillem? [PORADNIK: JAKI GRILL WYBRAĆ?]

Co dziś lubimy jeść najbardziej?
Mogę to oceniać przez pryzmat gości w moich restauracjach. Oni pokazują wyraźnie, że jesteśmy ciekawi różnych smaków. Prowadziłam przez ostatnie 20 lat kilka restauracji z kuchniami obcymi i one zawsze były pełne. Ludzie, którzy je odwiedzają, są ewidentnie ciekawi nowych smaków, chętnie próbują, odkrywają i się nimi cieszą. W tej chwili daniem najpopularniejszym w Warszawie jest pewnie kebab albo sushi. To świadczy o tym, że jesteśmy otwarci. Ale dużo zależy od ekonomii, jeśli będzie dobra, to na pewno będziemy więcej korzystali z dobrego jedzenia i będziemy zwracali więcej uwagi na przyjemność jedzenia niż na to, aby cokolwiek włożyć do garnka. Obecnie modne zaczyna być wynajdywanie produktów wysokiej jakości w sąsiedztwie, pojawił się snobizm na "własnego rolnika".

Bywam i uwielbiam jeść w Pani restauracjach, stąd też wiem, że lubi tam przychodzić wielu polityków i celebrytów. Czy politycy i celebryci mają inne podniebienia niż przeciętny konsument?

(Śmiech) Nie. Nie mogę powiedzieć, że mają oni inne oczekiwania. Przynajmniej ja nic o tym nie wiem. Moje restauracje są różne i przyciągają różnych gości i pewnie są przydatne na różne okoliczności, ale w gruncie rzeczy nie są bardzo drogie, więc przychodzi do nich dużo publiczności.

Ale znane twarze ze świata show biznesu widzi się zwłaszcza w czwartki i piątki, bo podobno w te dni macie świeże ostrygi i mule.
To nie jest reguła. Ten mit o świeżych dostawach ryb i owoców morza wciąż funkcjonuje i goście lubią się nim podpierać i my z przyjemnością wtedy je sprzedajemy, ale dziś dostawy świeżych ryb i owoców morza są co drugi dzień, więc one są zawsze świeże. Mimo to ten mit, który 20 lat temu się pojawił, trzyma się mocno, a goście cieszą się, że mają taką wiedzę tajemną na temat restauratorów i niektórzy mówią: "We wtorek nigdy u was nie zjem ryby". (śmiech)

Dziś w Warszawie najpopularniejszym daniem jest pewnie kebab albo sushi. Modne jest wynajdywanie produktów wysokiej jakości, pojawił się snobizm na "własnego rolnika"

Wracając do tematu GMO - czy żywność genetycznie modyfikowana ma zmieniony smak?
Nie. Jeśli chodzi o żywność modyfikowaną genetycznie, to jej problem nie dotyczy smaku. Te modyfikacje wspierają wielkie rolnictwo przemysłowe i masowe. To rolnictwo przeciwdziała bioróżnorodności, koncentruje się na jednym gatunku pszenicy, soi czy kukurydzy. A to, na czym nam zależy, zależy smakoszom i powinno zależeć ludzkości, to bioróżnorodność. Bo ona poza tym, że daje wielość smaków, wielość doznań, wyjątkowość regionalną, to daje też dużo większe bezpieczeństwo. Bezpieczeństwo biologiczne, bo kiedy coś tąpnie, stanie się szkodliwe, a będziemy uzależnieni tylko od jednego gatunku, to będzie dużo bardziej niebezpieczne. Dlatego masowa produkcja jest tak obwarowana różnymi przepisami higienicznymi, bo grozi dużo większymi konsekwencjami niż wtedy, kiedy skala jest nieduża i lokalna. Popieram badania nad organizmami genetycznie modyfikowanymi, w ramach badań naukowych ograniczonych do laboratoriów, natomiast wypuszczenie tego do środowiska, a szczególnie do jedzenia, wydaje mi się zdecydowanie za wczesne przy tym stanie badań, które są prowadzone dzisiaj. Konsekwencje tego mogą być dużo bardziej poważne, niż sobie zdajemy sprawę w tej chwili.

Zauważyłam, że ostatnio niemal do wszystkiego dodaje się soję. Ziarna soi są w pieczywie, w budyniach, jogurtach, mące, a nawet parówkach. Skąd taka popularność soi?
Dlatego, że jest tania i że jest łatwo pozyskiwana. W Stanach większość produktów na półkach sklepowych robionych jest na bazie soi i kukurydzy. To jest tendencja, która wynika z tego, że to jest tanie, że wystarczy to zabarwić, dodać aromaty i będziemy się nabierali na to, że to jest smaczne. Niestety, produkty przemysłu spożywczego są wymyślone tak, żeby nam smakować, więc je kupujemy. Jeśli nie będziemy się interesowali, tym, co jemy, to będziemy mieli takie same skutki zdrowotne jak w USA. Już w tej chwili mamy wzrost otyłości u dzieci, wzrost zachorowalności na cukrzycę. Musimy czytać etykiety. Prawdziwy jogurt to mleko i bakterie, a ten, który ma najwięcej reklam, jest dystrybuowany w całym kraju i może długo stać na półce, ma dodatkowo całą listę składników, których jeść nie warto.

Spotkałam się z opinią, że być może niedługo wszyscy staniemy się wegetarianami, bo hodowli nie będzie albo będzie jej coraz mniej. Myśli Pani, że taka przyszłość jest możliwa?
Myślę, że to by jak najbardziej służyło naszemu zdrowiu. Nie chodzi o to, że mięso jest złe dla człowieka. Są tradycyjne diety, gdzie mięso nie szkodzi. W krajach północnych, gdzie prawie nie ma warzyw i je się mięso fok, ryb, to dieta wysokobiałkowa się sprawdza. Ale w momencie, kiedy jemy dużo mięsa z przemysłowej hodowli, to zaczyna nam to szkodzić. Ludzie mogliby żyć w ogóle bez mięsa, pokazują to Indie, zdrowotnie dalibyśmy sobie z tym radę. Ale to, że jadamy mięso, jest częścią naszego podstawowego dziedzictwa. W jednej z teorii to od polowania i ogniska rozpoczyna się mowa o kulturze i rozwoju człowieka, więc jedzenie mięsa towarzyszy nam od zawsze. Ale gdybyśmy jedli mniej mięsa, za to lepszej jakości, uwzględniającego w hodowli dobrostan zwierząt, to byłby bardzo dobry kierunek.

Jak ocenia Pani talenty kulinarne współczesnych Polek? Dobrze gotują?
Jeśli gotują, to robią to fantastycznie. Myślę, że każdy, kto gotuje, ten dobrze gotuje. Widzę wielką wartość w gotowaniu, w tym, żeby robić to samodzielnie, im więcej gotujemy, tym lepiej jemy. Oczywiście można dyskutować, czy dodajemy za dużo śmietany, czy masła, ale to nam tak bardzo nie szkodzi. Gdybyśmy robili sami frytki, to zjadalibyśmy ich dużo mniej niż wtedy, gdy kupujemy je gotowe, zamrożone z supermarketu. Bo zabawy przy tym jest tak dużo, że nie będzie nam się chciało tego robić często. Domowe gotowanie kieruje nas ku prostocie, łatwiej ugotować ziemniaki w mundurkach niż zrobić frytki. I bardziej świadomie kupujemy, bo wiadomo, że od jakości produktu zależy efekt finalny. Kiedy gotujemy, mniej jedzenia wyrzucamy, bo skoro włożyliśmy w przygotowanie dania pracę, to bardziej żal, a poza tym wiemy, co jest w środku.

Coraz częściej obserwuję, i to nie tylko we własnej rodzinie, ale i wśród przyjaciół, że za gotowanie zabierają się mężczyźni. I są w tym naprawdę nieźli, mają fantazję i dobry smak. Ale to chyba nadal reguła, że w restauracjach funkcje szefów kuchni piastują zwykle panowie?
Pewnie nadal tak się dzieje, z kilku powodów. Kiedyś wynikało to z tego, że praca w kuchni była bardzo ciężka, wymagająca krzepy fizycznej. W tej chwili już nie jest to tak istotne. A dziewczyny mają równie dobry smak. Może nie mają takiego parcia na decyzyjność, na to, żeby kierować zespołem, mniej się pchają do rządzenia, ale u mnie w restauracjach jest pół na pół: na sześć restauracji, w trzech szefują kobiety, w trzech mężczyźni.

Kuchnie całego świata szczycą się, że w swoim menu mają afrodyzjaki. Czy w polskiej kuchni również mamy do czynienia z prawdziwymi afrodyzjakami?

Właściwie każdy produkt miewał taką opinię, że może być afrodyzjakiem. To zależy od podejścia. Podobno nawet jajecznica, którą mężowie robią swoim żonom zwykle w soboty na śniadanie, również posiada cechy afrodyzjaku.
Nie wierzę w taki sposób magicznego działania jedzenia, ale wierzę w to, że można czarować jedzeniem i można starać się o kogoś, o czyjeś względy za pomocą jedzenia i ono w tym pomaga. Natomiast trudno wierzyć, że jak komuś podamy jajko, to on się w nas zakocha. Raczej jest tak, że jak powiemy, że to jest afrodyzjak i specjalnie dla kogoś go przygotowaliśmy, to on będzie patrzył na nas z większym zainteresowaniem. W ten sposób danie, które sami przygotowaliśmy, może być afrodyzjakiem.

Wszystko więc polega na sile sugestii?
Prędzej to niż faktyczny wpływ dwunastu ostryg na śniadanie, które pomagały Casanovie.

A jakim daniem Pani uwiodła swojego ukochanego?
Poznaliśmy się przy jedzeniu, to było wiele lat temu w Norwegii, gdzie byliśmy oboje, pracując na saksach w czasie wakacji. Zrobiłam sałatkę z kapusty z rodzynkami, czosnkiem i majonezem, a Piotrek smażył wyłowione przez siebie węgorze. Zestaw kulinarny był bardzo dziwny, ale zadziałało.

Różnią się czymś potrawy, którymi można uwieść kobietę, od tych, którymi można uwieść mężczyznę?
Przede wszystkim trzeba brać pod uwagę to, co lubi dana osoba. Wszelkie generalizacje mogą prowadzić do nietrafionych działań. Lepiej nie czytać takich porad w poradnikach, ale zainteresować się, co lubi osoba, na której nam zależy, i tym powinniśmy jej sprawiać przyjemność.

Niedawno przeczytałam książkę Martina Sutera pt. "Kucharz". Bohaterem jest tamilski emigrant, mistrz kulinarnej sztuki uwodzenia, którą tworzy dla bogatych klientów za pomocą kuchni molekularnej. Będę wdzięczna za przybliżenie naszym czytelnikom tajemnic kuchni molekularnej. Myśli Pani, że może ona stać się przyszłością w restauracjach?

Rzeczywiście kuchnia molekularna dużo wniosła do rozwoju, to wielkie odkrycie, nareszcie coś się zadziało od lat 70. w tym zastoju, jaki panował w kulinariach. To jest włączenie do kuchni wiedzy o chemii, fizyce i zastosowanie różnych ciekawych urządzeń, które pozwalają przerabiać jedzenie na nowe sposoby. To daje możliwość, by jedzenie przybierało nowe formy i stawało się zaskakujące. Ta kuchnia ma wiele różnych twarzy. Nie będzie tak, że stanie się ona dominującą, ale jej elementy na pewno będą wchodziły do codziennego użytku. To już się dzieje. Jedna z technik, którą promuje kuchnia molekularna, polega na gotowaniu w niskich temperaturach, szczególnie produktów, które są zapakowane próżniowo. Za chwilę będziemy stosować to w domach, bo daje to fantastyczne rezultaty. Nie sądzę, żebyśmy zaczęli pracować z ciekłym azotem, bo to jednak trochę niebezpieczne i trzeba mieć wprawę w mrożeniu różnych rzeczy. Restauracja "Noma" w Kopenhadze, która teraz jest uważana za jedną z najlepszych na świecie, pracuje trochę na elementach kuchni molekularnej, wykorzystują wiele technik, ale ta kuchnia jest jednocześnie najbardziej skandynawską z możliwych. Tam nie używa się żadnych produktów spoza regionu. To jest fantastyczne i w smaku, w prezentacji dań, które kojarzą się z tym, jak Skandynawia wygląda i funkcjonuje, i w dekoracji restauracji. To też jest sposób na kuchnię molekularną.

Tymczasem my jesteśmy przed długim weekendem i przygotowujemy się do tradycyjnego grillowania. Ale może ono jest już passe? Może dziś zamiast grillowania karkówek fajniej jest wybrać się z koszem piknikowym na zieloną trawkę?
I znowu myślę, że grillowanie może mieć wiele różnych twarzy. Można kupić gotowca, zestaw do grillowania z tak zwanymi smakołykami w supermarkecie, i to nie będzie moje ulubione grillowanie. Ale jeśli ktoś przygotuje dla mnie domowo dobry kawałek mięsa czy warzywa, to grillowanie daje nieskończone możliwości popisów kulinarnych i fajnie by było, żeby ono trwało. To jest świetna zabawa, przede wszystkim dlatego, że kuchnia jest w środku przyjęcia, i wszyscy w niej uczestniczymy, a w gotowaniu chodzi bardziej o relacje między ludźmi niż o samo jedzenie, a może o połączenie jednego i drugiego, aby to zwielokrotniało przyjemność bycia razem. To co mnie ostatnio w kuchni podnieca i kusi, to odkrywanie roślin dziko rosnących, które są jadalne, a zapomniane.


Nie jest mi to obce. Pamiętam z dzieciństwa, jak moja babcia z młodych pokrzyw i lebiody, zwanej inaczej komosą, przyrządzała pyszne sałatki, a nawet gotowała zupy. Listki młodego krwawnika dodawała do masła. Smażyła naleśniki, w którego cieście zatapiała gałązki świeżo rwanych, białych kwiatów dzikiego bzu. Ale co z dziko rosnących roślin można grillować?

Można wykorzystywać jako dodatki do grilla, na przykład krem z pokrzywy, twarogu, majonezu i czosnku będzie świetny do grillowanej cukinii, listki mlecza z winegretem będą dobre na grillowanym steku, i na plastrze oscypka. I w grillowaniu, i w gotowaniu ogniskowym, tak jak w gotowaniu w ogóle, największym wrogiem jest nuda i rutyna. W związku z tym fajnie jest sobie pomagać i dobrze jest czerpać inspiracje z kuchni świata. To jest bogactwo, które nigdy się nie skończy i nigdy nie wyeksplorujemy go do końca. Kuchnia cały czas może być nowa, odkrywcza i fascynująca, jeżeli korzystamy ze światowych pomysłów. Ale to, co powinniśmy robić, to korzystać z prawdziwych, regionalnych, sezonowych produktów.

Wierzę, że można czarować jedzeniem i można starać się o czyjeś względy za pomocą jedzenia i ono w tym pomaga. Natomiast trudno wierzyć, że jak komuś podamy jajko, to on się w nas zakocha

Na koniec rozmowy chciałabym Panią poprosić o nietrudny, a oryginalny przepis na danie na długi weekend. Chodzi o potrawę, którą można zrobić wszędzie, zjeść na ciepło bądź na zimno.
Dla mnie inspiracją, która fajnie poddaje się kreacji, to jest coś, co Włosi nazywają bruschettą, a my grzanką. Jeśli mamy dobry wiejski chleb, prawdziwy chleb na zakwasie, pieczony w piecu opalanym drewnem i żeby on jeszcze na dodatek był żytni, to mamy wyjściowy materiał, który daje nam wiele możliwości. Bo wystarczy taki chleb zgrillować, natrzeć czosnkiem, skropić olejem rzepakowym z pierwszego tłoczenia z Góry św. Wawrzyńca, bo jest to olej o nieprawdopodobnym aromacie, i na to wrzucić kilka zgrillowanych boczniaków albo kilka plasterków zgrillowanych rzodkiewek i trochę białego sera, i posypać to wszystko solą utłuczoną z orzechami, to będzie fantastyczna kanapka.

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Grillowicz
Docelowy kształt integracji europejskiej wyłaniał się z kolejnych traktatów europejskich, od Maastricht aż po Lizbonę, ale dopiero narzucenie krajom europejskim paktu fiskalnego przez Niemcy stało się kropką nad "i", po której już nic wyjaśniać nie trzeba.

Biedniejsze kraje Unii nie tylko nigdy nie nadgonią dystansu, jaki dzieli je od zamożnych, przede wszystkim Niemiec, ale z roku na rok będą zostawać coraz bardziej w tyle pod względem rozwoju gospodarczego i poziomu życia. Grecja, w której nieco przyspieszono ten program z powodu bankructwa, jest tego dobitnym dowodem.

Przywódcy, którzy będą pokornie wypełniać polecenia z Berlina, w nagrodę otrzymają fundusze europejskie, aby mieli czym karmić polityczne zaplecze i zapewnić sobie trwanie u władzy. Kto będzie się buntował, jak Węgrzy, nie zobaczy pieniędzy.

Permanentny kryzys systemu polityczno-urzędniczego o nazwie Unia Europejska przypomina walkę o przetrwanie, w której liczą się tylko najsilniejsi. Nikt już nawet nie protestuje, gdy najważniejsze decyzje są obecnie podejmowane w UE w nielegalnym (z punktu widzenia obowiązujących traktatów) trybie dwustronnych spotkań szefa państwa francuskiego i niemieckiej kanclerz. Unią nie rządzą już Herman Van Rompuy ani José Manuel Barroso. Unią rządzi "Merkozy".

W zamian za rosyjskie i chińskie wsparcie finansowe UE gotowa jest oddać część swojej niezależności ekonomicznej i energetycznej. Europejscy liderzy nie potrafią od dwóch lat wydobyć z zapaści finansowej małego państwa, jakim jest Grecja. Organizacja międzynarodowa o nazwie Unia Europejska jest najwyraźniej niezdolna do zarządzania obecnym kryzysem, nie potrafi nakreślić jakiejkolwiek konkretnej drogi i perspektywy czasowej wyjścia z tegoż kryzysu. Nie ma przecież żadnej mapy drogowej wychodzenia z zapaści finansowej, nie padają żadne terminy. UE działa doraźnie: od kryzysu do kryzysu.

Wszystko to dzieje się w sytuacji, gdy wbrew zapewnieniom przywódców UE obecnie wcale nie mamy do czynienia z kryzysem ogólnoświatowym. To nieprawda, że dotknął on całyą świat. Gospodarka większości krajów globu rozwija się dynamicznie. Jedynie przywódcy UE i USA od trzech lat bezsilnie załamują ręce nad "światowym kryzysem".

Były komisarz unijny Gźnter Verheugen obliczył, że firmy europejskie tracą każdego roku około 130 mld euro na sprawozdawczości przestrzegania przepisów unijnych, które są zbędne i można w każdej chwili je zlikwidować (wymiary krzywizny banana, kiedy należy zaliczyć skorupiaka do ryb itp.).

Podczas gdy w Chinach likwiduje się kolejne bariery dawnej komunistycznej gospodarki nakazowej, dzięki czemu wytwarza się coraz tańsze towary, w UE od wielu lat "produkuje się" nowe normy i przepisy, które zwiększają koszty produkcji.

Do znudzenia powtarzane hasło Tuska, że lekarstwem na kryzys będzie "więcej Europy", przypomina raczej zaklęcie politycznego szamana niż realistyczną wizję rozwiązania problemu.

Nowe kraje członkowskie są drenowane finansowo i politycznie. Polska nie miała praktycznie nic do powiedzenia w najważniejszych decyzjach UE, mimo formalnej rezydencji w Unii. Polski minister był wypraszany ze spotkań strefy euro, nawet jako obserwator.

W sprawie projektu budżetu UE oddaliśmy interes rolników zarówno polskich, jak i wschodnioeuropejskich bez najmniejszego sprzeciwu. Na koniec wreszcie polski minister poprosił w Berlinie niemiecką kanclerz, aby poprowadziła Unię w kierunku przez siebie wybranym.

Został wprowadzony w życie model zarysowany w 2001 roku przez prezydenta Jacques´a Chiraca dla Europy Wschodniej. Wówczas w Paryżu kazano nowym członkom NATO i przyszłym członkom UE milczeć i nie przegapiać okazji do milczenia.

Teraz nie tylko milczymy, lecz także sami prosimy prezydenta Merkel-Sarkozy´ego, aby wskazywał nam świetlaną przyszłość, którą mają podążać kraje Europy peryferyjnej, niezdolne do prowadzenia własnej polityki. Finansowym symbolem tego drenażu peryferii jest transfer finansów krajów u
D
Donald
Udowodnili to już wielokrotnie nasi dzielni dziennikarze z Polsatu, TVP oraz TVN, nie mówiąc już o naszych dziennikarzach z TOK fm oraz Polskiego Radia.

To samo dotyczy afery hazardowej, stoczniowej, smoleńskiej, szpitalnej, autostradowej, stadionowej, receptowej, szkolnej, emeryturowej, TV cyfrowej, informatyzacyjnej oraz afery inwigilacji internetowej (ACTA).

Zawsze nasi dziennikarze dzielnie stoją na straży prawdy oraz na straży ustroju.

Winę za całe zło w naszej ukochanej ojczyźnie ponosi PiS, który -- chcąc założyć IV Rzeczpospolitą -- dąży do zburzenia dotychczasowego porządku ustanowionego przez gen. Kiszczaka oraz innych ludzi honoru.

PS. To nieprawda, że w Polsce są loże masońskie, mafie lub inne tajne stowarzyszenia!

Udowodnili to już wielokrotnie nasi dzielni dziennikarze z Polsatu, TVP oraz TVN, nie mówiąc już o naszych dziennikarzach z TOK fm oraz Polskiego Radia.
Dodaj ogłoszenie