18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Przygody Niemca w kraju żyjących mamutów

Redakcja
Steffen Möller: Niemcy cieszą się, że                oprócz papieża Polacy znają jeszcze drugiego Niemca...
Steffen Möller: Niemcy cieszą się, że oprócz papieża Polacy znają jeszcze drugiego Niemca...
Moja dusza trochę się spolonizowała, ale nadal jest niemiecka - mówi Steffen Möller, niemiecki aktor i kabareciarz mieszkający w Polsce w rozmowie z Joanną Leszczyńską.

W Niemczech dużą popularność zyskała Pana książka "Viva Polonia" - rozszerzona wersja wydanej w języku polskim "Polska da się lubić". Od kilku tygodni jest na liście bestsellerów tygodnika "Der Spiegel". Pozazdrościł Pan sam sobie popularności w Polsce i postanowił zdobyć niemiecki rynek?
Nie, to nie ja postanowiłem, ale moi czytelnicy. Książka "Polska da się lubić" miała być tylko po polsku. Ale dostałem ponad 300 mejli od Polek mieszkających w Niemczech i Austrii, które prosiły, żeby wydać ją także po niemiecku. Chodziło im o to, żeby ich niemieccy czy austriaccy mężowie dowiedzieli się czegoś o Polsce. Książka jest teraz bardzo chętnie kupowana przez mieszkających w Niemczech Polaków, Ślązaków i Niemców, którzy mają Polki za żony. Z wielkim zainteresowaniem czytają w niej na przykład o polskich przesądach weselnych - o tym, że się nie rzuca ryżu, ale monety, kiedy młoda para wyjdzie z kościoła, że trzeba zwracać uwagę, kto pierwszy odwróci się przed ołtarzem, bo ten będzie rządził w małżeństwie. Dla Niemców jest to nowość, dlatego dodałem taki rozdział do niemieckiej wersji. W ciągu trzech miesięcy w Niemczech sprzedano 90 tysięcy egzemplarzy tej książki, a w Polsce w ciągu półtora roku około 50 tysięcy.

O co Niemcy pytają na spotkaniach autorskich?
Chcą wiedzieć, czy to prawda, że Polacy tak często mówią kobietom komplementy, bo piszę, że nauczyłem się tego w Polsce. Wydaje mi się nawet, że chyba w polskiej konstytucji jest napisane, iż trzeba kobietom prawić komplementy. Kiedyś po spotkaniu autorskim podeszła do mnie starsza Niemka i poprosiła o napisanie dedykacji: "Dla Johana, żeby w następnych 34 latach naszego małżeństwa powiedział mi chociaż jeden komplement". Tak jej się to spodobało u Polaków.

A tak serio... Co ich jeszcze interesuje?
Przede wszystkim to, jaki jest stosunek Polaków do nas, Niemców. Czy można do Polski jechać na
wakacje, czy Polacy mają do nas pretensje z powodu Hitlera i przeszłości, na jakie przyjęcie można liczyć. Wszystkim opowiadam, że pomogło nam to, iż po nas do Polski przyszli jeszcze Rosjanie, którzy dali się Polakom we znaki. No i że pomaga nam jeszcze wada narodowa Polaków, czyli nieufność. Niemiec, który chce wynająć mieszkanie w Krakowie i będzie miał czterech konkurentów Polaków, może być pewny, że właściciel wybierze jego. Usłyszy przy tym narzekania na Polaków, że oszukują, nie płacą za czynsz i telefon. Niemiec jest może troszkę głupi i bez poczucia humoru, ale na pewno solidny. Taki stereotyp Niemca nam w Polsce pomaga.

Kto ma głównie obawy przed przyjazdem do Polski? Starsi Niemcy?
Raczej nie. Myślę, że moja książka jeszcze nie wpadła w ręce tych, którzy urodzili się na byłych terenach niemieckich w Polsce. Na początku kupowali ją Polacy mieszkający w Niemczech, którzy znali mnie z telewizji, a teraz, dzięki temu, że trafiłem na listę bestsellerów, przypomnieli sobie o mnie. Ale dostaję już także mejle od Niemców, którzy nie mają nic wspólnego z Polską. Chcą wiedzieć, czy tu można przyjechać na przykład na eskapadę rowerową. Ktoś chce pracować w Polsce jako nauczyciel niemieckiego i prosi o informacje, gdzie może się zgłosić.

Czy w niemieckiej wersji książki oszczędził Pan swoich rodaków, ograniczając wytykanie im słabości?
Opinie są podzielone. Niektórzy uważają, że polska wersja jest bardziej łagodna dla Niemców. Ale ja starałem się, żeby niemiecka była łagodniejsza. Bo kiedy w polskiej piszę, że Niemki nie golą się pod pachą, to każdy wie, że to ironia. Dla Polaków jest to nawet sympatyczne, bo wiadomo, co myślą o Niemcach. Ale w Niemczech ludzie nie traktowaliby tego jako ironię, tylko powiedzieliby: "Jeśli facet tak pisze o nas, to jak można wierzyć w to, co pisze o Polsce?". Dla wiarygodności starałem się więc bardziej rzeczowo pisać o Niemcach. Wytykam też sporo wad Polakom. Są czytelnicy, którzy uważają, że w niemieckiej wersji oczerniam Polskę. Mają mi za złe, że napisałem, iż Niemcy mają grubszą skórę, a Polaka nie wolno krytykować, bo się obrazi na trzy lata. Jakiś Polak mi napisał, że to guzik prawda.

Polacy obrażają się, kiedy śmieje się Pan z ich słabości?
Niektórzy się obrażają, a niektórzy wręcz przeciwnie - podejrzewają mnie o wazelinę. Między tymi skrajnościami poruszam się od lat. Często opowiadam, że jak chciałem pojechać do Krakowa na kurs polskiego, moi bliscy pytali: "A co ty chcesz robić w Azji?". Niektórzy obrażają się, że myślałem, iż tu jest Azja. A ja na to: "Ludzie, ja myślałem tak, jak wy myślicie, że w niemieckiej telewizji lecą tylko bawarskie pornosy". To są stereotypy.

W Niemczech często musi Pan występować w roli adwokata Polski?
Adwokata? Może i tak... Opowiadam na przykład, że stereotyp, iż wszyscy Polacy noszą wąsy, jest już nieaktualny. Bo Niemiec, który zna Wałęsę i Małysza, myśli, że każdy Polak ma wąsy. Ja im mówię: "Ludzie, już dawno temu mężczyźni w Polsce się ogolili, a poza tym Polska nie leży na Uralu. Można przyjechać i sprawdzić".

Ile prawdy jest w polskich stereotypach Niemca i odwrotnie?
Niestety, muszę przyznać, że potwierdza się stereotyp, iż Niemcom brakuje poczucia humoru. Ale ten stereotyp jest prawdziwy tylko w połowie. Bo Niemcy mają poczucie humoru, ale tylko wieczorem, gdy siedzą w kabarecie i trzymają w ręku bilet, co oznacza, że wolno się śmiać. W Polsce podoba mi się, że rozmawiając z obcymi ludźmi, wolno żartować i nie trzeba podnosić tabliczki z napisem: "Uwaga, za pięć minut dowcip". Obalam za to niemiecki mit co do Polski. Niemiec często bowiem kojarzy Polaka z wódką. Mówię wszędzie, że konsumpcja wódki w ciągu ostatnich siedmiu lat spadła, a Polacy piją dziś prawie tyle piwa co Niemcy i Anglicy, ale jeszcze nie tyle co Czesi. Natomiast w niemieckim postrzeganiu Polaków prawdą jest to, że Polacy jednak są katolikami.

To coś złego?
Nie, ja tylko stwierdzam fakt. Ale Niemcy uważają, że wszyscy Polacy są fanatycznymi katolikami, słuchającymi Radia Maryja. Dlatego w niemieckiej wersji książki zamieściłem piosenkę Krzysztofa Skiby "Moherowe berety", którą przetłumaczyłem na niemiecki. Jako dowód, że Polacy od dawna śmieją się z tego radia i że nie brakuje im autoironii. Bo przecież polski katolicyzm nie jest taki, jaki prezentuje Radio Maryja.

Niemcy nadal powtarzają dowcip: "Zwiedzaj Polskę, twój samochód już tam jest..."?
To najstarszy ze stereotypów i najtrudniej go obalić. To jest tak, jak z tym polskim dowcipem o Niemce, która ma na imię Helga, jest gruba i pije dwa piwa.

Przekonał już Pan Polaków, że prawdziwym powodem skoku Wandy do Wisły był atak bulimii, co sugerował Pan w jednym ze swoich skeczy?
Jestem tego pewien! Wiele kobiet w Niemczech podchodzi do mnie po spotkaniach autorskich i mówi: "Panie Steffenie, mam na imię Wanda, mój mąż jest Niemcem i proszę nie wierzyć w stare mity".

Jan Puhl napisał o Panu w "Der Spiegel", że robi Pan karierę w Polsce, bo opowiada dowcipy o swoich niemieckich rodakach. Niemcy nie mają panu tego za złe?
Chyba nie mają. Chociaż na początku moich występów kabaretowych w Polsce były krytyczne głosy niemieckiej mniejszości, że opowiadam dziwne rzeczy o Niemczech. Ale od dawna jestem na dobrej stopie z tą mniejszością. Nawet zostałem parę razy zaproszony do Opola, żeby prowadzić imprezy. Natomiast Niemcy cieszą się, że oprócz papieża Polacy znają jeszcze drugiego Niemca...

Mówi Pan o sobie, że ma słowiańską duszę. Chce się Pan trochę podlizać Polakom?
Mówiłem tak, bo słyszałem od Polaków: "Ty to masz słowiańską duszę...". Dla mnie to był komplement, oznaczał, że jestem w porzo. Prawda jest taka, że moja dusza trochę się spolonizowała, ale nadal jest niemiecka. Na przykład kiedy w restauracji, korzystając z toalety, zauważam, że spaliła się żarówka, zaraz to zgłaszam. Niemcy zawsze zgłaszają usterki. A dla Polaków od razu jestem donosicielem.

Podkreśla Pan też, że się spolonizował: stał się gościnny, proponuje poczęstunek, wyjmuje łyżeczkę ze szklanki podczas picia... To dlatego, żeby przetrwać wśród Polaków, czy tak się Panu bardziej podoba?
Gdyby to wszystko było tylko lizusostwem, już dawno bym wyjechał. W Polsce mi się po prostu podoba. Na przykład taka cecha Polaków, że jak się wyjmuje papierosy albo cukierki, to częstuje się wszystkich dookoła. Zacząłem też tak robić. Natomiast w Niemczech wyjmuje się cukierka i je się go samemu. Uwielbiam też polską wieś, jej cudowny klimat, chociaż czasami denerwuje mnie, że każdy buduje sobie dom, w jakim chce stylu.

W jakich dziedzinach Polska może być wzorem dla Niemców?
Przede wszystkim pod względem serdeczności. Na Wielkanoc dostałem blisko 40 SMS-ów od ludzi, których nie widziałem od paru lat. Każdy napisał mi długie życzenia, a nie zdawkowe dwa słowa. W Niemczech nie ma takiej tradycji. Na Wigilię dostałem jednego SMS-a z Wuppertalu od kolegi, który napisał mi: "Wesołych świąt". Ja mu odpisałem to samo.

Ale Polacy trochę narzekają, że SMS-y to jednak nie to samo co osobiste spotkanie, złożenie sobie życzeń czy przesłanie własnoręcznie napisanej kartki...
Z perspektywy niemieckiej powiedziałbym, że to jest narzekanie na wysokim poziomie. Jeśli ktoś narzeka, że kiedyś było jeszcze bardziej serdecznie, to gratuluję.

Co Pana skłoniło, aby statystować w filmie "Pianista" Romana Polańskiego?
Chciałem zobaczyć z bliska Polańskiego. Udało się. Miał bardzo ciepłą czerwoną kurtkę, a ja miałem na sobie bardzo cieniutki mundur żołnierza Wehrmachtu. Było mi tak zimno, że w końcu uciekłem z planu. Ten film bardzo mi się podoba. Uważam, że przez historię jednego człowieka dobrze pokazuje te straszne rzeczy, jakie działy się podczas wojny.

Czy to prawda, że oprowadzał Pan wycieczkę po obozie w Oświęcimiu?
Widzę, że pani głęboko sięgnęła w moje życie... Rzeczywiście, byłem przewodnikiem, a właściwie tłumaczem dwóch Włoszek pochodzenia żydowskiego. Po konferencji w Warszawie w 1993 r. z okazji 50-lecia powstania w getcie, w której brałem udział, pojechaliśmy do Oświęcimia. Włoszki nie znały niemieckiego, a ja miałem im przetłumaczyć niemieckie cyniczne napisy na ścianach łaźni, na przykład: "Bądź czysty, zdejmij koszulę przed kąpielą".

Jakie to było dla Pana doświadczenie?
To było dziwne, ponieważ ja nie czuję, że ponoszę winę za Oświęcim, bo jestem Niemcem. Ale kiedy chodziłem z tymi dziewczynami i tłumaczyłem im te napisy, pomyślałem sobie: "Cholera, to jest mój język...". I poczułem się tak, jakbym to ja napisał te słowa na ścianie. W takich momentach człowiek ma silne poczucie, że należy do tego narodu, czuje się odpowiedzialność. Ona jest wprawdzie bardzo abstrakcyjna, ale istnieje.

W Niemczech pamięta się jeszcze polsko-niemiecką wojnę kartoflaną sprzed dwóch lat?
Wiele osób wciąż mnie pyta, jak to się mogło stać, że ci Kaczyńscy tak podżegali do walki z Niemcami. Staram się uspokajać, tłumaczę, że oni zostali wybrani nie dlatego, iż oskarżają Niemców, tylko dlatego, że chcieli walczyć z korupcją i postkomunistami. I że Niemcy w zasadzie mało kogo w Polsce interesują. A na to moi rodacy: "A czy to prawda?". Bo Niemcy stale mnie podejrzewają, że nie mówię im prawdy.

Dzwonią do Pana niemieccy dziennikarze, prosząc o komentarze do bieżącej sytuacji politycznej w Polsce?
Często. Wszystko komentuję. Niedługo będą komentować zachowanie polskich bocianów.

Komentuje Pan na serio?
Zawsze trochę ironizuję, co upodabnia mnie do Polaków. Kiedyś udzieliłem wywiadu niemieckiej stacji radiowej na temat wyborów w Polsce. Dzwoni potem do mnie redaktor naczelny i mówi: "Wysłuchałem tego wywiadu i nie mogę się zorientować, kiedy pan żartuje, a kiedy mówi serio. Proszą to nagrać jeszcze raz i zdecydować się, czy powie pan żartobliwie, czy na poważnie". Powiedziałem: "Dobrze, teraz będzie już na poważnie...".

W 2005 r. został Pan odznaczony Krzyżem Zasługi ze Wstęgą Orderu Zasługi Republiki Federalnej Niemiec za zaangażowanie na rzecz porozumienia polsko-niemieckiego. Ma Pan poczucie misji?
Czuję taką samą misję, jaką czułaby pani, wracając z egzotycznego kraju, a rodacy pytaliby, czy to prawda, że tam po ulicach chodzą mamuty. Wtedy ma się potrzebę skorygowania takiego myślenia, mówi się, że mamuty już wymarły. Ja właśnie tak robię.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie