reklama

Przetrwają nie najlepsze uczelnie

Stanisław Mocek, politolog i socjologZaktualizowano 
Proces, który powszechnie określa się mianem boomu edukacyjnego lat 90., miał swoje słabe i mocne strony. Słabe, bo powstało zdecydowanie za dużo uczelni niepublicznych, co było rezultatem szafowania pozwoleniami dla uczelni, które nigdy nie powinny były powstać.

Zwłaszcza uczelni w małych ośrodkach miejskich, bez kadry dydaktycznej, o niskim poziomie nauczania i jeszcze niższym czesnym. Uczelni niejednokrotnie o pokrętnych zasadach właścicielskich, działających niezwykle delikatnie mówiąc - na pograniczu prawa.

I mocne, bo po raz pierwszy w wolnej Polsce, w obszarze szkolnictwa wyższego pojawiła się konkurencja i zgodna z obowiązującymi w ekonomii zasadami rywalizacja między uczelniami. Dodajmy: uczelniami publicznymi (państwowymi) i niepublicznymi (niepaństwowymi, wśród których są uczelnie typowo prywatne, zakładane przez prywatnych właścicieli i społeczne na zasadzie non profit np. zakładane przez stowarzyszenia i fundacje, czyli organizacje pozarządowe).

Aczkolwiek faktyczny podział między uczelniami wcale nie powinien i w rzeczywistości nie przebiega według kryterium: publiczne - niepubliczne i bezpłatne - płatne, tym bardziej że de facto wszystkie są płatne. Realnym podziałem jest nareszcie - i coraz bardziej w dobie niżu demograficznego będzie - podział na złe i dobre uczelnie, zarówno te publiczne, jak i niepubliczne.

I tu następuje refleksja nad modelem polskiej uczelni. Boom edukacyjny doprowadził do niewiarygodnego zróżnicowania jakości nauczania w ok. 400 istniejących uczelniach wyższych. Z powodów rynkowych i komercyjnych zdecydowana większość polskich uczelni kieruje się bowiem w stronę biznesu edukacyjnego i usług edukacyjnych, rezygnując z zasad mistrzostwa uniwersyteckiego i misji publicznego kształcenia przyszłych elit społecznych, głównie na poziomie lokalnym.

Czas wczesnego kapitalizmu edukacyjnego, pojawienia się niekiedy tanich, masowych uczelni, edukacyjnych supermarketów się kończy. Sytuacja wykładów dla setek i tysięcy uczestników, całkowitej anonimowości studentów i prac dyplomowych, kiedy promotor prowadzi kilkadziesiąt, a niekiedy nawet kilkaset prac licencjackich i magisterskich, odchodzić będzie w przeszłość.

Nastąpi drugi etap rewolucji edukacyjnej: łączenia się uczelni (czytaj przejmowania przez silniejsze upadających) i likwidacji tych, które nie są w stanie wytrzymać konkurencji na rynku kształcenia na poziomie studiów wyższych. Ale niestety idealistycznym jest twierdzenie, że niż odsieje wyłącznie słabe uczelnie. Owszem przetrwają uczelnie najsilniejsze, ale to wcale nie znaczy, że najlepsze. Wielu z nich będzie bardzo daleko do uczelni określanych mianem flagowych.

Czynnik jakości bowiem i wysokiego poziomu kształcenia jest tylko jednym z wielu weryfikujących uczelnie na wolnym rynku. Do istotnych należy także wysokość odpłatności za studia, a także - niestety - nastawienie sporej części młodzieży na odbywanie studiów w sposób "lightowy" : tanio, łatwo i bez wysiłku (czytaj: kupowanie nie tyle rzetelnej oferty akademickiej, ale wyłącznie dyplomu).
Jestem przedstawicielem uczelni niepublicznej, elitarnej, wywodzącej się i działającej pod patronatem instytutów nauk społecznych i politycznych Polskiej Akademii Nauk, pod patronatem szacownej instytucji państwowej, aczkolwiek bez otrzymywania jakichkolwiek środków budżetowych na działalność uczelni.

Collegium Civitas utrzymuje się wyłącznie z czesnego, ale nigdy w swojej polityce rekrutacyjnej i finansowej nie poszło na pokusę masowej uczelni. Przyczyn było kilka: przede wszystkim tożsamość PAN, która zobowiązuje do przestrzegania wysokich standardów zdobywania wiedzy i dzielenia się nią, a więc zasad przez większość uczelni traktowanych jako anachroniczne. A także założenie o kształceniu przyszłych elit społecznych, politycznych, medialnych, akademickich i naukowych, a co za tym idzie zapewnienia wysokiego poziomu nauczania i umiędzynarodowienia uczelni.

Od początku przyjęliśmy strategię budowania niewielkiej uczelni, silnej nie tyle liczebnością studentów, co poziomem nauki, kadry dydaktycznej i opiniotwórczym charakterem środowiska akademickiego, budowanego w oparciu o tradycję i współczesność PAN.

W takiej strukturze udało się przechować wiele z tych wartości, które należą do kanonu wartości akademickich: zasady mistrz - uczeń, czyli indywidualnej dostępności do profesorów o uznanym autorytecie naukowym, liczebność rocznika na danym kierunku nie większą niż 60 osób, kształtowanie postaw obywatelskich i życiowych, na które składa się nie tylko ożywiona działalność na rzecz dla społeczności studenckiej i miejskiej, lecz także niezwykle bogata oferta dydaktyczna obejmująca poza zajęciami kursowymi także tzw. zajęcia ze stylu: z literatury, filmu, sztuki, teatru, fotografii, muzyki, architektury, tańca, savoir-vivre.

Uczelnia przejęła formułę artes liberales, nawiązującą - jak sama nazwa wskazuje - do wzorców wielu najlepszych uczelni amerykańskich i europejskich, ale także paradoksalnie do rodzimej idei "sztuk wyzwolonych" - oświeceniowej i nowoczesnej. Nie tylko wówczas, kiedy powstały metody kształcenia elit o szerokich horyzontach intelektualnych i nabywania wiedzy ogólnohumanistycznej, pozwalającej poruszać się bez skrępowania i poczucia niższości w środowiskach i ośrodkach akademickich Włoch, Francji, Anglii i USA.

Zasady te wypełnione zostały jeszcze innymi, które w okresie PRL nie mogły z ustrojowego punktu widzenia doczekać się realizacji: podpisania umów z kilkudziesięcioma uczelniami w Europie i na świecie, co pozwala każdemu studentowi mającemu wyższą średnią i znającemu język na wyjazd na semestr lub rok do wybranej uczelni partnerskiej, naukę języka angielskiego przez cały okres studiów, studiowania na kierunku po polsku lub wyłącznie po angielsku, udziale w kilkudziesięciu organizacjach studenckich i kołach naukowych, co powoduje, że popołudniami i wieczorami kwitnie w uczelni także życie pozadydaktyczne.
Uczelnia dla wielu studentów staje się drugim domem; tu właśnie mogą realizować swoje pasje i zainteresowania, ale także czyniąc to, uczyć się, że można coś sensownego robić dla innych i z innymi, w środowisku sprzyjającym i przyjaznym, tradycyjnym i wielokulturowym.

Chcielibyśmy wnieść trochę nadziei w klimat niepewności, towarzyszący wielu studentom, którzy mogą znaleźć się w sytuacji upadku i likwidacji uczelni wyższych. Są dobre uczelnie o statusie niepublicznym, ale niebędące prywatnymi, które są w dobrej kondycji i nie zrezygnują z wysokiego poziomu kształcenia, wyróżniającego je niekiedy od wielu wydziałów uniwersyteckich. Zgadzamy się: nie żałujmy upadających uczelni, ale tylko wtedy, kiedy ma to ocalić najlepszych. Tych byłoby żal.

Prof. Stanisław Mocek - docent w Instytucie Studiów Politycznych PAN i prorektor ds. dydaktycznych Collegium Civitas. Redaktor naukowy pracy zbiorowej "Dziennikarstwo, media, społeczeństwo" i autor "Dziennikarze po komunizmie. Elita mediów w świetle badań społecznych".

FLESZ: Elektryczne samoloty nadlatują.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 2

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

K
Krytyk

Rzczywiście to jest dobre pytanie - zadane przez m. academicus.
Też radbym poznać odpowiedż na nie.
To, że w polskim szkolnictwie wyższym występuje wiele patologii
jest tajemnicą poliszynela. Szkoda, że dopiero niż demograficzny
skłania do refleksji.

m
malhorzata.academicus

O ile zgadzam sie z wieloma opiniami w artykule, to jednak mam jedno zasadnicze pytanie:
jak godzi Pan role pracownika naukowego instytutu PAN na PELNYM etacie, z rola prorektora uczelni, z zajeciami dydaktycznymi i pielegnowaniem bezposredniej relacji mistrz-student; Mistrz, ktory na uczelni amerykanskiej jest non-stop dostepny dla studenta.
Ja osobiscie widze w tym sprzecznosc, a wlasciwie jest Pan osoba pracujaca na trzech etatach ( PAN, rektor, wykladowca).
Rozumiem swietnie uwarunkowania finansowe, w wyniku ktorych akademicy/naukowcy decyduja sie na dyskusyjna etycznie wieloetatowosc. Szkoda, ze liczni autorzy opiniotworczych artykulow chwala sie tym otwarcie, nie widzac w tym nic niewlasciwego. A czas by zaczeli.

Dodaj ogłoszenie