reklama

Prof. Turski: Środa mnie rozszarpie, ale nie mamy jednakowych głów. Trzeba profilować edukację

Agaton KozińskiZaktualizowano 
Prof. Łukasz Turski
Prof. Łukasz Turski Fot. Wojciech Matusik / POLSKAPRESSE
- Profilowanie edukacji i wyławianie talentów jest bardzo ważne. Wiem, że prof. Magdalena Środa mnie rozszarpie za te takie słowa, ale nie można zaprzeczać podstawowej tezie mówiącej, że wprawdzie wszyscy mamy jednakowe brzuchy, ale nie jednakowe głowy - mówi prof. Łukasz Turski, fizyk, w rozmowie z Agatonem Kozińskim.

Narzekanie na szkołę jest niemal równie popularne w Polsce jak krytykowanie służby zdrowia lub trenera piłkarskiej reprezentacji. Zbliża się 1 września, więc pewnie za chwilę usłyszymy kolejną porcję krytyki szkół.
Krytyki? Czemu? Absolutnie się z tym nie zgadzam.

Można polski system edukacji za coś pochwalić?
Uważam, że należy dowartościować 1 września. To bardzo ważny dzień - i powinien mieć szczególną oprawę. Wyobrażałabym sobie, że tego dnia miasta mogłyby organizować festyny, na przykład takie jakie odbywały się podczas Euro. Przygotować odświętne imprezy dla dzieci, aby w ten sposób uatrakcyjnić im powrót do szkoły. W Polsce jest jednak całkowicie inaczej. 1 września traktuje się jak karę. W tym roku wypada on w sobotę, więc rok szkolny oficjalnie rozpocznie się 3 września. W ten sposób pokazuje się lekceważenie tej daty. Tymczasem - w moim odczuciu - jest to bardzo ważny dzień. Tak samo szkoła jest bardzo ważną instytucją. Rzeczywiście, nie tylko w Polsce jesteśmy w sytuacji, gdzie nie bardzo wiemy, jaki wydźwięk kryje w sobie słowo "szkoła". Z tego należy wyciągnąć pewne wnioski. Kryzys edukacji powszechnej jest widoczny nie tylko w Polsce, ale na całym świecie.

Co jest powodem tego kryzysu?
W ciągu ostatnich kilkunastu lat nastąpiła - w moim przekonaniu - większa rewolucja technologiczna niż ta, która miała miejsce po wynalezieniu przez Gutenberga ruchomej czcionki umożliwiającej druk. Mówię teraz o rewolucji informatycznej. Zmieniliśmy geometrię, w której żyjemy. Kompletnie ją zmieniliśmy. Dziś naszym sąsiadem nie jest ktoś, kto żyje przez płot czy za miedzą, tylko ktoś, kogo spotykamy w internecie czy z kim rozmawiamy na co dzień poprzez komunikatory lub telefony komórkowe. Ta zmiana niesie ze sobą konsekwencje w rozwoju cywilizacji. Tymczasem szkoła w ogóle tego nie zauważyła.

Tylko jak szkoła podstawowa mogła to zauważyć? Jej zadaniem jest wychowywać i kształcić. Nauczyć elementarza, który jest niezmienny, i który będzie podstawą potrzebną do końca życia. Co w tych regułach należy zmienić?
Pan zapomina, że dzieci, które przychodzą do tej szkoły podstawowej, wychodzą z rodzin, które dziś żyją całkowicie inaczej niż standardy, które obowiązywały do końca XX w. Tymczasem obecna struktura szkoły, którą narzucamy w pierwszych latach nauki, jest strukturą wywodzącą się z XIX w. Dlatego nie przystaje do rzeczywistości.

Przeszkadzają Panu ustawione do linijki ławki?
To akurat drobiazg, natomiast problem jest szerszy. My całkowicie nie wiemy, jak ma wyglądać szkoła, która by się wpisywała w zmieniający się świat. Zależałoby mi, żeby zacząć o tym rozmawiać. Nie chciałbym występować w roli mędrca, mówić, jak to wszystko powinno wyglądać. Niestety, tego nie wiem, ale tego chyba nikt tego nie wie. Tu można by rzucać dziesiątki pomysłów. Powszechna edukacja powstała podczas wielkiej rewolucji technologicznej, która miała miejsce w XIX w. Masowa edukacja była wtedy potrzebna, ponieważ nowy przemysł, który się wtedy rodził, potrzebował ludzi wykształconych, a jednocześnie tworzył metody pozwalające nam się uczyć. Problem w tym, że wtedy wypracowane standardy nie przystają do rzeczywistości. Dziś dzieci są inne.

Ale przecież każde dziecko musi w podstawówce nauczyć się tego samego, co w XIX w.: czytać, pisać, liczyć.
Nie. Właśnie w tym tkwi największa różnica. Dawniej nacisk kładło się na przedmioty, one były bohaterem szkoły. Dziś natomiast podmiotem edukacji musi być dziecko. W czasie wojen napoleońskich żył pedagog Jan Henryk Pestalozzi, który powiedział: Uczmy dziecko, a nie przedmiotu. W XIX w. nie było technicznej możliwości dla takiej personalizacji, świat był zbyt prymitywny. Stąd powstał pomysł horyzontalnych klas uporządkowanych według roczników. Tak zostało do dziś, dzieci mają sześć, siedem lat, idą do szkoły, tam poznają alfabet, a potem uczą się tabliczki mnożenia. Tylko że taki sztywny podział nie jest konieczny. Teraz dzieci możemy uczyć inaczej. Dzieci, które przychodzą do pierwszej klasy, ale są bardzo bystre i szybko chwytają założenia stawiane w matematyce, będą się na lekcjach śmiertelnie nudzić.
Jak to zmienić? Utworzyć klasy dla geniuszy?
Nowa rewolucja w szkole musi być przede wszystkim nastawiona na wyławianie talentów. Ale też Zosia, która się szybciej uczy matematyki, nie może być już po dwóch, trzech klasach podstawówki sprofilowana tylko na nauki ścisłe. Przecież ona w każdej chwili może dojść do wniosku, że teraz chce się uczyć historii sztuki. I musi mieć taką możliwość. Szkoła powinna więc być tak zorganizowana, żeby - z jednej strony - dawać uczniom możliwie jak najwięcej swobody w rozwijaniu ich talentów, ale z drugiej - gwarantować to, że w czasie nauki zdobędą minimum wiedzy.

Jak określić to minimum? Czy minimum to sześć klas szkoły podstawowej, czy może matura?
Tak, dokładne określenie tego minimum to problem. Na pewno nie należy go określać przez pryzmat matury czy egzaminu do gimnazjum. To są też pojęcia, które znikną w tej nowej szkole.

Jakiś system weryfikacji poziomu intelektualnego być musi.
Ale pytanie, dlaczego ma być on globalny? Zamiast przeprowadzać globalny system weryfikacji w postaci testu, który każdy może napisać, należy weryfikować zdolności dziecka. Powinno się sprawdzać, co każdy uczeń umie. Kilkaset uniwersytetów amerykańskich wprowadziło już u siebie system, który pozwala poznać możliwości każdego ucznia liceum bez patrzenia na jego oceny.

Na czym ten system polega?
Poszczególne wydziały tych uczelni rozmawiają z potencjalnymi kandydatami do podjęcia nauki u nich już na rok, dwa przed ukończeniem przez nich nauki. Wówczas poznają dziecko znacznie lepiej. A ponieważ każda uczelnia posiada profil studenta, wie, kogo chce kształcić, to w ten sposób łatwo wyłowić im uczniów, którzy do nich pasują. U nas jest kompletnie inaczej. Konia z rzędem temu, kto wie, kogo chce kształcić Uniwersytet Jagielloński. Tymczasem takie profilowanie jest bardzo ważne. Wiem, że prof. Magdalena Środa mnie rozszarpie za te takie słowa, ale nie można zaprzeczać podstawowej tezie mówiącej, że wprawdzie wszyscy mamy jednakowe brzuchy, ale nie jednakowe głowy. Każdy człowiek jest inny, nie wszyscy mogą robić to samo. Dlatego trzeba dokładnie poznać dzieci i pomóc im możliwie najszybciej wybrać właściwą ścieżkę życiową. I żaden egzamin nie jest do tego potrzebny.

Taki monitoring każdego ucznia wymaga zatrudnienia gigantycznego sztabu ludzi.
Mamy tych ludzi. To są nauczyciele. W nowej szkole ich rola, ich zadania muszą zostać kompletnie zredefiniowane. Przede wszystkim ten zawód musi uzyskać właściwy status, w końcu to jedno z najważniejszych zajęć świata. Nauczyciele opiekują się dziećmi, naszym największym skarbem narodowym. Znacznie większym niż gaz łupkowy. Niestety, dziś rzeczywistość jest inna. Nauczyciel w Polsce nie jest przygotowany do nowych wyzwań, na przykład do tego, że na jednej lekcji matematyki pojawią się dzieci w różnym wieku. Tak jest w amerykańskich szkołach.

To jest możliwe na uniwersytetach, ale nie w podstawówkach - przecież szkoła ma dzieci też wychowywać, a o to trudno, gdy na te same lekcje chodzą różne roczniki.
Dobrze, ma pan rację, w pierwszych klasach roczników nie powinno się mieszać. Ale potem dzieci mogą uczyć się same, już bez podziału na klasy. W szkole gigantyczną rolę powinny zacząć odgrywać zajęcia niedające bezpośredniej wiedzy, jak sport, teatr, chór szkolny czy różnego rodzaju kółka zainteresowań. Ale najważniejszy z nich powinien być sport. Nie po to jednak, by potem zdobywać medale olimpijskie, jak zakłada minister Mucha. Sport w szkole jest po to, żeby dzieci zdobyły tężyznę fizyczną, ale przede wszystkim po to, żeby nauczyły się tego, co jest najważniejsze: uczciwości, rywalizacji, współpracy w zespole. Dlatego sport w szkole to powinny być głównie gry zespołowe. Przy okazji uczniowie nauczyliby się walczyć, ale także przegrywać. Ponoszenia porażek też trzeba się nauczyć.
Pan profesor przedstawił wizję szkoły - ale sam na początku zaznaczył, że to tylko jedna z wielu koncepcji, wcale nie ma gwarancji, że dobra. Nie da się więc jej teraz wprowadzić w życie. Tymczasem 1 września idą znów dzieci do szkoły ułożonej według reguł z XIX w. Co można w niej poprawić od ręki?
Najbardziej szkodliwe jest ciągłe majstrowanie przy szkole - tymczasem bierze się do niego każda ekipa, która obejmuje władzę. Tego należy zabronić. Oprócz tego należy zlikwidować tę straszną liczbę testów.

Gimnazja Pan by też wycofał?
To trudna decyzja. Brałem udział w dyskusjach o ich utworzeniu w latach 90. i wtedy wszyscy specjaliści pedagogiki twierdzili, że były one konieczne. Wtedy wierzyłem w ich słowa, byłem głęboko przekonany, że wówczas były przytaczane bardzo poważne argumenty przemawiające na korzyść gimnazjów. Teraz jednak moje przekonanie nie jest tak silne. Nie mam natomiast wątpliwości, że wiele problemów z nauczaniem wynika ze źle skomponowanego minimum programowego.

Jest złe, ponieważ nie przystaje do rzeczywistości?
Jest złe z dwóch powodów. Po pierwsze, jest ono niepotrzebne rozciągnięte. Na przykład minimum z fizyki jest rozpisane na cztery lata, co oznacza, że realizuje się je przez trzy lata gimnazjum i rok w liceum. Tyle że w ogólniakach są już nowe klasy, nauczyciel traci najpierw pół roku na wyrównanie poziomów - a potem nie daje rady zrealizować programu. Po drugie, minima programowe zostały napisane w sposób ignorujący fakt, że te dzieci żyją w zupełnie innym świecie - o tym rozmawialiśmy już wcześniej. Poza tym trzeba znaleźć sposób na odrzucenie absurdalnej testomanii.

Czym je zastąpić?
Przyciągnąć do szkół uczelnie wyższe. Uniwersytety mogłyby coś zrobić wreszcie dla edukacji powszechnej. Powinny przestać zajmować się budowaniem budynków za pieniądze europejskie. Muszą przestać udawać, że robią postęp naukowy, wykorzystując krótkotrwały zastrzyk gotówki z Unii Europejskiej, który się skończy za kilka lat. Zamiast tego niech zajmą się uczniami, którzy planują podjąć studia na wydziale danego uniwersytetu. Bo szkołę trzeba zreformować od przedszkola do doktoratu. Tu jest globalny proces. Ale to także wyzwanie dla państwa.

W tym momencie zawsze pojawia się dyżurne pytanie - skąd wziąć pieniądze na te kompleksowe reformy.
Minister edukacji narodowej musi wyjaśnić, że Polska jest wyjątkowo źle wykształconym państwem. I że trzeba to zmienić. Jak odpowiednio to wytłumaczy, pokaże, jakie zyski przyniosłaby lepsza edukacja, to pieniądze się znajdą.

Od pięciu lat mamy wyjątkowo słabych ministrów edukacji narodowej.
My nie mamy ministrów edukacji narodowej, tylko ministrów szkół powszechnych, którzy mają różne, dziwne pomysły. Od dawna brakuje nam prawdziwych ministrów edukacji narodowej. Być może ostatnim był Ignacy Potocki, twórca Komisji Edukacji Narodowej.

Na ile problemem jest to, że szkoły są źle zorganizowane, a na ile to, że mamy słabych nauczycieli w Polsce?
Owszem, jest wielu słabych nauczycieli, ale jest też cała armia tych, którzy chcieliby lepiej uczyć. Niedawno w Koperniku zorganizowaliśmy konferencję dla 300 nauczycieli. Każdy z nich przyjechał za własne pieniądze. Dla nich to naturalne, bo oni sami chcą się dokształcać. To jest legion - i zapewniam pana, że takich jest znaczniej więcej. Jeżdżąc po Polsce, spotykam fantastycznych nauczycieli. Oni działają na gruncie lokalnym. Ale oni nie mogą tkwić w XIX-wiecznych kanonach. Oni też muszą być sobą, bo oni też mają własne talenty. Należy zmienić system oceny nauczyciela. Pomocy muszą zacząć udzielać im uniwersytety, a i szkoła musi w końcu włączyć rodziców. Szkoła bez rodziców jest chora. Rodzice muszą sprawować pieczę nad swoimi dziećmi, a wybór szkoły dla dziecka powinien być świadomy i przemyślany. To wszystko też wymaga redefinicji.

Zacząłbym od zlikwidowania tych idiotycznych, nie wiadomo ile trwających wakacji. Jaki to jest techniczny problem dla rodziców, którzy pracują, zaopiekowania się tymi dziećmi w godzinach pracy. Dlaczego szkoła nie może w czasie wakacji zapewnić opieki tym dzieciom? Ona powinna być otwarta, prowadzić w czasie wakacji na przykład zajęcia sportowe. Wszystko po to, żeby te dzieci nie plątały się po ulicach.

Mówi Pan jak idealista. Jeden rząd, który działa cztery lata, takich zmian nie przeprowadzi.
W Polsce jest dostateczna liczba ludzi, którzy chcą, żeby zdarzyła się nowa rewolucja. Tylko nie taka polegająca na tym, że będziemy ganiać po ulicach z flagami, a będziemy mieli rewolucję, która zmieni nasze myślenie o przyszłości.

Będzie Pan Lechem Wałęsa takiej rewolucji?
Jestem już za stary. Ale myśli pan, że nie ma w Polsce takich Lechów?

Proszę wymienić nazwiska.
A może nie trzeba jednego nazwiska? Zawsze przypominam, że jedyny zryw w Polsce, który zakończył się zwycięstwem, czyli powstanie wielkopolskie, nie miało jednego przywódcy. Dziś nie wiadomo, kto konkretnie nim dowodził - a jednak przyniosło ono sukces. Nie ma nic przeciwko podobnym metodom w rewolucji edukacyjnej.

Flesz - nowi marszałkowie Sejmu i Senatu, sukces opozycji

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 5

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

d
dziemba

Nie mamy nie tylko jednakowych głów ale także brzucha a generalnie zdrowia. Jeden ma zdrowe brzuszysko i żre jak koń a raczej świnia czyli wszystko a drugi jak ten francyuski piesek tego nie zje tamtego nie tknie a to mu szkodzi.

d
dziemba

Nie mamy nie tylko jednakowych głów ale także brzucha a generalnie zdrowia. Jeden ma zdrowe brzuszysko i żre jak koń a raczej świnia czyli wszystko a drugi jak ten francyuski piesek tego nie zje tamtego nie tknie a to mu szkodzi.

G
Gość

Naukowcy alarmują: intensywne korzystanie z nowoczesnej techniki prowadzi do zapaści intelektualnej. "Komputer jest jak elektroniczna kokaina. Pobudza psychiczne cykle maniakalne, po których następują fazy depresji", ostrzega Peter Whybrow, neurolog z Los Angeles.

Liczne badania dowodzą, że internet ogłupia, a nawet powoduje depresje, zaburzenia umysłowe i psychozy. Wiadomo, że użytkownicy smartfonów, oczekujący na kontakt, odczuwają fantomowe wibracje, świadczące rzekomo, że ktoś do nich dzwoni lub wysyła wiadomość. Inteligentni młodzi ludzie zmieniają się w niewolników wyświetlacza. "Internet kradnie nasze dusze, mózgi rozpraszają się w chmurze danych, twarde dyski i pamięć telefonów komórkowych zabierają resztki pamięci"

Nowe media oszczędzają nam pracy myślowej. Nie trzeba przypominać, że organ nieużywany ulega redukcji. Niewykorzystywane połączenia między neuronami w mózgu słabną. To właśnie dzieje się w głowie uzależnionego od internetu. Badania naukowców z Columbia University w Nowym Jorku wykazały, że internauci korzystający z Google i Wikipedii nie zapamiętują informacji, lecz tylko to, gdzie można je znaleźć. To prawda, że globalna sieć jest kopalnią bezcennych danych, ale znacznie więcej jest w nim śmieci. Trzeba umieć oddzielić ziarno od plew, a do tego wymagana jest WIEDZA. Osoby, które nie uczyły się sposobem tradycyjnym, zazwyczaj jej NIE MAJĄ.

Polecam panu profesorowiartykuł w Przegladzie, autor Jan Piaseczny

B
Balzac

Dlaczego w mediach tak mało wypowiedzi ludzi z zdroworozsądkowym podejściem do spraw publicznych. Dlaczego nie ścierają się w prezentowaniu poglądów a emocjonalnie atakują? Brawo Panie Profesorze.

A
ALA

NO CHYBA ZE PRZESTEPCZYCH

Dodaj ogłoszenie