18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Projekt Mistrzowie: Stefana Chwina spotkania z Miłoszem [ZDJĘCIA]

Barbara Szczepuła
Sesja zdjęciowa ze Stefanem Chwinem
Sesja zdjęciowa ze Stefanem Chwinem Paweł Wyszomirski /TESTIGO.PL
Udostępnij:
O tym, czy szata zdobi człowieka, jak wygląda prawdziwy profesor i o spotkaniach z Czesławem Miłoszem, w rozmowie z Barbarą Szczepułą mówi pisarz Stefan Chwin, który jako Mistrz Pióra zapozował do wyjątkowego kalendarza

Lubi się Pan fotografować? Na okładkach Pańskich książek widać pięknie stylizowane fotografie: Pana, Pańskiej żony Krystyny, czasem także dzieci. Teraz pozuje Pan do zdjęcia, które znajdzie się w kalendarzu.

Zgodziłem się pozować dlatego, że kalendarz powstaje w ramach akcji charytatywnej. Jeśli zaś chodzi o nasze zdjęcia, to są one plonem paru pięknych sesji fotograficznych, które swego czasu robił nie tylko nam, lecz i innym pisarzom, nasz gdański przyjaciel Jan Ledóchowski, znakomity fotograf, który teraz mieszka w Kanadzie.

Są to rzeczywiście fotografie artystyczne, wysmakowane. Patrzę na jedną z nich: Krystyna w kapeluszu i długiej sukni, Pan w smokingu idziecie parkową aleją gdzieś w dal.

Od czasu do czasu lubimy bawić się w wymyślanie siebie. Podoba nam się styl lat dwudziestych, a mnie szczególnie styl wieku dziewiętnastego. Czasem narażam się kobietom, żartując, że podobają mi się gorsety, które kiedyś modelowały damską sylwetkę. Ach, co się wtedy dzieje! Gorsety to przecież była tortura! Na spotkaniu autorskim w Kolonii niemieckie feministki bardzo mnie za to zrugały.

Czy strój jest ważny? Suknia zdobi człowieka?

Dzisiaj wygrywa się na pozorach. Na przykład sporo ludzi uważa, że prawdziwym profesorem jest tylko ten, kto wygląda na profesora.

Jak więc wygląda prawdziwy profesor?

Są dwie szkoły: anglosaska i niemiecka. Amerykański profesor ma potargane włosy i postrzępioną brodę, chodzi w dżinsach i rozciągniętym swetrze, na parking przed radą wydziału zajeżdża rozklekotanym garbusem. Profesor Leszek Kołakowski opowiadał mi kiedyś, jak to w Oksfordzie studenci jeżdżą zwykle lepszymi autami niż profesorowie, bo profesorski sznyt wymaga, by zajechać na uniwersytet trochę już zardzewiałą bryką. Z poobijanego samochodu wysiada mężczyzna w wymiętej, sztruksowej marynarce, z fularem pod szyją. To z pewnością światowej sławy znakomitość! (śmiech).

A profesor niemiecki?

Odprasowany garnitur, biała koszula, muszka, przystrzyżony siwy wąsik, okulary w złotej oprawce, sygnet na najmniejszym palcu. Profesor starej daty wygląda trochę jak przedstawiciel wielkiej firmy handlowej. Młodsi noszą się raczej po anglosasku.

Kogo naśladuje profesor polski? Humanista z Uniwersytetu Gdańskiego na przykład?

(śmiech) No nie, nie będę na ten temat nic mówił. U nas zresztą jest wielu obcokrajowców: anglistów, amerykanistów, skandynawistów i oni noszą się trochę inaczej niż Polacy. Jeśli chodzi o profesorów polskich, to przywołam przykład wybitnej uczonej, Marii Janion, która zawsze chodziła w "mundurze". Granatowa garsonka i biała bluzka z kołnierzem á la Słowacki. Chyba nigdy nie widziałem jej w innym stroju. Nasz przyjaciel profesor Jan Błoński, jeden z najwybitniejszych humanistów z pokolenia urodzonego w latach trzydziestych, był profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, ale też uniwersytetu w Clermont Ferrand. Lubił francuski sznyt. Grubo tkane marynarki w kratę, do tego koszule w kolorze ecru z fularem pod szyją, wąskie spodnie i miękkie, zamszowe mokasyny. Ale pamiętam też tak zwanych docentów marcowych, awansowanych ze względów politycznych po roku 1968, którzy nosili się jak spod sztancy: szare lub granatowe garnitury, krawaty, czarne skarpetki, wypastowane buty.

Jak działacze partyjni.

Coś w tym rodzaju. Teraz na uniwersytecie jest wielu ludzi młodych, którzy wnoszą nie tylko nowe myśli, ale i nowy, swobodny styl bycia. Nasz dziekan, profesor Andrzej Ceynowa, człowiek o dużym poczuciu humoru, zachęca w lecie, podczas posiedzeń rady wydziału, by zdejmować marynarki! Kiedyś było to nie do pomyślenia.
Pisze Pan teraz książkę o Miłoszu. Ściślej - o Miłoszu w Gdańsku.Co jakiś czas Czesław Miłosz do nas telefonował. Pamiętam, że kiedyś przeczytał w "Tytule" mój tekst o poezji politycznej lat siedemdziesiątych, między innymi o Barańczaku, Krynickim i Zagajewskim, uznał go za interesujący i zatelefonował, by mi to powiedzieć. Cieszył się, że znalazł kogoś, kto nadaje na podobnej fali.

To był wasz pierwszy kontakt?

Początek wyglądał tak: telefonuje profesor Błoński i pyta Krystynę: - Chcecie zobaczyć wieszcza? Oczywiście chcieliśmy, więc zaprosił nas do Krakowa. Był to chyba rok 1992. Poszliśmy do Collegium Maius, Błoński nas przedstawił, ale Miłosz zaledwie przesunął po nas wzrokiem, bo było mnóstwo ludzi, którzy chcieli go poznać. Następnego dnia poszliśmy na bardziej kameralne spotkanie z Miłoszem do Jamy Michalikowej. Przyszliśmy wcześnie, gdy sala była jeszcze pusta i usiedliśmy przy stoliku. Gdy kawiarnia się zapełniła, podeszła pani profesor Walas, której wtedy nie znaliśmy, i powiedziała: - Bardzo państwa przepraszam, ale to jest miejsce dla Czesława Miłosza. A na to Krystyna: - My się nie ruszymy. I zostaliśmy. Wieszcz usiadł obok mojej żony. Krystyna wymyśliła wtedy, żeby zdobyć autografy dla wszystkich naszych znajomych, więc przytargałem do Krakowa ze czterdzieści książek i Miłosz wszystko to podpisał!

Spotykaliście się często?

Od czasu do czasu w Krakowie, w Gdańsku, w Warszawie. Pamiętam, że w krakowskiej restauracji Chimera posadzono mnie obok niego i wtedy mieliśmy okazję dłużej porozmawiać. Bardzo mnie ciekawiło, jak się spisuje jako profesor w Ameryce.

W jego biografii pióra Andrzeja Franaszka czytałam, że podobał się studentkom.

O tak, nawet bardzo się podobał, ale ja go spytałem o coś innego, a mianowicie o rewoltę studencką w 1968 roku, bo - jak pamiętamy - właśnie w Berkeley doszło do najbardziej tragicznych starć z Gwardią Narodową. Miłosz mówił mi, że był to dla niego trudny czas, bo oceniał wydarzenia inaczej niż reszta kadry profesorskiej. Profesorowie przerazili się zbuntowanych studentów i robili się na potęgę lewicowo-marksistowscy.

Podlizywali się studentom?

Zaczęli dostosowywać poglądy i tematy zajęć do nastroju chwili, a Miłosz wykładał dalej: "Dostojewski - gnoza - rewolucja rosyjska" i nie fraternizował się z młodzieżą. Mówił, że obawiał się, iż straci pracę, ale wszystko dobrze się skończyło.

Możesz wiedzieć więcej!Zarejestruj się i czytaj wybrane artykuły Dziennika Bałtyckiego www.dziennikbaltycki.pl/piano

O czym jeszcze rozmawialiście?

O endekach. Miłosz tropił w dzisiejszej Polsce wyznawców ideologii narodowo-demokratycznej, szczególnie interesowali go endecy młodego pokolenia. Wypytywał mnie o jednego z moich studentów, gdańskiego poetę. Nie rozumiał go. Był zdumiony, że endecja, formacja z początków ubiegłego stulecia, wylazła spod ziemi po przeszło pół wieku w niezmienionej postaci. Jak to możliwe, przecież to są młodzi ludzie?! Co ich do tego popycha? Może uraz twórców odepchniętych przez mainstreamowe media? Ale być endekiem po tym wszystkim, co nacjonalizm zrobił w XX wieku?! Tak więc sobie rozmawialiśmy, a potem weszliśmy (mówię o Krystynie i o sobie) w krąg jego krakowskich znajomych, do których zaliczał się zmarły niedawno profesor Andrzej Szczeklik, lekarz, który był jednocześnie pisarzem, a także leczył Miłosza w swojej klinice kardiologicznej.

Czytałam ostatnio książkę Szczeklika "Katharsis. O uzdrowicielskiej mocy natury i sztuki".

No, właśnie, to był niezwykły lekarz. Nie tylko leczył, ale też organizował dla pacjentów wieczory literackie! Zaprosił mnie do swojej kliniki na takie spotkanie. Przygotowałem esej wspomnieniowy o moim ojcu, o przesiedleniu z Wilna i pierwszych latach w Gdańsku. Wchodzę do sali i oczom nie wierzę: w pierwszym rzędzie siedzi Czesław Miłosz z żoną Carol. Po tym spotkaniu profesor Szczeklik zaprosił Miłoszów i nas do siebie na kolację. W mieszkaniu, jakby przeniesionym z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku, zjawili się też Krystyna Zachwatowicz-Wajdowa i kompozytor Zbigniew Preisner.

Fin de siecle, to coś dla Pana!

Meble z czasów Wyspiańskiego, w oknach witraże, piękne żyrandole, cieniutka porcelana, znakomita kolacja, a przede wszystkim bardzo ciekawe gadanie.

To wszystko znajdzie się w książce?
Nie tylko. Będzie też o tym, jak to się stało, że na najsłynniejszym polskim pomniku, mówię oczywiście o Trzech Krzyżach pod stocznią, znalazł się fragment wiersza Miłosza. Sporo osób uważa, że to ich zasługa. Przytaczam ich wypowiedzi, ale nie rozstrzygam, jak było naprawdę. Przypominam też, że Miłosz nie był przekonany do pomysłu, by ten wiersz znalazł się na pomniku. Gdy w końcu stanął pod gdańskimi krzyżami, podobno był zdumiony, widząc na nich swoje strofy.

Kiedy książka się ukaże?

Pod koniec roku. Chciałbym też dodać, że w poszukiwaniach źródeł archiwalnych i zredagowaniu całości ogromnie mi pomogła moja żona, która też jest moim wydawcą.

Rozm. Barbara Szczepuła

Mistrzowie w WYJĄTKOWYM KALENDARZU

Pisarz Stefan Chwin - bohater naszej dzisiejszej rozmowy - jest jedną z osób, które się zgodziły na uczestnictwo w Projekcie Mistrzowie. Powstał kalendarz cegiełka, który zaprezentowano. Pieniądze z jego sprzedaży pozwolą spełniać marzenia chorych dzieci, podopiecznych Fundacji Trzeba Marzyć. To oni są Mistrzami, bo mistrzowie to wszyscy, którzy mają siłę, determinację i odwagę w spełnianiu marzeń.

Do kalendarza też zapozowali Mistrzowie - znane osoby ze świata kultury, sztuki, nauki, sportu. I tak w projekcie, prócz mistrza pióra Stefana Chwina, zgodzili się uczestniczyć: mistrz jazzu Przemek Dyakowski, mistrz saksofonu Wojciech Staroniewicz, mistrzyni lekkoatletyki Jarosława Jóźwiakowska-Zdunkiewicz, mistrzyni edukacji Ludwika Sikorska, mistrz odwagi Czesław "Kuba" Jakubczyk, mistrz medycyny Piotr Czauderna, mistrzyni aktorstwa Dorota Kolak, mistrz siły Jan Łuka, mistrz społecznik Zbigniew Canowiecki, mistrz biznesu Zenon Ziaja, mistrz wypieku chleba Andrzej Szydłowski, mistrz fotografii Marek Mazur.

Realizacją Projektu Mistrzowie, któremu patronuje "Polska Dziennik Bałtycki", zajmuje się Studio 102 sp. z o.o.
Kalendarze można nabyć w Gdyni - Cyganeria, w Sopocie - Bookarnia, w Gdańsku - księgarnie Muza.

Możesz wiedzieć więcej!Zarejestruj się i czytaj wybrane artykuły Dziennika Bałtyckiego www.dziennikbaltycki.pl/piano

Wideo

Komentarze 5

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

P
Polihistor
- część.
Dziś coraz mniejsza.
K
Krytyk
Po co i komu potrzebne jest wiedzieć jak się ubierają profesorowie to tu to tam, jakie zakładają skarpetki i kiedy zdejmują marynarki, obok kogo wieszcz usiadł - itd, itp. Profesorowie, poza wyjątkami, - to normalni ludzie - tyle ,że część z nich ma w głowach trochę lepiej!
P
Polihistor
z tym, że ja odrzuciłbym jednak słowo "chyba".
P
Polihistor
Dobre!
I do kompanii Miłosz.
Miodzio! :)
W
WWW
"Ale być endekiem po tym wszystkim, co nacjonalizm zrobił w XX wieku?!"
Co ma endecja wspólnego ze zbrodniami w XX wieku. Hitler był narodowym socjalistą a Stalin międzynarodowym.
Dodaj ogłoszenie