Profesor Bogdan Góralczyk: Jeśli będziemy żyli sentymentami, to możemy się nie zorientować, że interesy Węgier są ulokowane gdzie indziej

Wojciech Szczęsny
Wojciech Szczęsny
- Węgry nie prowadzą polityki rewizjonistycznej, ale Viktor Orbán mówi o nadchodzących zmianach w układzie międzynarodowym. Sytuacja w Polsce powoduje, że kierujemy się sentymentalizmem, tymczasem interesy Węgier są ulokowane poza Grupą Wyszehradzką - mówi w rozmowie z Agencją Informacyjną Polska Press profesor Bogdan Góralczyk, dyrektor Centrum Europejskiego Uniwersytetu Warszawskiego, autor książki „Węgierski syndrom: Trianon”.

Przed Bitwą Warszawską, która zdecydowała o losach wojny polsko-bolszewickiej w 1920 roku, Węgry dostarczyły wojskom dowodzonym przez Józefa Piłsudskiego ogromną ilość amunicji. Dziś z uwagi na tradycyjnie dobre relacje między naszymi krajami może wydawać się to oczywiste tymczasem Pańska książka przypomina, że po I wojnie światowej Polska i Węgry znalazły się po dwóch stronach barykady.
W wyniku traktatów wersalskich Węgry zostały podzielone i poćwiartowane. Można to porównać do rozbiorów Polski. Natomiast nasz kraj po I wojnie światowej powrócił na mapę Europy, podczas gdy Węgry tę wojnę przegrały. W okresie międzywojennym stosunki polsko-węgierskie były kwestią delikatną. Z wydanych nie tak dawno dzienników ostatniego ambasadora w Polsce Andrása Horyego jasno wynika z czego pewna ambiwalencja tych stosunków wynikała. Z jednej strony mieliśmy deklaracje idące w parze z powiedzeniem „Polak, Węgier, dwa bratanki”, a z drugiej oba kraje miały zupełnie inne sojusze międzynarodowe. W związku z tym przed dostarczeniem do Polski amunicji przed Bitwą Warszawską między admirałem Miklósem Horthym i Józefem Piłsudskim nastąpiła wymiana listów, ale Horthy za życia Naczelnika nigdy do Polski nie przyjechał. Odbył w Polsce bardzo uroczystą 5-dniową wizytę dopiero w początkach 1938 roku i to wtedy te relacje urosły do wyższej rangi. Wtedy też pojawiła się kwestia wspólnej granicy, która powstała na krótko po rozbiorze Czechosłowacji. Kiedy Węgrzy zajęli Ruś Zakarpacką do ambasadora Horyego zadzwoniła żona ministra spraw zagranicznych Józefa Becka, by zaprosić go na kolację do prywatnej willi ministra. Był to jedyny taki przypadek podczas całej pięcioletniej kadencji węgierskiego posła w Warszawie. Ta wspólna granica po niemieckiej agresji dała potem bodaj najlepszy okres w naszej historii, czyli przyjęcie na Węgrzech polskich uchodźców po wybuchu II wojny światowej.

Regent Węgier Miklos Horthy składa wieniec na krypcie marszałka Józefa Piłsudskiego.
Regent Węgier Miklos Horthy składa wieniec na krypcie marszałka Józefa Piłsudskiego. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

W książce jasno pokazuje Pan, że Traktat w Trianon i wszelkie późniejsze kłopoty to konsekwencja błędów popełnionych przez samych Węgrów. Ciekawe jest też to, że z całą tradycją niepodległościową obecną w Polsce zupełnie zapomnieliśmy o tłumieniu przez Węgrów dążeń narodowowyzwoleńczych Chorwatów, Rumunów, czy Słowaków.
W tej sprawie na Węgrzech toczy się ogromny spór. Są tam środowiska, które ciągle nie przyznają się do własnych błędów. Natomiast wywód historyczny jest dosyć jednoznaczny. Jedną z przyczyn takiego kształtu Traktatu w Trianon była przymusowa madziaryzacja. Po powstaniu Cesarstwa Austro-Węgierskiego w 1867 roku Niemcy czy Austriacy i Węgrzy stanowili w nim tylko nieco więcej niż 20 procent ludności. Nawet w Koronie Świętego Stefana, czyli w węgierskiej części dualistycznej monarchii, Węgrzy stanowili połowę mieszkańców. Tymczasem z upływem czasu przymuszano inne narodowości do używania języka węgierskiego Pojęcie narodu było bardziej państwowe niż kulturowe, a od tzw. „Lex Apponyi” z 1907 r. język węgierski stał się przymusowy w całym życiu oficjalnym. Elity węgierskie ewidentnie nie rozumiały, że mniejszości narodowe na terenie Korony miały swoje narodowe cele i dążenia. Odpowiedzialność węgierska jest tu niestety duża.

Na czym konkretnie według Pana polega „syndrom Trianon”? Za czym najbardziej tęsknią Węgrzy, ze stratą którego terytorium nie mogą się pogodzić?
Pamiętajmy, że aż do Wiosny Ludów w 1848 roku, to dzisiejsza stolica Słowacji, czyli Bratysława była siedzibą parlamentu węgierskiego. Z kolei największą część terytorium Węgry straciły na rzecz Rumunii. Były to prawie 102 tysiące kilometrów kwadratowych z Siedmiogrodem, czyli jedynym z ważnych ośrodków węgierskiej kultury i państwowości. Po Trianon, aż do dziś terytorium Węgier wynosi 93 tysięcy kilometrów kwadratowych, więc to mówi samo za siebie.

Dlaczego Siedmiogród jest tak ważny dla Węgrów?
Od 1541 do 1699 roku te Węgry, które dzisiaj widzimy na mapie były podzielone między Austriaków, a Buda była miastem garnizonowym dla wojsk tureckich. Zresztą niedawno z inicjatywy władz tureckich uroczyście, w obecności prezydenta Recepa Tayyipa Erdogana zostało odrestaurowane i ponownie otwarte mauzoleum Gül Baby, pierwszego namiestnika, a zarazem derwisza, które warto odwiedzić. Wtedy to właśnie Siedmiogród stanowił o ciągłości węgierskiej państwowości. Pamiętajmy, że jeden z książąt siedmiogrodzkich Stefan Batory został w tamtym okresie królem Polski. Z naszego punktu widzenia stratę Siedmiogrodu można by porównać do sytuacji, w której od Polski oderwano by Małopolskę wraz z Krakowem. Na tych terenach wciąż mieszka szacowana na milion osób mniejszość węgierska, czyli tzw. Seklerzy. To ludność, która zachowała czystą węgierskość. To tam jeździ Viktor Orbán, aby wygłaszać swoje coroczne przemówienia do narodu, które często wywołują szum międzynarodowy. Z Seklerami jest problem, bo to Węgrzy, którzy żyją w odległości 950 km od Budapesztu i tylko 250 km od Bukaresztu. Ta rana wciąż krwawi, co Orbán wykorzystuje.

W jaki sposób?
Dość wspomnieć o jego ostatnim przemówieniu z 6 czerwca tego roku w Sátoraljaújhely, czyli miejscowości pielgrzymkowej, trochę na kształt naszej Częstochowy, na dodatek podzielonej rzeką, gdzie po drugiej stronie jest Słowacja. Orbán powiedział tam, że kończy się „sto lat samotności” czterech pokoleń Węgrów po układzie w Trianon i nadszedł czas, by sobie z tym poradzić. W tym kontekście dał do zrozumienia, że nadchodzi wielka zawierucha, użył pojęcia „ruchów tektonicznych” w polityce międzynarodowej, które miały by przynieść coś nowego. Oczywiście oficjalnie polityki rewizjonistycznej nie ma, nikt takich postulatów nie formułuje, ale Rumuni patrzą na to wszystko coraz bardziej niechętnie. O ile stosunki Węgrów ze Słowacją, czy Serbią są dobre, to relacje z Rumunią zdecydowanie się pogorszyły.

Minister spraw zagranicznych III Rzeszy Joachim von Ribbentrop i włoski szef MSZ Galeazzo Ciano podpisują dokumenty na mocy Drugiego arbitrażu wiedeńskiego,
Minister spraw zagranicznych III Rzeszy Joachim von Ribbentrop i włoski szef MSZ Galeazzo Ciano podpisują dokumenty na mocy Drugiego arbitrażu wiedeńskiego, który 30 sierpnia 1940 roku przyznawał północny i wschodni Siedmiogród Węgrom
Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Pytanie, czy można się temu dziwić? Wspomina Pan w książce o osobistym wspomnieniu z miasta Beszterce (Biştrica) w Rumunii, gdzie sto lat po Trianon w odległości 400 kilometrów w prostej linii z od granicy z Węgrami kilku małych chłopców podczas gry w piłkę nożną kłóciło się po węgiersku.
Bo ten temat jest naprawdę bolesny. Jednakże bez udziału wielkich mocarstw się tego nie rozstrzygnie. Węgrzy z Rumunami sami się w tej sprawie nie dogadają. Musiałby nastąpić nowy ład światowy, ale wtedy wszystko rozdają zwycięzcy. Więc trzeba się znaleźć po ich stronie. Przypomnę, że Rumuni dwa razy byli po stronie państw centralnych, a potem zmieniali front i w nagrodę dostali właśnie Siedmiogród. To kwestia odpowiedzialności elit w małych państwach. W epoce geostrategicznych zawirowań trzeba przewidywać, co może zmienić się po trwającym konflikcie w układzie globalnym, bo po nim to jego zwycięzcy będą decydować, a małe i średnie państwa muszą zawczasu się do tego odpowiednio przygotować.

Viktor Orbán stale umacnia swoją władzę. W związku z pandemią koronawirusa rząd zyskał możliwość administrowania krajem za pomocą dekretów. Stan zagrożenia epidemiologicznego zniesiono, ale nowych uprawnień rządu już nie.
To polityka wymierzona w samorządy, których część włącznie z Budapesztem znalazła się w rękach opozycji. Dlatego tak ważny był ostatni szczyt Unii Europejskiej w Brukseli, gdzie toczyła się walka o wielkie pieniądze.

Premierzy Polski i Węgier podczas wspólnej konferencji po zakończeniu szczytu ogłosili swoje wielkie zwycięstwo wynikające ze wspólnej strategii negocjacyjnej.
Pamiętajmy, że gospodarzem tych obrad czuła się Angela Merkel, bo to Niemcy od początku lipca sprawują prezydencję w Unii Europejskiej. Orbán gra i licytuje zdecydowanie powyżej stawki, którą stanowią Węgry. Chce być politykiem, który rozdaje karty na arenie europejskiej, ale jego potencjał jest jednak nikły, z czego powinniśmy i my sobie zdawać sprawę.

W książce pisze Pan o pewnym zagarnięciu spraw związanych z kulturą i polityką węgierską w Polsce przez środowiska prawicowe. Dlaczego to Pana niepokoi?
W takiej sytuacji bardzo łatwo można wpaść w narrację zdominowaną przez nurt narodowy, w nacjonalizmy. Powiem tak: jako wysoki rangą dyplomata spędziłem na Węgrzech niemal całe lata 90-te i wtedy ukułem sobie powiedzenie, że Polak i Węgier to – owszem – dwa bratanki, ale Węgier pięciu Polaków wymieniłby na jednego Niemca. Takie są realia polityczne. Natomiast sentymenty i historyczne rojenia są ulokowane w Warszawie i okolicach. Jeżeli będziemy żyli tylko wspomnieniami, wspólnie odsłanianymi tablicami i pomnikami, to możemy łatwo przeoczyć, że interesy gospodarcze i polityczne Viktora Orbána są gdzie indziej i to niekoniecznie w Grupie Wyszehradzkiej.

Jest Pan teraz w Budapeszcie. Coś się zmieniło po pandemii koronawirusa?
Jeśli chodzi o wirus, to sytuacja do złudzenia przypomina tę w Polsce. Natomiast ten pobyt jest dla mnie wyjątkowy, ponieważ nie byłem na Węgrzech przez blisko rok, co się ostatnio nie zdarzało. Myślę o aktualnej sytuacji w kontekście mojej książki, albowiem część najpoważniejszych historyków węgierskich, z których dorobku obficie korzystałem, jest teraz atakowana za nie dość narodowe podejście do kwestii Trianon. Pojawiają się eksperci, oficjalnie popierani przez władze, którzy mówią, że za tragedię Trianon odpowiadają wolnomularze. Chcę sprawdzić, na ile takie tezy są poważne. Dlaczego z Węgrów znów próbuje się robić tylko ofiary, zdejmując z nich wszelką odpowiedzialność. Zamierzam ten temat po powrocie do kraju podjąć, bo tym razem zazwyczaj trzeźwy dotąd premier Orbán, jak się wydaje, zaczyna śnić o potędze w kraju nadal małym. Oby to nie był dowód na to, że władze w Budapeszcie chyba zaczynają się odrywać się od rzeczywistości.

Uczniowie wracają do szkół w systemie hybrydowym

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie