Prof. Tadeusz Wolsza: Liczba ofiar Zbrodni Katyńskiej może być większa

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Profesor Wolsza: Na świecie zapanowały dwie wersje wydarzeń. Pierwsza mówiła, że zbrodni dokonali Rosjanie; druga, mocnonaciągana, że zbrodni dopuścili się Niemcy
Profesor Wolsza: Na świecie zapanowały dwie wersje wydarzeń. Pierwsza mówiła, że zbrodni dokonali Rosjanie; druga, mocnonaciągana, że zbrodni dopuścili się Niemcy Grzegorz Jakubowski/Polska Press archiwum
Jeżeli przed laty ktoś powiedział, że kwiat polskiej inteligencji poniósł śmierć w Katyniu, to niektórzy powątpiewali. Niesłusznie. Prawda jest tragiczna i dramatyczna z punktu widzenia naszej ojczyzny – mówi prof. Tadeusz Wolsza, historyk, przewodniczący Kolegium IPN. Ofiarami zbrodni NKWD, oprócz oficerów Wojska Polskiego, policjantów i strażników więziennych byli również pracownicy różnych instytucji, w tym m.in. lekarze, prawnicy oraz naukowcy różnych specjalizacji. Wciąż wiedza historyków w niektórych sprawach dotyczących Katynia jest fragmentaryczna.

Czy o zbrodni katyńskiej badacze, historycy wiedzą już wszystko, co najważniejsze?
Odpowiedź na tak postawione pytanie jest trudna, bo teoretycznie powinienem odpowiedzieć, że tak, wiemy wszystko. Ale niestety, ta wiedza jeszcze, w niektórych sprawach, jest fragmentaryczna. Dlatego, że nie mamy dostępu do wszystkich istniejących źródeł, które najprawdopodobniej istnieją. Polskim badaczom, historykom są one niedostępne. Albo znajdują się w archiwach białoruskich – myślę tu np. o Mińsku – albo w archiwach moskiewskich. Mówię o tym przede wszystkim dlatego, że znamy do niedawna okrytą tajemnicą ukraińską listę katyńską, która częściowo, albo już prawie w komplecie została udostępniona przez stronę ukraińską. W znaczący sposób poszerzyła ona naszą wiedzę w zakresie pełnej liczby osób zamordowanych przez NKWD w 1940 roku.

Okazało się, że mordowano nie tylko żołnierzy?
Pojawiły się nazwiska wykraczające poza środowisko oficerów Wojska Polskiego. Można więc powiedzieć, że była to zbrodnia popełniona na elicie państwa polskiego. Ofiarami zbrodni NKWD, oprócz oficerów Wojska Polskiego, policjantów i strażników więziennych byli również pracownicy różnych instytucji, w tym m.in. lekarze, prawnicy oraz naukowcy różnych specjalizacji (np. profesorowie wyższych uczelni). O ile się nie mylę, to na liście ukraińskiej można na podstawie danych, którymi dysponujemy, ustalić nazwiska nie mniej niż 40 prezydentów polskich miast w Galicji. Proszę sobie wyobrazić, chodzi o takie miasta jak Łuck, Równe, Tarnopol, Stanisławów, Lwów. Z tego ostatniego miasta ofiarami byli również wiceprezydenci. Zatem jest to skala naprawdę bardzo poważna.

Ci prezydenci również zostali zamordowani przez Sowietów w 1940 roku?
Tak, zostali zamordowani w 1940 roku. Wyobrażam sobie, że gdybyśmy mieli w rękach dokumentację z listy białoruskiej, to te dane będą miały identyczny charakter. Być może też liczba ofiar, która już przekroczyła 22 tysiące, będzie jeszcze większa. Ale też wiedza o zamordowanych da nam informacje o tym, że to są również ludzie z elity państwa polskiego. Te 22 tysiące zamordowanych osób stanowiło około 27 procent ludzi z wyższym wykształceniem w całym kraju.

To wielka liczba!
Mało kto zdaje sobie z tego sprawę. Jeżeli przed laty ktoś powiedział, że kwiat polskiej inteligencji poniósł śmierć w Katyniu, to niektórzy powątpiewali. Niesłusznie. Prawda jest tragiczna i dramatyczna z punktu widzenia naszej ojczyzny.

Wspomniał Pan o dokumentach, do których polscy badacze nie mają dostępu. Powszechnie nazywa się je teczkami NKWD. Czy ten dostęp kiedykolwiek będzie możliwy? Badaczom chodzi o ustalenie faktów, o to, jak było naprawdę. Czy nigdy nic nie wyciekło ze strony rosyjskich czy białoruskich badaczy, którzy mają albo mogą mieć do nich dostęp? Co te teczki mogą zawierać?
Strona rosyjska twierdzi, że teczki zostały zniszczone.

Rosjanie takich dokumentów nie niszczą.
Tak, ma Pani rację. Postaram się wytłumaczyć, w czym rzecz. Mówimy tu o dokumentacji, którą nazywa się „Pakietem numer 1”. Sama nazwa „Pakiet numer 1” mówi niejako o randze dokumentacji. Każdy nowy I sekretarz Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego swojemu następcy zostawiał dwie rzeczy: kod do broni atomowej i – choć to mało prawdopodobne – kluczyk, czy też informacje dotyczące „Pakietu numer 1”. To mówi nam, jaka była ranga dokumentacji katyńskiej. Związek Sowiecki, czy też później Federacja Rosyjska przykładała do tych dokumentów nieprawdopodobną wprost rangę i nadawała im wielkie znaczenie.

Dlaczego?
Odpowiedź jest prosta. Po pierwsze dlatego, że przez wiele lat ukrywano Zbrodnię Katyńską. Przyznanie się do posiadania tej dokumentacji na Kremlu dawało pewność, że zbrodni dokonali Sowieci. Ponadto brak dostępu do „Pakietu nr 1” nie dawał i nie daje możliwości do prowadzenia badań na temat Zbrodni Katyńskiej, czyli można nią dalej skutecznie manipulować.

Żeby nie było śladów.
O to chodziło, żeby zatrzeć ślady. W związku z tym sprawę okryto tajemnicą. „Dokumentów nie ma, myśmy tego nie zrobili”. Nikołaj Burdenko w 1944 roku ze swoim zespołem pseudo specjalistów ustalił, ponoć ponad wszelką wątpliwość, że zbrodni dokonali Niemcy na jesieni 1941 roku i w związku z tym zakomunikował: to nie nasza zbrodnia. Winnych szukajcie w innym kraju. Potem, kiedy jednak sprawa się wyjaśniła, sami Rosjanie przyznali się do mordu w Katyniu i zbrodnia nabrała już wymiaru nie tylko sprawy sowieckiej. Problem dotyczył też naszego kraju. Rosjanie ograniczyli polskim badaczom dostępu do kluczowych dokumentów. Wydali tylko część dokumentacji, jak np. ważny i znany wcześniej rozkaz z 5 marca 1940 roku oraz dokumenty podrzędnej wartości. Natomiast te bardzo ważne, z punktu widzenia prowadzonego dochodzenia, dokumenty personalne i inne nie mniej ważne nadal pozostały utajnione. Polskim prokuratorom nie przekazano do dnia dzisiejszego całej dokumentacji. Śledztwo katyńskie prowadzone przez Instytut Pamięci Narodowej stanęło w miejscu. Ma już charakter typowo historyczny.

Ale przecież w końcu Rosjanie się do tej zbrodni przyznali. Gorbaczow dał generałowi Jaruzelskiemu stosowne dokumenty.
To była teczka z dokumentami, która zawierała kserokopie dokumentów częściowo już znanych i one rzeczywiście mogły dawać jakiś pogląd na sprawę. Natomiast strona polska cały czas zabiegała o teczki personalne i o całą dokumentację.

Dlaczego Rosjanie nie chcą tych dokumentów opublikować, nie chcą udostępnić i przyznać, jak było naprawdę?
Jest to związane z polityką Rosji wobec Polski. Myślę też, że sprawa ma jeszcze inny charakter. To znaczy: w pewnym momencie, po tym, jak Federacja Rosyjska przyznały się do zbrodni katyńskiej, pojawiły się różnego rodzaju koncepcje tworzenia anty-Katynia. To coś, co ma zneutralizować skalę tej zbrodni, albo nawet coś więcej. To znaczy, pokazania: tak, my, to znaczy NKWD odpowiada za tę zbrodnię, ale Polacy dokonali jeszcze bardziej barbarzyńskich zbrodni na naszych żołnierzach, po zakończeniu wojny polsko bolszewickiej w latach 1919-1921 roku. To był ten anty-Katyń, który pojawił się w pewnym momencie w dyskursie naukowym, w dyskursie publicznym i z punktu widzenia Rosji to miało osłabić całą polską argumentację. Być może ograniczenie dostępu do teczek też jest efektem całej tej polityki. Czyli: nie dajemy, utrudniamy, nie udostępniamy żadnych dokumentów, bo te dokumenty z naszego punktu widzenia mogą być dla nas szkodliwe. W tej sytuacji Polacy nie będą mogli zajmować się sprawą Katynia, pisać kolejnych książek i innych publikacji.

Wydawałoby się, że Rosjanie, jeśli chodzi o wywiad, o przygotowanie dezinformacji, byli mistrzami. Nie umieli się przeciwstawić Niemcom, którzy ogłosili w 1943 roku, że odkryli groby katyńskie? Gdzie popełnili błąd?
W 1943 roku badania niemieckie na miejscu w Katyniu rzeczywiście przyniosły powodzenie dla ustaleń niemieckich. Stwierdziła to m.in. międzynarodowa komisja lekarska, która pracowała w Katyniu oraz komisja techniczna Polskiego Czerwonego Krzyża, która identyfikowała ofiary zbrodni sowieckiej. Ponadto ci wszyscy świadkowie, którzy wizytowali Katyń w 1943 roku – chciałbym tu zauważyć tylko, że miejsce sowieckiej zbrodni wizytowało wówczas około 31 tysięcy świadków. Taka imponująca liczba w warunkach wojennych to naprawdę ogromna masa ludzi. Niemieckie ustalenia zostały następnie poparte wydaniem książki oraz opublikowaniem tysięcy artykułów w całej okupowanej Europie i w krajach będących w stanie wojny z Trzecią Rzeszą Niemiecką. Tymczasem jaki komentarz pojawił się ze strony rosyjskiej?

To jest właśnie interesujące. Przecież Rosjanie nie odpuścili tej sprawy.
Owszem. Rosyjskie gazet ogłosiły, że Niemcy kłamią. Związek Sowiecki już niebawem ustalił nawet swoją wersję wydarzeń. Uczyniła to komisja Nikołaja Burdenki, która przeprowadziła sfingowane badania. Było to łatwe do wykonania, dlatego że na przełomie 1943 i 1944 r. Armia Czerwona zajęła obszar, na którym została dokonana Zbrodnia Katyńska. Fałsz nie stanowił już żadnego problemu. Praktycznie rzecz biorąc na świecie zapanowały jednak dwie wersje wydarzeń, pierwsza, która mówiła, że zbrodni dokonali Rosjanie oraz druga, będąca mocno naciąganą, że zbrodni dopuścili się Niemcy. Świat dał wiarę wersji niemieckiej. Pisały o tym czasopisma w całej okupowanej Europie. Mówili o tym lekarze z międzynarodowej komisji lekarskiej. Bez cienia wątpliwości można skonstatować w tym miejscu, że wszystko było wówczas niekorzystne dla Związku Sowieckiego.

Nie dziwi mnie więc, że Niemcy zaprosili aż 31 tysięcy ludzi do Katynia, by przekonali się na własne oczy, kto dokonał zbrodni na Polakach.
Można tu postawić pytanie, dlaczego ich zaprosili? Niemcy mieli stuprocentową pewność, że to nie oni dokonali tej zbrodni. Gdyby mieli choć odrobinę niepewności, to nigdy w życiu nie zaproszono by do Katynia tak licznych delegacji z całej Europy. Przy czym należy pamiętać, że wśród wizytujących aż 30 tysięcy stanowili żołnierze Wehrmachtu, których przywieziono do Katynia, żeby im pokazać, że jeśli będą kapitulować przed Czerwoną Armią, to czeka ich to samo, co spotkało polskich oficerów. No, ale mimo wszystko ponad tysiąc osób przyjechało z różnych krajów okupowanej Europy. Zobaczyli oni na własne oczy miejsce zbrodni oraz ofiary wydobywane z jam grobowych. Dla obecnych nie było już tajemnicą, kto się tej zbrodni dopuścił. Dodatkowo przebywający na miejscu lekarze udzielali fachowych informacji na temat terminu zbrodni – na wiosnę 1940 r. Był jednak w tym niemieckim projekcie jeden słaby punkt, który rzeczywiście zagrał już niebawem na korzyść Rosji.

Co było słabym punktem?
To stanowisko Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Jako że Armia Czerwona była potrzebna im w toczącej się wojnie w Europie, Afryce i Azji, to te dwa mocarstwa ze względów politycznych stanęły po stronie Józefa Stalina. Sowiecki dyktator zaskarbił sobie ich sympatię, za obiecaną Anglosasom pomoc w wojnie przeciwko Niemcom i Japończykom na Dalekim Wschodzie. A Stalin, ma się rozumieć, widział w tym korzyść dla siebie. Natomiast bardzo niekorzystnie na pozycję Sowietów wpłynęła polityka Rządu Rzeczypospolitej na uchodźstwie, który konsekwentnie demaskował rosyjskie kłamstwa w sprawie Katynia.

Przecież Amerykanie również to kłamstwo znali i to dzięki polskiemu łącznikowi…
… Henrykowi Szymańskiemu, tak jest. Ale dla Amerykanów zbrodnia katyńska ważna stała się dopiero pod koniec lat 40., na początku lat 50, kiedy mowa o wojnie koreańskiej. Wówczas, podczas zimnej wojny, Katyń był dla nich ważny. Wtedy próbowano wykorzystać Zbrodnię Katyńską jako coś, co pozwoli Amerykanom realizować kolejne elementy zimnej wojny przeciwko Związkowi Sowieckiemu. To jedna sprawa. Drugą, o której należy mówić jest to, że przy pomocy Katynia chciano zwrócić uwagę społeczeństwa amerykańskiego na zbrodnie popełniane na żołnierzach amerykańskich w Korei, których zabijano strzałem w tył głowy, podobnie jak polskich oficerów w Katyniu. To właśnie wtedy Katyń zaczął odgrywać dla nich istotną rolę. Powszechna stała się wówczas narracja: polscy żołnierze ginęli w Katyniu, byli mordowani przez Sowietów. Żołnierze amerykańscy też są mordowani i giną od katyńskiego strzału w tył głowy. Wtedy też zaczęto głośno mówić, że to nie jest wymysł Koreańczyków z północy, lecz Stalina i że to jest praktyka stosowana przez NKWD.

Nie wszyscy polscy oficerowie zostali rozstrzelani w Katyniu; byli też świadkowie, którzy przeżyli. Co to były za osoby?
W obozach jenieckich zamordowano ponad 22 tysiące polskich obywateli, żołnierzy było wśród nich około 15 tysięcy. Przed egzekucjami, które rozpoczęły się na początku kwietnia 1940 roku w obozach w Kozielsku, Ostaszkowie i Starobielsku oraz w kilku więzieniach NKWD rozpoczęło pracę polityczną, w wyniku której próbowano, z różnym skutkiem, zachęcić niektórych polskich oficerów do współpracy, oferując różnego rodzaju stanowiska w wojsku lub w pracy cywilnej. Część osób udało się do tego zachęcić; to byli ci oficerowie, dla których współpraca z komunistami wydawała się atrakcyjna, bo byli sympatykami komunizmu i zdradzili swoją ojczyznę. W sumie skala zwolnionych obejmowała około 400 osób. Oprócz kilkunastu kolaborantów komunistycznych wśród ocalonych znaleźli się ci, których wyreklamowali Niemcy oraz np. Włosi, prosząc Niemców o pomoc. W końcu Sowieci sami zaproponowali kilkudziesięciu osobom różne formy współpracy np. naukowcom i oficerom. W czasie, kiedy trwały zwolnienia, Niemcy i Rosjanie byli jeszcze sojusznikami.

A konkretnie?
Byli to polscy naukowcy, lekarze, specjaliści, ludzie, o których Rosjanie myśleli, że w przyszłości będą mogli być wykorzystani do celów wojskowych bądź cywilnych. Te osoby zostały zabrane do Moskwy bądź do innych miejsc odosobnienia, prowadzono z nimi rozmowy, które kończyły się albo powodzeniem, bo Rosjanom udawało się namówić ich do współpracy, albo kończyły się dla Rosjan porażką. Ale w związku z tym, że te osoby były już poza obozami, to cudem ocalały. Kimś takim był na przykład rotmistrz Narcyz Łopianowski, bohater wojenny z 1939 roku, walczący przeciwko Rosjanom; jego oddział zniszczył ponad dwadzieścia sowieckich czołgów. Sowieccy generałowie doszli do wniosku, że mimo iż walczył z nimi w 1939 roku, to przez swoją bohaterską postawę i zmysł taktyczny, przydałby się im bardzo w Armii Czerwonej. Złożono mu więc ofertę, żeby wybrał sobie jednostkę i zapewniono, że mógłby w każdej chwili rozpocząć służbę, w dowolnym rodzaju broni i na dowolnym stanowisku.

Nie przyjął propozycji.
Długo się zastanawiał. Ale odmówił. Przeżył cudem, za to był potem świadkiem z pierwszej ręki. Podobnie jak profesor Stanisław Swianiewicz z Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, który przeżył ze względu na swoje zdolności naukowe. Był stypendystą uniwersytetu we Wrocławiu, który prowadził badania porównawcze nad gospodarką rosyjską i niemiecką. Rosjanie uznali, że jeśli będą mieli wojnę przeciwko Niemcom – a przecież zarówno jedni jak i drudzy szykowali się do wojny przeciwko sobie – to taki specjalista może odegrać ważną rolę czy to w sprawach militarnych, czy cywilnych. Dlatego ci ludzie ocaleli. Ale gdy w 1943 roku sprawa zbrodni katyńskiej została nagłośniona, to oni właśnie byli już świadkami z pierwszej ręki i udzielali informacji, których Rosjanie nie spodziewali się, że kiedykolwiek będą ujawnione. Kiedy zorientowali się, że ci ludzie nie tylko żyją, ale i uczestniczą w demaskowaniu sowieckiej zbrodni, to wtedy na masową skalę zaczęło się tak zwane kłamstwo katyńskie, udziałem Sowietów i np. polskich komunistów.

Kilka dni temu odbyła się w Polsce międzynarodowa konferencja na temat zbrodni katyńskiej, na której przedstawiono nowe aspekty. W konferencji brali udział również goście z Rosji i Ukrainy. Przywieźli nowe informacje, analizy?
Wspomniałem, że dla polskich historyków archiwa rosyjskie są w zasadzie zamknięte. Ale polscy, rosyjscy i ukraińscy naukowcy wzajemnie sobie pomagają; współpracujemy z rosyjskim Stowarzyszeniem „Memoriał”, korzystamy z ustaleń naszych przyjaciół na Ukrainie. Z wybitnym historykiem ukraińskim profesorem Jurijem Szapowałem jest zaprzyjaźnionych większością polskich badaczy zajmujących się zbrodniami stalinowskimi. Z badaczy rosyjskich najbardziej znany jest Nikita Pietrow, autor monografii o zbrodniarzach katyńskich. Jeśli chodzi o wspomnianą konferencję, to ukraińscy badacze wprowadzili do obiegu naukowego nowe informacje na temat miejsc i skali egzekucji Polaków w 1940 r. (np. więzienie w Chersoniu). Z rosyjskiej strony uczestniczył natomiast Siergiej Romanow, który poddał analizie „Pakiet nr 1”.

Na czym polegają współczesne próby zakłamywania prawdy o zbrodni katyńskiej?
Na początku był Chatyń, czyli próba skierowania zainteresowania opinii publicznej w kierunku tej niewielkiej wsi białoruskiej, w której Niemcy zamordowali kilkaset osób z lokalnej ludności wiejskiej. Chatyń i Katyń – nazwy podobne, pisze się też identycznie w notacji rosyjskiej, zaczęto więc szeroko mówić o zbrodni w Chatyniu, dając do zrozumienia, że Chatyń to Katyń. Do Chatynia Rosjanie zaczęli zwozić też zagranicznych gości, którym prezentowano skalę niemieckiej zbrodni. Było to oszustwo z premedytacją. Oszukać dał się np. prezydent USA. Sprawa z punktu widzenia rosyjskiego wydawała się więc idealna. Następną taką próbą, jak już powiedziałem wcześniej, był anty-Katyń, kojarzony z Bitwą Warszawską i próbą udowodnienia Polakom, że jeśli w Katyniu zginęło 20 tysięcy polskich oficerów, to Polacy po wojnie polsko-bolszewickiej, w obozach jenieckich wymordowali przynajmniej dwa razy lub nawet więcej czerwonoarmistów. Rosjanie głosili więc, że Katyń co prawda miał miejsce, ale „wy jesteście większymi zbrodniarzami, bo macie na sumieniu przynajmniej kilkanaście tysięcy osób więcej”. Wtedy zaczęła się walka na liczby. Polscy badacze przeprowadzili bardzo szczegółowe badania i stwierdzili, że informacja rosyjska jest wyssana z palca. Dane były zawyżone, a po drugie nikt z czerwonoarmistów nie zginął od strzału w tył głowy. Po wojnie 1919 – 1921 r. był głód, były epidemie i to one były przyczyną dużej śmiertelności wśród bolszewickich jeńców w polskiej niewoli.

W Polsce o tym wiemy. A jak jest teraz?
Chcę powiedzieć o trzeciej próbie, która idzie w kierunku powrotu do czegoś o czym kiedyś już była mowa. Mianowicie to jest znowu próba wmówienia światowej opinii publicznej, że zbrodni w Katyniu dokonali Niemcy. Trudno tu mówić o badaniach, ale są różnego rodzaju publikacje popełnione nawet nie przez historyków, tylko przez osoby, które w pewnym sensie są zaangażowane przez administrację rosyjskiego dyktatora, który, najkrócej rzecz ujmując, każe im pisać o takiej wersji wydarzeń – o Zbrodni Katyńskiej popełnionej przez Niemców na Polakach. Co ciekawe, ta wersja wydarzeń cieszy się przychylną opinią wśród niektórych Rosjan. Część społeczeństwa, która nie ma wiedzy na ten temat, nie czyta książek, nie wie, co mówił Michaił Gorbaczow, ani jakie były decyzje związane z przekazaniem Polsce dokumentów, to ci ludzie dają się otumanić tego rodzaju informacjom. Dla nich wersja Jurija Muchina – autora kompromitującej pracy – jest wiarygodna. I w tego rodzaju kłamstwa wierzą. Tym bardziej, że kłamstwa są wzmacniane przez filmy dokumentalne z Muchinem w roli głównej (np. Katyńska podłość). W Polsce obecnie już prawie nikt nie wierzy w rosyjskie przekazy na temat Zbrodni Katyńskiej. Sowiecka wersja wydarzenia przestała być obowiązująca na przełomie lat 80 i 90 XX w., w pięćdziesiątą rocznicę mordu popełnionego na Polakach przez NKWD. Niemniej naszym obowiązkiem jest przypominanie przy każdej okazji o okolicznościach i skutkach Zbrodni Katyńskiej. Mam tu na myśli książki i podręczniki, konferencje i wykłady, publicystykę, filmy dokumentalne i fabularne, sztuki teatralne, koncerty, wystawy oraz konkursy.

PZPN ukarany za zachowanie kibiców!

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie