"Przebudzenie" w Teatrze Syrena. Danuta Stenka o emocjach bez emocji

Lidia Raś
Wojciech Malajkat, Danuta Stenka, Elżbieta Kwinta
Wojciech Malajkat, Danuta Stenka, Elżbieta Kwinta Krzysztof Bieliński, mat. Teatru Syrena
Spektakl Teatru Syrena w reżyserii Redbada Klijnstry, od samego początku jest popisem jednego aktora - Danuty Stenki, która krok po kroku tworzy przejmującą kreację matki, kobiety, człowieka, po utracie bliskiej osoby. Jej Lia jest kwintesencją angielskiej powściągliwości: na zewnątrz opanowana, żyje na granicy wytrzymałości. To może prowadzić do autodestrukcji, ale może też być "po coś". Może pozwolić na tytułowe przebudzenie.

Shelagh Stephenson, współczesna brytyjska dramatopisarka, w Polsce znana jest głównie za sprawą "Pamięci wody". Niepozbawiona elementów komediowych sztuka, podejmowała trudny temat radzenia sobie ze śmiercią. W "Przebudzeniu" bohaterowie mierzą się z doświadczeniem straty, wynikającym z zaginięcia bliskiego człowieka.

Stevenson pokazuje, że może być ono jeszcze bardziej traumatyczne niż śmierć. Kompletnie pozbawia oparcia, każe trwać w zawieszeniu i nie pozwala na zamknięcie pewnego etapu. Kto tego nie przeżył, nie ma pojęcia jak jest niszczące.

Lia (Danuta Stenka) i Nick (Wojciech Malajkat) od kilku miesięcy nie mają żadnej informacji o Adamie, 20-letnim synu, który wyjechał w podróż dookoła świata i zaginął. Lia, wbrew racjonalnym sugestiom Nicka, chwyta się każdego sposobu, by dowiedzieć się czegoś o losach Adama. Zaprasza do domu medium (Krystyna Tkacz), zgadza się na udział w programie telewizyjnym, choć wie jakimi prawami rządzi się komercyjna telewizja (bardzo dobra rola dziennikarki w wykonaniu Elżbiety Kwinty). Tymczasem zaginięcie syna niszcząco wpływa nie tylko na Lię i Nicka, ale też na relacje między nimi. Nick nie jest w stanie dłużej żyć w żałobie. Gdy nadchodzi wiadomość o odnalezieniu chłopaka, pojawia się nadzieja. Niestety młody człowiek, który ma ze sobą plecak z rzeczami Adama (nieco bezbarwny Maciej Kowalik), nie jest synem Lii…

Życie w nieustannym poczuciu niepokoju, niepewności, winy, może prowadzić do autodestrukcji, ale może też być "po coś". Może pozwolić na tytułowe przebudzenie (nieprzypadkowo oryginalny tytuł sztuki "Enlightenment", oznacza buddyjskie oświecenie), które stało się udziałem Lii.

Wykształcona kobieta w średnim wieku, spełniona zawodowo matka i żona, żyła dotąd w uporządkowanej - jak sądziła - rzeczywistości. Trauma, której doświadcza, burzy jednak ten świat. W samotności i poczuciu niezrozumienia każe się mierzyć z tym doświadczeniem, ale też wnikliwie przyjrzeć się sobie i relacjom z bliskimi. A to bywa bolesne. Zaginięcie syna prowadzi m. in. do odkrycia, że go nie znała. Pojawiają się też refleksje na temat sensu życia: czy może być inny niż czynienie dobra? Czy jest to w ogóle możliwe w tak niedoskonałym świecie? Czy można czynić dobro pod presją strachu? I kto właściwie jest adresatem tych "dobroczynnych" działań?

Spektakl w reżyserii Redbada Klijnstry, od samego początku jest popisem jednego aktora - Danuty Stenki, która krok po kroku tworzy przejmującą kreację matki, kobiety, człowieka, po utracie bliskiej osoby. I to jest dla mnie najważniejszy wątek tego tekstu. Kontekst społeczny, polityczny, czy wręcz globalny - to kwestia drugoplanowa. Dowiedzieć się o śmierci syna to tragedia, ale nie wiedzieć nic o jego losach - to doświadczenie nie do opowiedzenia.

Wojciech Malajkat, Danuta Stenka, Elżbieta Kwinta / Fot. Krzysztof Bieliński, mat. Teatru SyrenaStenka, bez zbędnej ekspresji, opowiada o emocjach swojej bohaterki. Jej Lia jest kwintesencją angielskiej powściągliwości: na zewnątrz opanowana, wręcz chłodna, jest na granicy wytrzymałości. Zdystansowaną, jakby nieobecną, zdradzają czasem gesty (nerwowe przekładanie książek na biurku), mimika; rzadko pozwala sobie na kilka słów o tym co czuje. Wraz ze zmianami zachodzącymi w osobowości bohaterki, zmienia się też scenografia. Początkowo na scenie dominuje wrażenie chaosu: kartony, zapakowane obrazy, biurko na którym piętrzą się stosy rzeczy. Z czasem scenografia ulega ograniczeniu, jakby Lia czyściła przestrzeń w której żyje, także na zewnątrz.

O ile pierwszy akt jest nieco pozbawiony dramatyzmu i skupia się na kontemplacji braku i niepewności, o tyle w akcie drugim Stevenson zaskakuje zmianą konwencji i zmierza w kierunku psychodramy i thrillera. Widz nie znajduje tu więc jak w "Pamięci wody" wiwisekcji rodziny, ale emocji nie brakuje, głównie za sprawą obecności "tego trzeciego".

"Przebudzenie" jest nieco słabszym dramaturgicznie tekstem od poprzednich, autorstwa Shelagh Stevenson, zwłaszcza od wspomnianej "Pamięci wody", ale to jedna z tych sztuk, które nie pozostawiają obojętnym po wyjściu z teatru. A o to w teatrze chodzi.

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

j
ja
A ta Kwinta pasuje do teatru jak pięść do nosa. Kto ją tam w ogóle zatrudnił????
k
kryTyczka
Chyba byliśmy na innych przedstawieniach... Słaby tekst, na dodatek źle przetłumaczony i nie opracowany przez realizatorów. Stence daleko do angielskiej powściągliwości, często opowiada o swoich emocjach, co jest konsekwencją przegadanego tekstu. W ogóle aktorzy grają, że grają. Malajkat gra, że uprawia jogging, a głownie snuje się po szachownicy( scenografia marna... no, czasem ciekawe światło). Kwinta, że jest blondynką-dziennikarką.... itd, itp. Można długo o tautologicznych przypadłościach tego dziełka, ale nie chce mi się - nie warto.
Dodaj ogłoszenie