Rafał Fronia: Wrócimy na K2 - bo mamy realną szansę na...

    Rafał Fronia: Wrócimy na K2 - bo mamy realną szansę na szczyt

    Witold Głowacki

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    "Denis jest trochę jak Jekyll i Hyde. Kiedy byłem ranny, chciał mnie sprowadzać na dół! Ale tydzień później uciekł na szczyt"

    "Denis jest trochę jak Jekyll i Hyde. Kiedy byłem ranny, chciał mnie sprowadzać na dół! Ale tydzień później uciekł na szczyt" ©archiwum Rafała Froni

    Wyjechaliśmy na tę wyprawę o ponad 2 tygodnie za późno. Bazę założyliśmy w złym miejscu. Źle wybraliśmy drogę. Ale wrócimy tam. Szykujemy się na grudzień - mówi himalaista Rafał Fronia.
    "Denis jest trochę jak Jekyll i Hyde. Kiedy byłem ranny, chciał mnie sprowadzać na dół! Ale tydzień później uciekł na szczyt"

    "Denis jest trochę jak Jekyll i Hyde. Kiedy byłem ranny, chciał mnie sprowadzać na dół! Ale tydzień później uciekł na szczyt" ©archiwum Rafała Froni

    Pierwsze pytanie jest oczywiste, prawda?
    Pewnie: „Po co my tam jeździmy?” (śmiech).

    Ależ skąd: „Jak się pan czuje?”
    No nie uwierzy pan, ale znów czuję się do d..y. Bo dwa tygodnie temu...

    ...Oj, widzę dziurę w ręce.
    Jest dziura, ale przede wszystkim jest sześć złamanych żeber. Rower. Niedziela, u mnie, na obrzeżach Jeleniej Góry. Trochę się ścigaliśmy z kolegą, złapałem pobocze, miałem trochę spocone ręce - i wypuściłem róg z kierownicy.
    No i się wywaliłem. Najgorzej, że jedno żebro, piątka, jest złamane w dwóch miejscach, z przodu i z tyłu - więc po środku jest luźny kawałek. Spać można tylko na lewym boku, nie bardzo można się śmiać.

    A to złamanie z K2 dobrze się panu zrosło?
    Tak. Tyle, że już na dole się okazało, że to nie było złamanie, tylko pęknięcie. To ta druga ręka. [Rafał Fronia pokazuje jedną z blizn na drugiej ręce, chwilę szuka tej odpowiedniej]. O, tu uderzył kamień. Była rana, wyglądało to dość makabrycznie. Kiedy zszedłem ze ściany, pierwsza diagnoza Piotrka Snopczyńskiego, ratownika GOPR-u, na widok tej opuchlizny brzmiała: "Stary, masz złamanie z przemieszczeniami, dramat. A jeśli są tam jakieś krwiaki, to jeszcze nam tu za 3 dni umrzesz, bo się porobią zakrzepy. Natychmiast na dół, natychmiast szpital". Byłem spanikowany, naprawdę przerażony, zapakowali rękę w łupki, a śmigłowiec przyleciał dopiero po 48 godzinach. W szpitalu, po prześwietleniu, pierwszy lekarz chciał mnie od razu posłać do gipsowania, dopiero kolejny, chyba bardziej doświadczony, stwierdził, że gips nie dość, że nie jest potrzebny, bo to pęknięcie, to jeszcze i tak nie ma żadnego sensu, dopóki nie zejdzie opuchlizna. Założyli mi jakieś takie delikatne łupki i w nich wróciłem do kraju. Można powiedzieć, że nic wielkiego się nie stało. Ale nie wspinałem się od tego czasu w ogóle. Do momentu wypadku na rowerze byłem tylko raz w skałach, ale nie miałem szans się sensownie wspinać - ręka zwyczajnie wciąż jest za słaba.
    CZYTAJ TAKŻE: Denis Urubko już w Polsce. Chce wrócić na K2. "Mam już duże doświadczenie"

    Ile pan tych wypadków dotąd zaliczył? W „Anatomii góry”, pańskiej nowej książce, niewiele pan o nich wspomina.
    Napisałem o tym kiedyś esej - "Nie umarłem siedem razy" - bo tych poważniejszych sytuacji naliczyłem w swoim życiu właśnie siedem. Ale najbliżej tego pukania do Św. Piotra, to byłem jednak na Gasherbrumach, kiedy z Jarkiem Gawrysiakiem próbowaliśmy zrobić trawers całego masywu. To było w Kuluarze Japońskim, dokładnie tam, gdzie w 2013 roku zginął Artur Hajzer. Chwyciłem się starej poręczówki - a na linach poręczowych zjeżdża się tyłem. Wpiąłem się przyrządem, obciążyłem linę, a ona pękła, jakby to był makaron. Poleciałem głową w dół. W zasadzie nie miałem żadnej szansy. Czekan był przypięty do plecaka, bo przecież trzymałem przyrząd, nie mogłem więc nim hamować. Leciałem w przepaść. Aż po kilku-kilkunastu metrach wbiłem się kaskiem w taką małą szczelinę w skale. Obróciło mnie o 180 stopni, ale kask jakimś cudem się w tej szczelinie zaklinował. Kask pogruchotany, głowa porysowana, plecy bolały mnie tak, że nie mogłem w nocy spać, ale przeżyłem. Gawrysiak uznał, że wydarzyło się coś zupełnie niemożliwego. Wystarczyło kilka centymetrów w prawo czy lewo względem tej szczeliny a po prostu odbiłbym się od skały i poleciał prosto w dół.

    Czytam „Anatomię góry” i widzę, że Pan miał dość nietypową drogę do himalaizmu w porównaniu z większością ludzi z czołówki.
    Moim zdaniem to właśnie była bardzo typowa droga.

    A typowa to nie jest taka: „Pamiętam tego chłopaka ze skałek, miał chyba z 16 lat, a wspinał się już jak zawodowcy. Potem spotykaliśmy się w Tatrach...” i tak dalej? A pan chyba początkowo wolał od wspinania biegi ultra - i to zanim to się stało modne.
    I tak, i nie. Akurat karierę biegacza zacząłem jeszcze w latach 80-tych, jako junior oczywiście. Potem było trochę przerwy, ale gdzieś w połowie lat 90-tych, targany różnymi życiowymi poszukiwaniami swojej drogi, próbowałem znaleźć jakąś odskocznię, jakieś lekarstwo. Gdybym wtedy a nie kilka lat później trafił do ultramaratonów, to może by to wyglądało inaczej. Ale trafiłem w góry, w czym pomógł mi mój nieżyjący już partner, Jaro Mazur, z którym pojechaliśmy na Mont Blanc. Mój pierwszy kontakt z górami był euforyczny. Tak dobrze się tam czułem, wracałem tak mocno naładowany - a jednocześnie przebywanie z górami tak zupełnie marginalizowało te wszystkie problemy z codziennego życia. Firma i cały związany z nią stres na przykład. Co z tego, że akurat nie ma pieniędzy na zapłacenie jakieś raty. Co z tego, że była jakaś stłuczka z firmowym autem. To wszystko przestawało mieć dla mnie takie pierwszorzędne znaczenie. To mają być problemy? Nie, to tylko epizody. No dobrze, ale dlaczego ja się upieram, że moja droga do himalaizmu była całkiem normalna?


    Właśnie.
    Bo zacząłem od gór niskich. Najpierw chodziłem po Tatrach, ale nie wspinałem się w ekstremalnych ścianach, nie byłem też wspinaczem skałkowym. Potem były Alpy, później Elbrus, jeszcze później wycieczki do Ameryki Południowej. Bardzo dużo tam eksplorowałem, wspinałem się tam od samej góry, od Ekwadoru i Peru aż do samego dołu, aż po Ziemię Ognistą, to było jakieś 10 wypraw. Zdobyłem prawie wszystkie ważniejsze szczyty Ameryki Południowej - owszem, nie te szczególnie trudne technicznie, czyli nie Cerro Torre i nie Fitz Roy. Ale Lanin, Cotopaxi, Chimborazo, Aconcagua, czy bodaj pierwsze polskie wejście na najwyższy szczyt Boliwii Nevado Sajama - to wszystko już tak. A więc było całkiem sporo tych gór 5-cio czy 6-ciotysięcznych. Potem był pierwszy siedmiomiotysięcznik, czyli Pik Lenina. A jeszcze później zamarzyła się ta pierwsza ósemka. Po raz pierwszy zabrał mnie na tę ósemkę Krzysztof Wielicki - i od razu zakochałem się w nim jako człowieku. Nie, nie jako wspinaczu. Mi w nim nie tyle imponowało to, że zdobył Koronę Himalajów, choć oczywiście doceniam to osiągnięcia - znacznie bardziej imponowało mi to, jak on do tego podchodzi. On nie mówił "Fronia, co ty tam wiesz o górach, ja ci tu zaraz wszystko pokażę i wytłumaczę. " Nie, od samego początku był przede wszystkim przyjacielem. Związałem się więc z nim na kilka wypraw - byliśmy jak dotąd razem na czterech. I tak już zostało. Zostały te góry najwyższe. Następny rozdział zaczął się, kiedy 2009 roku byłem z Anną Czerwińską na wyprawie na Baruntse...

    CZYTAJ TAKŻE: Oficjalnie: Koniec marzeń Polaków o wejściu na K2!

    ...W książce nie opisuje pan tej wyprawy. Ale szczytu nie udało się zdobyć, o ile dobrze kojarzę, bo drogę przecinała jakaś wielka szczelina. O co właściwie chodziło?
    Obsunęła się grań szczytowa. A my do końca nie mieliśmy o tym pojęcia. Ruszyliśmy do ataku szczytowego z Mariem, świetnym wspinaczem, który uczył mnie wspinania w lodzie. On w pewnym momencie stwierdził, że musi zawrócić, czuł się słabo, plecak wydawał mu się jakiś strasznie ciężki, wyglądało to marnie. Dalej poszedłem sam. I jakieś 150 metrów przed szczytem natrafiłem na ten obryw. W pojedynkę nie miałem szans tego przejść. wycofałem się do obozu II, gdzie czekał Mario, ruszyliśmy dalej w dół. A po dojściu do podstawy ściany zorientowaliśmy się, że w plecaku Mario leży wielki kilkukilogramowy kamień, który dla jaj wsadzili mu tam Szerpowie. Myślałem, że ich pozabija. W każdym razie wyprawę zakończyliśmy i ruszyliśmy przez Kathmandu do Warszawy. I właśnie w Katmandu spotkaliśmy Artura Hajzera. Znałem go już trochę wcześniej, ale tym razem jakoś tak dziwnie mi się przyglądał, przysłuchiwał, wyglądało to trochę tak, jakby mnie w myślach ważył i mierzył. Czułem, że ma mi coś do powiedzenia. Tym czymś okazało się zaproszenie do programu Polskiego Himalaizmu Zimowego.

    Hajzer rozpostarł wtedy przed panem czerwony dywan do elity polskiego himalaizmu?
    Oj, nie do końca. Hajzer powiedział tak: Utworzył się taki program, może i byś się nadał, ale wiesz, masz taki problem, że się słabo wspinasz. Jak chcesz, to masz tu listę - masz zimą zrobić to, to i to - to może cię weźmiemy.”

    Co było na tej liście?
    Filar Świnicy, Kazalnica - Korosadowicz, czołówka Mięgusza, przejście Grani Tatr Wysokich. I jeszcze parę innych pozycji. Zasuwałem wtedy w Tatrach całą zimę - jakieś 10 weekendów z rzędu. W każdy zimowy piątek jechałem w Tatry, wracałem na poniedziałek rano. Uczył mnie Robert Kaźmierski - właśnie pod jego okiem ćwiczyłem warsztat.

    CIĄG DALSZY NA NASTĘPNEJ STRONIE


    nowiny24.pl/x-news

    1 3 4 »

    Czytaj treści premium w Polsce Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (1)

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    za czyje?

    lucyper (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 15 / 5

    dostaniecie kredyt na głupoty i fanaberie?

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Nie przegap

    Wideo