Rękopis Mo Yana sprzedany za milion juanów

Grzegorz Ignatowski
Okazuje się, że wiele zagadnień podejmowanych w prasie francuskiej pokrywa się z tematami poruszanymi w mediach światowych.

Zajrzyjmy do tygodnika "Le Point". Czytam w nim o zmaganiach tamtejszych polityków z budżetem i budzących wszędzie kontrowersje propozycjach, aby znacznie bardziej opodatkować najbogatszych Francuzów. Odnajduję wypowiedzi na temat uzyskania przez Autonomię Palestyńską statusu państwa nieczłonkowskiego ONZ. Szybko prześledziłem tekst o czterokrotnym wzroście zamachów bombowych na świecie w porównaniu do 2001 r. Nic w tym niezwykłego, skoro większość z nich miała miejsce w Afganistanie i Iraku. Zajrzałem następnie do "Paris Match". Na czołowym miejscu informacja o ciąży księżnej Cambridge Catherine.

Wieści te raczej nie są dla nas oryginalne, dlatego zagłębiam się w świat kultury, powiedzmy dokładniej - szukam czegoś w częściach poświęconych książkom. Dziennik "Le Figaro" przypomina o kontrowersjach dotyczących tegorocznego laureata Nagrody Nobla Mo Yana. Decyzje członków Akademii Szwedzkiej wielokrotnie krytykował chiński decydent i pisarz mieszkający w Berlinie Liao Yiwu. Miał on - według "Le Figaro" - wiele razy wspominać o ścisłych relacjach Mo Yana z władzami chińskimi. Ten sam dziennik odgrzebuje reakcję niemieckiej pisarki pochodzenia rumuńskiego, laureatki Nobla z 2009 r. Herty Müller, która przyznała, że na wieść o wyróżnieniu tegorocznym Noblem Yana zaczęła płakać. Niestety, nie były to łzy szczęścia. W "Le Figaro" czytam także, że niecałe dwa miesiące po otrzymaniu tej prestiżowej nagrody Mo Yan znalazł się na drugim miejscu wśród najbogatszych pisarzy chińskich. Jego stary rękopis sprzedany został za cenę ponad miliona juanów. Szybko przeliczam, że to około pół miliona złotych. Nie to wszakże najważniejsze. Każda nagroda w dziedzinie literatury nigdy nie będzie wymierna. Dla jednych twórczość konkretnego pisarza jest arcydziełem, dla innych nic niewartym zbiorem pustych zapisów. Zapewne stąd te ciągłe kontrowersje, które zawsze pojawiają się przy literackim Noblu.

W tygodniku "Le Nouvel Observateur" natrafiłem natomiast na ciekawy manifest wystosowany przez pozarządową organizację Biblioteki bez granic (Bibliotheques sans frontieres). Czym ona jest ? Czy tylko kolejną inicjatywą niemającą większego znaczenia? Kto z nas słyszał o utworzonych w 2007 r. Bibliotekach? Owa organizacja ma na celu rozwój bibliotek i poszerzanie zbiorów, tworzenie ich w szkołach i na uniwersytetach, przede wszystkim w rozwijających się francuskojęzycznych krajach. Pośród priorytetów stawia sobie za cel kształcenie osób zajmujących się obsługą bibliotek i dokumentowaniem istniejących zasobów i dokumentów, rozwój centrów kultury i ich komputeryzację. Jej członkowie chcą bronić lokalnej kultury, popierać tamtejsze wydawnictwa oraz edukację. Ostatecznie w ten właśnie sposób wpływać na życie codzienne ludzi. Swoje struktury posiada nie tylko we Francji, lecz także w Belgii, Kanadzie i Meksyku. Dotarłem do samego źródła. Biblioteki bez granic - czytam w statucie - bronią idei, że dostęp do informacji i upowszechnianie się kultury stanowią główne elementy rozwoju ekonomicznego i osobowego, mają istotny wpływ na demokratyzację społeczeństw. Czym w takim razie zajmują się we Francji? Swoją działalność koncentrują na środowiskach migrantów, na ludziach proszących o azyl polityczny. Działając w 20 państwach świata, jej członkowie doprowadzili do utworzenia ponad 230 bibliotek i wykształcenia 450 bibliotekarzy. Umożliwiło to ponadpółmilionowej rzeszy czytelników swobodniejszy dostęp do książek.

Doszperałem się do sprawozdania z ostatnich pięciu lat działalności Bibliotek bez granic. Swoją działalność organizacja prowadziła nawet w Gruzji. W 2009 r. jej członkowie byli w Junde - stolicy Kamerunu. W styczniu 2010 r. pracowali w dotkniętym trzęsieniem ziemi Haiti. Zajmowali się tam zabezpieczeniem ocalałych archiwów i zbiorów literatury haitańskiej. Postawili sobie za cel odbudowę struktury tamtejszych czytelni w szkołach i na uczelniach wyższych. W końcu dowiaduję się, że stowarzyszenie działa również w Senegalu, Mali, na Madagaskarze, w Tunezji i Ruandzie.

Wracam do manifestu Bibliotek bez granic podpisanego przez wielu literatów francuskich, który opublikowany został we wspomnianym "Le Nouvel Observateur". Koncentruje się on na znaczeniu i losie książek w miejscach dotkniętych przez katastrofy humanitarne. Tekst przypomina, że pierwsza i niezbędna pomoc skupia się wówczas na pomocy rannym, dostarczaniu im pożywienia, zapewnieniu dachu nad głową, zaopatrzeniu w ubrania. Manifest podkreśla, że po katastrofach trzeba także czytać, pisać i wymieniać między sobą informacje. Doświadczeni w swoich pracach w Haiti, Tunezji oraz Ruandzie - czytamy w wystosowanym apelu - członkowie Biblioteki bez granic proszą, aby wraz z pomocą humanitarną dawano ludziom również możliwość wypowiadania się na piśmie, udostępniano poszkodowanym biblioteki. W pełni zdajemy sobie sprawę, że apel zapewne nie znajdzie szerszego uznania. Na pewno wypływa z miłości do książek i ludzi. Warto zatem zapytać, czy faktycznie wraz z pomocą humanitarną nie zapomina się o kulturze. Pocieszam się tymczasem, że nawet jeśli apel nie spotka się ze zrozumieniem, to na pewno pozwala skoncentrować się znów na książce. Ciekawe, że każdego roku coraz więcej ludzi przed świętami decyduje się swoim najbliższym kupić ciekawą publikację.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie