Prof. Wojciech Fałkowski: Wydarzeniem na skalę europejską, otwierającym 2022 rok będzie pokaz dzieła Madonny Paola Uccella

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Prof. Wojciech Fałkowski, dyrektor Zamku Królewskiego: Życzyłbym sobie, żebyśmy mogli uzupełnić kolekcję o prace malarzy, którzy tworzyliby kontekst do naszej kolekcji prac Bernarda Belotto, zwanego Canalettem
Prof. Wojciech Fałkowski, dyrektor Zamku Królewskiego: Życzyłbym sobie, żebyśmy mogli uzupełnić kolekcję o prace malarzy, którzy tworzyliby kontekst do naszej kolekcji prac Bernarda Belotto, zwanego Canalettem Materiały prasowe
Udostępnij:
Chciałbym, żeby Zamek Królewski w Warszawie mógł zbudować kontekst malarski, historyczny do naszego zbioru Canaletta przez prace jego stryja Antonio Canala, również Michele Marieschiego i innych wielkich wedutystów włoskich. A drugim życzeniem na nadchodzący rok jest pozostanie u nas Madonny Paola Uccella, żeby od nas już nie wyjechała – mówi prof. Wojciech Fałkowski, dyrektor Zamku Królewskiego w Warszawie.

Do 10 lutego 2022 roku potrwa w Zamku Królewskim w Warszawie wystawa dzieł Caravaggia i jego naśladowców. Na czym polega niezwykłość tej wystawy, oprócz tego, że te obrazy możemy tu zobaczyć po raz pierwszy?

Czar pokazywanych płócien wynika z dwóch zasadniczych rzeczy jednocześnie występujących: z fenomenu Caravaggia i caravaggionizmu i zupełnie nowej jakości, którą ten malarz i jego naśladowcy wprowadzili do sztuki europejskiej, co jest widoczne przez ostatnie 400 lat! Oba obrazy Caravaggia, bo do „Chłopca ugryzionego przez jaszczurkę” doszedł „Narcyz przeglądający się w źródle”, są ikonami sztuki dawnej, ale i sztuki europejskiej w ogóle. Są czymś, co zachwyca publiczność na całym świecie, a jednocześnie spowodowały przełom w sztukach wizualnych całego kontynentu. Naśladowcy wywodzili się z północy Europy, spoza Alp i jednocześnie było całe gremium rywali, współzawodników, uczniów i kontynuatorów na Półwyspie Apenińskim. Był to zatem styl, który objął praktycznie cały kontynent i do dziś wywiera niezatarte piętno.

Zatrzymajmy się przy Caravaggiu, a właściwie przy Michelangelu Merisim, bo tak się nazywał naprawdę. Dlaczego więc Caravaggio?

Caravaggio pochodzi od nazwy miasteczka, gdzie zamieszkał z rodzicami. To był popularny zwyczaj u twórców z tego okresu, żeby przyjmować pseudonimy artystyczne łatwo wpadające w ucho i jednocześnie wywodzące się z miejsca, z którym się jakoś wiązali, albo przez urodzenie, albo przez dłuższy pobyt w okresie formacyjnym w swoim życiu. Nie jest to więc ani pierwszy, ani ostatni przypadek. W tym roku Zamek Królewski kupił obraz Jacopo Bassano, który również swoje nazwisko, znane na świecie, przyjął od miasteczka Bassano, leżącego na północ od Wenecji. Pseudonimy pozwalały im zyskać nowy wymiar i nową naturę artystyczną; polegało to na budowaniu trochę innej biografii, która miała wiązać ich z bliskim otoczeniem, z którego się wywodzili i w którym wyrastali. Zmiana nazwiska pozwalała twórcom uzyskać nowy wymiar artystyczny związany z latami formacyjnymi, z nauką u mistrza, u którego uczyli się zawodu i sztuki i jednocześnie tworzyły moment nowych narodzin, ponownego startu w życie, ważnego dla nich, ponieważ z tym wiązało się całe ich późniejsze istnienie. Nie tylko zawodowe i materialne, ale również duchowe i wyobrażeniowe.

Akurat wspomniane przez Pana obrazy Caravaggia, czyli „Chłopiec ugryziony przez jaszczurkę” i „Narcyz”, choć są znane i piękne, nie należą do tych, które przyniosły artyście popularność. Tę przyniosły Caravaggiu dzieła sakralne, choć były one na tamten czas kontrowersyjne?

One nie tylko były kontrowersyjne, ale wręcz szokowały. Te dzieła były zamawiane przez bogatych protektorów i mecenasów z kręgów kościelnych, kardynałów i samego otoczenia papieża. To oni narzucali więc tematykę obrazów i miejsce ekspozycji, co było też niesłychanie ważne, ponieważ dzieło stawało się powszechnie dostępne. Jeżeli dzieło zamawiał prywatny mecenas, to skrywał je później w swoim pałacu. Oglądane było przez nielicznych, przez jego rodzinę i otoczenie oraz gości. Ale samo dzieło nie funkcjonowało w sferze publicznej; nie mogło być ani podziwiane, ani docenione, ani też oglądane przez masową publiczność. Natomiast eksponowanie obrazu w kościele, w ołtarzu głównym lub w ołtarzach kaplicznych, pozwalało na stworzenie owej otoczki społecznej. Ludzie przychodzili i nie tylko się przed obrazem modlili, ale go podziwiali i komentowali. Analizowali zarówno scenę, jak i wszelkiego rodzaju detale. Obraz stawał się więc wydarzeniem społecznym. Na tym właśnie, w baroku, w okresie po przełomie XVI i XVII wieku szczególnie zaczęło zależeć twórcom. Odkryli, że ich odbiorcą nie jest tylko bogaty mecenas, który pozwala im zarobić pieniądze, ale także szerokie spektrum społeczne, które daje możliwość zaistnienia publicznego. To jest odkrycie, które łączy się z rewolucją caravaggionizmu polegającą na zupełnie odmiennym sposobie malowania, ujęcia postaci, budowaniu sceny i całej formy obrazu. Drugą odsłoną tej rewolucji, która się za sprawą baroku i kontrreformacji dokonuje w tych latach jest właśnie szerokie oddziaływanie społeczne sztuki na odbiorcę, który przychodzi i obcuje z obrazem w różnych miejscach, nie tylko w kościołach i kaplicach, ale i podczas procesji i otwartych pokazów, mając nieskrępowany dostęp do dzieła.

Znawcy malarstwa Caravaggia podkreślają, że jego styl oznacza inny sposób opowiadania historii. A poza tym, czy ktoś wcześniej i później pokazywał, tak jak Caravaggio, ludzkie ciało?

To prawda, ta opinia częściowo oddaje fenomen tego, co się wtedy wydarzyło. Ale trzeba zaznaczyć dwie dodatkowe kwestie. Caravaggio nie był pierwszym, który w sposób śmiały pokazywał sceny religijne czy postaci ludzkie w zupełnie niekonwencjonalnych, nie ustawionych pozach. Stosował skróty perspektywiczne, grał światłocieniem, komponował scenę wielopostaciową w sposób całkowicie odmienny od statyki; wprowadzał dynamikę i napięcie widoczne między nimi. Stwierdzenie, że Caravaggio opowiada historię jest o tyle prawdziwe, że on w nowy sposób wprowadza dramatyzm do tych scen i robi to zupełnie nowymi środkami estetycznymi. Natomiast, oczywiście, pokazywanie emocji oraz skuteczne angażowanie widza, żeby w pewnym stopniu utożsamiał się z dziełem i starał się to dzieło nie tylko podziwiać, ale i odpowiadać swoimi emocjami na to, co widzi przed sobą, wręcz prowokowanie reakcji widza, to jest ambicja wcześniejsza. Przypomnę tu obraz Mantegny „Opłakiwanie Chrystusa”, który znajduje się teraz w galerii Brera w Mediolanie. Postać Zbawiciela oglądamy od stóp, przez nogi, dopiero potem widzimy korpus i twarz. Wokół znajdują się postacie, ale głównym akcentem, który jest widoczny to są właśnie stopy i nogi Jezusa leżącego na marach. Otóż możemy powiedzieć, że to, co wprowadził do takiego ujęcia postaci Caravaggio, to były brudne stopy, nieumyte, nie dostosowane do powagi i dramatyzmu sytuacji. To jest scena wzięta z codziennego życia, to są zwykłe chwile przeniesione do nadzwyczajnej historii.
I druga rzecz – Caravaggio do maksimum wykorzystywał i wprowadzał postaci spotykane na co dzień: prostych ludzi, wieśniaków, chłopów, rzemieślników i czynił z nich bohaterów niezwykłej historii przez siebie opowiadanej. Postacie, które występują w dramatycznych i wielkich wydarzeniach Nowego Testamentu, biorą się z ulicy, z podwórka, z warsztatu rzemieślniczego, który on widział wokół siebie. To jest ten fenomen, który w sposób najpełniejszy zaistniał dopiero za sprawą Caravaggia.

To arystotelesowska zasada: wyjść przed dom i opisać to, co się widzi.

Caravaggio był wielkim artystą, przekształcającym codzienne życie w cuda. W dramatyczne, niezwyczajne, wspaniałe wydarzenia, które pozostają w wyobraźni i pamięci ludzi przez setki i tysiące lat.

**Również samo życie Caravaggia było dramatyczne. Ksiądz Witold Kawecki, który napisał książkę „Tajemnice Caravaggia”, uważa, że był to artysta, który tworzył w poczuciu grzechu i skruchy oraz prośby o przebaczenie, bo na swoim koncie miał prawdopodobnie niejedno zabójstwo. Zgodzi się Pan z tym? Czy to widać w jego twórczości?**

Z całą pewnością, w twórczości Caravaggia widać emocje i dramatyzm. Było to związane z jego biografią. Artysta miał życie wypełnione trudnymi relacjami z innymi ludźmi, był uwikłany w wiele spraw kryminalnych, spotykał się z ludźmi z półświatka i miał całkowicie nieuporządkowane życie osobiste. Natomiast myślę, że główną rzeczą, którą widać u Caravaggia, to jest jego geniusz. To wszystko, co mówimy, opowiadamy, analizując jego dzieła, wynika z boskiej cząstki, którą posiadał i którą widać w praktycznie każdym jego dziele. Ze sceny codziennej, nawet banalnej tworzył coś zupełnie niezwykłego, nasyconego nieprawdopodobną ilością energii i emocji. Tak się objawia wielki talent.

W Zamku Królewskim obrazy Caravaggia znalazły się za sprawą Fundacji Roberta Longhiego. To też człowiek, dzięki któremu Caravaggio wrócił do powszechnej świadomości, bo, trudno w to uwierzyć, ale stał się on malarzem zapomnianym.

Wszystko, co mówimy o Caravaggiu stoi w sprzeczności z tym, co się wydarzyło po jego śmierci, ponieważ praktycznie został on zapomniany. Jego dzieła przestały być wystawiane na widok publiczny. Doceniane były wyłącznie przez nielicznych znawców sztuki i koneserów. Dopiero za sprawą Roberta Longhiego w XX wieku został ponownie odkryty, nie tylko przypomniany, ale i doceniony. Wielka wystawa, którą Roberto Longhi zorganizował w Pałacu Królewskim w Mediolanie w 1951 roku przyciągnęła dziesiątki tysięcy widzów i stała się wydarzeniem na miarę całego kontynentu za sprawą pracy, którą Longhi wykonał, analizując, opisując i przedstawiając twórczość artysty. A przede wszystkim stało się tak za sprawą samych obrazów, które Longhi zgromadził. Wyciągnął je z niebytu, z niepamięci i pokazał tryumfalnie nie tylko Włochom, ale i wszystkim Europejczykom. To było wydarzenie, o którym pamiętamy nadal po 70 latach.

Oprócz Caravaggia, na wystawie znalazło się prawie 50 obrazów jego naśladowców. Które z dzieł by Pan szczególnie polecił tym, którzy wystawy jeszcze nie zdążyli obejrzeć?

Na tej wystawie jest przynajmniej kilkanaście obrazów, przy których zapominamy, że przyjechały również obrazy Caravaggia. To są naprawdę znakomite dzieła. Spośród nich, dwa moje ulubione to obraz Matthiasa Stomera, Holendra, który pojechał do Włoch i tam został; zakochał się w tym świetle, w kulturze, w całym środowisku artystycznym. Ten obraz to „Archanioł Rafael oznajmia rodzicom narodziny Samsona”. Oni się tego nie spodziewali, są zmieszani. A snop światła, który jest rzucony na środek tej sceny i rozświetla wszystkie postacie, jest czymś zupełnie wyjątkowym w malarstwie europejskim. To arcydzieło. Druga praca należy do Jusepe de Ribeiry i jest to „Święty Tomasz”, pokazywany z profilu, trzymający krzyż. To obraz malowany środkami bardzo prostymi, a jednocześnie tak emanujący energią i emocjami, z tak wielką siłą wyrazu, która jest tam widoczna, że przyciąga uwagę nawet z drugiego końca sali. Zatem są to obrazy, które czynią te wystawę zupełnie wyjątkową nie tylko za sprawą Caravaggia, ale właśnie jego współpracowników, naśladowców i kontynuatorów wypracowanego przez niego stylu malarskiego.

Ubiegły rok dla Zamku Królewskiego był naprawdę niezmiernie ciekawy i dynamiczny, bo działo się dużo; chciałam tu wspomnieć o jeszcze jednym dziele, którego uroczyste otwarcie pokazu odbyło się 2 grudnia. Mam tu oczywiście na myśli dzieło Rubensa. Portret Anny Austriaczki będzie eksponowany do 13 lutego. Dlaczego trzeba obejrzeć ten obraz? Zwłaszcza, że padają opinie, że przecież Rubens nie namalował go od początku do końca.

To obraz, który pokazujemy w długiej galerii królewiczowskiej; można stanąć 20 metrów od niego i wtedy widać wielkość malarstwa, które oglądamy. Ten obraz jaśnieje blaskiem, pokazywana jest nie tylko uroda, ale i chęć dominacji królowej, jej siła charakteru została oddana bardzo wiernie i precyzyjnie. Z całą pewnością Rubens malował najważniejsze partie dzieła: twarz, dekolt i ręce. A jednocześnie, jak miał w zwyczaju on sam i bardzo wielu wziętych artystów wykorzystywał swoich pomocników i cały warsztat. Oni nie tylko mieszali farby i przygotowywali blejtram i ramy, ale również pomagali przy malowaniu, czy wręcz wykonywali pod okiem mistrza różne detale w tle i części szaty. Sądzę, że ten obraz był malowany w dużej części ręką samego Rubensa, ponieważ fragmenty koronek, sukni, aksamitu, który jest za plecami królowej – wszystko to jest tak wspaniale przedstawione, że trudno uwierzyć, żeby robił to ktoś początkujący. Jeżeli to był ktoś inny niż sam Rubens, to musiał to być artysta na pewno znakomity warsztatowo i świetnie przygotowany do tego zawodu. No, a Rubens nadawał temu ostatni szlif i jednocześnie gwarantował jakość przed zamawiającym dworem, przed samą Anną Austriaczką.
Drugi obraz przedstawiający Annę w taki sam sposób znajduje się w muzeum w Prado, o czym będziemy dyskutować na początku marca, bo sam kurator tego hiszpańskiego muzeum jest przekonany o wielkiej wartości portretu pokazywanego właśnie w Warszawie. Trudno sobie wyobrazić, żeby replika tego przedstawienia była wykonywana przez kogoś zupełnie nieznanego. Mówimy o portrecie królowej, o żonie Ludwika XIII, matce Ludwika XIV, króla, który stworzył wizerunek Francji; który nie tylko zbudował Wersal, ale pokazał Francję taką, jaką Francuzi chcą sobie wyobrażać i widzieć w chwili obecnej. Nie mogła to więc być ani praca anonimowa, ani pośledniego malarza, ponieważ w grę wchodził autorytet i prestiż władczyni.

Tym bardziej, że Anna Austriaczka doczekała się, aby być królową i władać przez kilkanaście lat.

Oczywiście, musiała pilnować tronu dla swojego syna, z którym zresztą później się pokłóciła. A weszła do wyobraźni zbiorowej za sprawą Aleksandra Dumasa i jego powieści „D’Artagnan i trzej muszkieterowie”, z całą intrygą wokół księcia Buckingham, francuskiego dworu i szpiegów z różnych stron Europy.

Co czeka Zamek Królewski w Nowym Roku? Czy możemy się spodziewać wydarzeń, dzięki którym będziemy mogli znów po raz pierwszy oglądać dzieła innych światowych twórców?

Mogę zdradzić tajemnicę – od 25 stycznia 2022 roku będziemy pokazywać obraz Paola Uccella, malarza z Florencji, z dworu Medyceuszy. Jego dzieło zagości po raz pierwszy w Polsce, właśnie u nas, na Zamku Królewskim. Będzie to Madonna z dzieciątkiem zasiadająca na tronie. Obraz powstał około połowy XV wieku. Pokaz dzieła Uccella razem z czterema obrazami maryjnymi z kolekcji zamkowej będzie wydarzeniem otwierającym rok 2022. To jest wystawa na miarę międzynarodową, na skalę europejską.

Na koniec zapytam o Pana marzenia; co by sobie Pan życzył, aby było eksponowane w roku 2022 w Zamku Królewskim, jeśli chodzi o największe światowe dzieła?

Życzyłbym sobie, żebyśmy mogli uzupełnić kolekcję dzieł zamkowych o prace mistrzów, malarzy, którzy tworzyliby kontekst do naszej kolekcji prac Bernarda Belotto, zwanego Canalettem. Myślę tutaj o wedutach weneckich. Mamy widoki Warszawy; weduty naszego miasta, które robią wrażenie na wszystkich nie tylko pięknem, ale i precyzją wykonania. Takie weduty powstawały też w innych miastach, zwłaszcza w Wenecji. Chciałbym, żeby Zamek Królewski w Warszawie mógł zbudować taki kontekst malarski, historyczny do naszego zbioru Canaletta przez prace jego stryja Antonio Canala, również Michele Marieschiego i innych wielkich wedutystów włoskich, którzy podbijali dwory europejskie w połowie XVIII stulecia. A drugim życzeniem na nadchodzący rok jest pozostanie u nas Madonny Paola Uccella, żeby od nas już nie wyjechała.

J&J: Dostałam skrzydeł, te skrzydła mnie niosą

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie