Projekt Mirai. Kino japońskie - bogactwo gatunków, gdzie ciche dramaty mieszają się z krwawym kinem gangsterskim

Projekt Specjalny Mirai
Japonia - o specyfice tego kraju można powiedzieć wiele. Podobnie rzecz ma się z japońskim kinem, którego różnorodność to coś, co szczególnie wyróżnia japońskie produkcje na arenie międzynarodowej. W kinie japońskim można znaleźć wszystko - od kameralnych dramatów, przez krwawe i bezwzględne kino gangsterskie, po najbardziej odjechane i surrealistyczne horrory.

Mówisz kino japońskie, myślisz Akira Kurosawa. Nie ma w tym nic dziwnego, bowiem urodzony w Tokio filmowiec to jeden z najwybitniejszych twórców w historii kina. Na swoim koncie miał Oscary za najlepsze filmy nieanglojęzyczne, a także nagrody z festiwalu w Cannes i Wenecji, zresztą jego filmografia mówi sama za siebie. Kino Kurosawy właściwie na nowo zdefiniowało kino japońskie i wprowadziło je na nowy poziom. Do tego imponujący jest fakt, że Kurosawa był aktywny twórczo od wczesnych lat 40. XX wieku aż do 1993 roku! O takich filmach jak "Siedmiu samurajów" (1954), "Rudobrody" (1965), "Sobowtór" (1980) czy "Ran" (1985) będzie się pamiętać jeszcze bardzo długo i stanowią one unikalne spojrzenie na historię Japonii.

Jednym z największych arcydzieł japońskiego kina jest "Tokijska opowieść" (1953) w reżyserii Yasujirō Ozu. Ten kameralny dramat to poruszająca opowieść o rodzinie, a właściwie o rozpadzie związków rodzinnych, który poraża swoją prawdziwością. Echa tego filmu spokojnie można odnaleźć w twórczości współczesnych japońskich twórców, takich jak chociażby Naomi Kawase czy Hirokazu Koreeda. Kawase, którą polscy widzowie mogą kojarzyć z fenomenalnego obrazu "Kwiat wiśni i czerwona fasola" (2015), lubi opowiadać o zwyczajnych ludziach w niezwyczajnych sytuacjach, i to zarówno wtedy, gdy kreśli historię staruszki przygotowującej dorayaki, jak i gdy skupia się na uczuciu między tracącym wzrok fotografem a młodszą audiodeskryptorką. Te filmy zachwycają nie tylko ogromnym ładunkiem emocjonalnym płynącym z ekranu, ale też przepiękną stroną wizualną, która definiuje ton całej opowieści.

Hirokazu Koreeda nie boi się podejmowania trudnych tematów, które w rękach innych twórców mogłyby zostać sprowadzone do poziomu taniej telenoweli, gdzie szantaż emocjonalny goni kolejne łzy na policzkach widzów. W przypadku twórczości Koreedy nic takiego nie ma miejsca; gdy w "Jak ojciec i syn" (2013) opowiada o dzieciach zamienionych podczas porodu, to na próżno szukać tutaj jakiejkolwiek taniości, a widz zostaje skonfrontowany z prawdziwym dylematem, co sam zrobiłby na miejscu głównych bohaterów. To kino, które zadaje pytania, ale odpowiedzi widzowie muszą już udzielić sobie sami. Podobnie jest w przypadku "Naszej młodszej siostry" (2015), gdzie ponownie na pierwszy plan wychodzi podstawowa jednostka społeczna potocznie zwana rodziną i wszelkie problemy z nią związane. Temat, na jeszcze inny sposób, udanie próbują ugryźć "Złodziejaszki" (2018), które okazały się jednym z najpopularniejszych filmów w całej karierze Japończyka.

Na przeciwległym biegunie japońskiego kina znajduje się Takeshi Kitano, który dzisiaj kinomanom kojarzy się z brutalnym kinem gangsterskim. Warto zaznaczyć, że jego twórczość nie ogranicza się jedynie do tego gatunku, aczkolwiek właśnie tak krwawe filmy jak "Hanabi" (1997), "Brother" (2000) czy "Wściekłość" (2010) przyniosły Kitano największą sławę. To właśnie Kitano, który karierę zaczynał jako komik, a następnie zajął się aktorstwem, został przez krytyków okrzyknięty prawdziwym następcą Kurosawy. Warto szczególnie teraz pochylić się nad twórczością Kitano, ponieważ japoński mistrz prawdopodobnie właśnie zabiera się do realizacji swojego ostatniego w karierze filmowego dzieła, które będzie ekranizacją jego własnej powieści z 2019 roku. W kinie Kitano nie ma miejsca na kompromisy, a często jego filmy przypominają antyczne tragedie, gdzie jakikolwiek wybór bohaterów będzie oznaczać w finale tragedię. Mocne, prawdziwe, zostające w głowie widza na długo.

Mówiąc o japońskim kinie gangsterskim, gdzie krew leje się strumieniami, a mafiozi z yakuzy ucinają sobie kończyny, nie można nie wspomnieć o Takashim Miike. Urodzony w 1960 roku autor wyreżyserował ponad sto filmów (!) i jeszcze nie powiedział swojego ostatniego słowa. Jego kino słynie z przerysowanej przemocy, kiczu oraz hektolitrów krwi, ale to też sprawia, że jest jednym z ulubieńców przeróżnych festiwali filmowych, gdzie bilety na jego produkcje rozchodzą się jak świeże bułeczki. W Polsce jego dzieła można było podziwiać m.in. na Warszawskim Festiwalu Filmowym.

Innym z symboli japońskiego kina jest... Godzilla! Chociaż dzisiaj potwór został mocno zamerykanizowany, a już za moment zobaczymy jego starcie z King Kongiem, to jednak należy pamiętać, że to przede wszystkim symbol japońskiej kinematografii. Godzilla na dużym ekranie zadebiutowała już w 1954 roku i do dzisiaj gigantyczna jaszczurka doczekała się wielu filmów na swój temat. Film wyreżyserował Gareth Edwards, a w jedną z najważniejszych postaci wcielił się japoński aktor Ken Watanabe. Symbolem japońskiej popkultury jest też anime; tutaj prym przez wiele lat wiodło Studio Ghibli, a ich produkcje stały się synonimem wysokiej jakości.

Kino japońskie gatunkowością stoi, o czym doskonale świadczy popularność japońskich horrorów. "The Ring - Krąg" (1998) to film, który zna chyba każdy, a obraz do tego stopnia okazał się sukcesem, że swoją wersję postanowili przygotować Amerykanie. Film z 1998 roku został wyreżyserowany przez Hideo Nakata, a scenariusz stworzył Hiroshi Takahashi. Wyobraźnia twórców japońskich horrorów nie zna granic i naprawdę potrafi być zadziwiająca, dzięki czemu horrory z Japonii cieszą się renomą na całym świecie, a do tego mają własny, specyficzny język, którego nie da się podrobić.

Bogactwo i różnorodność to dwa słowa, które najlepiej opisują japońskie kino. Z pewnością to kinematografia, którą należy poznać, zdecydowanie różniąca się od tego, co robią filmowcy w Stanach Zjednoczonych bądź Europie. Zresztą popularność kina azjatyckiego rośnie z roku na rok, co doskonale pokazuje chociażby Azjatycki Festiwal Filmowy Pięć Smaków, gdzie każdego roku publiczność jest coraz liczniejsza. I bardzo dobrze.

Netflix będzie kręcił w Krakowie. Projekt na razie owiany tajemnicą

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie