Prof. Piotr Wysocki: System opieki zdrowotnej sklejony na słowo honoru rozpada się na naszych oczach

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Prof. Piotr Wysocki: Bardzo wielu pacjentów straciło szansę na całkowite wyleczenie i chorobę nowotworową będą mieli do końca życia
Prof. Piotr Wysocki: Bardzo wielu pacjentów straciło szansę na całkowite wyleczenie i chorobę nowotworową będą mieli do końca życia Materiały prasowe
Mamy gwałtowne przeciążenie systemu opieki onkologicznej, który w istocie od dawna działał na słowo honoru. Od lat mówiło się, że opieka medyczna w Polsce jest niedofinansowana, że świadomość onkologiczna społeczeństwa jest niewystarczająca, że dostęp do diagnostyki jest nie taki, jakbyśmy oczekiwali. Dwa głębokie wstrząsy pod postacią drugiej i trzeciej fali spowodowały, że system sklejony na słowo honoru w tej chwili rozpada się na naszych oczach – mówi prof. Piotr Wysocki, prezes Polskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej.

Onkologia była, jest i będzie zieloną wyspą – powiedział w ubiegły piątek minister zdrowia Adam Niedzielski. Co Pan pomyślał, słysząc te słowa?

Pamiętam stanowisko ministerstwa wypowiedziane rok temu; to rzeczywiście były bardzo ważne słowa wskazujące, że onkologia ma być tą zieloną wyspą. Ale patrząc dzisiaj na rzeczywistość z perspektywy tego morza pandemii, z jakim mamy do czynienia, już wiemy, że każda wyspa może ostatecznie zostać zatopiona. Niewiadomą jest tylko jak duża musi być fala, która tę zieloną wyspę zaleje. Kiedy ten poziom morza zachorowań – w zakresie opieki medycznej – się podnosił, to onkologia była tą wyspą faktycznie umieszczoną najwyżej. Natomiast nie ulega wątpliwości, że dziś również i ta zielona wyspa została zalana. Pomimo wysiłków, żeby tak się nie stało, sytuacja pokazała, że nawet najwyżej położone tereny mogą zostać zalane przez morze pacjentów i tak się chyba w tej chwili dzieje. Nikt się nie spodziewał, jak duży odpływ będzie w ubiegłym roku i jak wielka fala tsunami pojawi się w tym roku.

Kiedy rozmawialiśmy we wrześniu, 8 miesięcy temu, mówił Pan, że będziemy mieli do czynienia z gwałtownym wzrostem liczby chorych na nowotwory. Ta diagnoza się sprawdziła?

Nasza rozmowa w ubiegłym roku miała miejsce przed drugą falą pandemii. Teraz rozmawiamy już po trzeciej fali. Nie zakładaliśmy, że druga fala będzie tak wysoka, a ogóle nie wyobrażaliśmy sobie, że będzie mogła się jeszcze pojawić ta trzecia, dramatycznie wysoka i najbardziej niszcząca fala. To powoduje, że pewne założenia, które pojawiały się w zeszłym roku po pierwszej fali epidemii kompletnie mają się nijak do liczb i do tego, co widzimy teraz. Te dwie ostatnie fale pandemii mocno uderzyły w system diagnostyki i leczenia onkologicznego, powodując gwałtowne zatrzymanie procedur diagnostyczno-terapeutycznych przede wszystkim w zakresie pacjentów z podejrzeniem nowotworu lub wczesnym zaawansowaniem choroby. Wszystko to zostało zatrzymane na zdecydowanie dłuższy czas niż byliśmy sobie w stanie to wyobrazić na początku jesieni ubiegłego roku. Konsekwencją tego jest aktualnie obserwowane, gwałtowne przeciążenie systemu opieki onkologicznej, który w istocie od dawna działał na słowo honoru. Od lat mówiło się, że opieka medyczna w Polsce jest niedofinansowana, że świadomość prozdrowotna, a tym bardziej onkologiczna, społeczeństwa jest niewystarczająca, że dostęp do diagnostyki jest nie taki, jakbyśmy oczekiwali. Dwa głębokie wstrząsy pod postacią drugiej i trzeciej fali spowodowały, że system sklejony na słowo honoru w tej chwili rozpada się na naszych oczach.

Jeśli wspomniał Pan o liczbach, to w ubiegłym roku w sierpniu Klinika Onkologii Uniwersytetu Jagiellońskiego przeżywała silne oblężenie – 677 nowych pacjentów onkologicznych miesięcznie. Dla porównania – rok wcześniej było ich o prawie 400 mniej. Jak jest teraz?

Szturm pacjentów zmniejszał się, kiedy fale pandemii ustępowały, bo część ośrodków poprawiała swoją wydolność, mogąc pacjentów na powrót przyjmować. Kiedy zaś fala pandemii wzbierała, to znowu dostęp do opieki onkologicznej się pogarszał. Nie do końca przewidzieliśmy wtedy jednak liczbę pacjentów, u których w ubiegłym roku nie zdiagnozowano choroby nowotworowej. Chodzi o tych pacjentów, u których przez ubiegły rok rozwijała się choroba nowotworowa, i którzy w normalnej sytuacji, z uwagi na towarzyszące objawy zgłosiliby się do swojego lekarza rodzinnego. Lekarz rodzinny następnie wystawiłby zieloną kartę co uruchomiłoby szybką ścieżkę diagnostyki onkologicznej. Niestety, przez zamknięte poradnie lekarzy rodzinnych, przez skupienie się lekarzy różnych specjalności na COVID-zie, ci pacjenci nie dostali szansy wczesnego wykrycia choroby nowotworowej i w wielu przypadkach stracili szansę na pełne wyleczenie. W tej chwili, kiedy rozmrażają się wszystkie funkcje oddziałów diagnostycznych i zabiegowych - pojawia się ogromna fala pacjentów, którzy właśnie w ostatnich kilku tygodniach mają postawione rozpoznanie zaawansowanej choroby nowotworowej. Ponieważ stracili niejako rok, kiedy mogli być diagnozowani i leczeni z wczesną chorobą, to w tej chwili są diagnozowani z chorobą zaawansowaną. O ile na wczesnym etapie rozwoju nowotworu wystarczyłby szybki zabieg operacyjny i mieliśmy bardzo duże prawdopodobieństwo, że chorzy byliby wyleczeni, to w tej chwili, w toku diagnostyki okazuje się, że guzy są albo za duże, by myśleć o samodzielnym zabiegu operacyjnym, albo w ogóle nie ma już możliwości leczenia mającym na celu wyleczenie chorych. Mamy więc gwałtowny wzrost liczby pacjentów, których chirurdzy przesyłają do onkologów, aby zastosować agresywną chemioterapię. U części chorych, jeżeli chemioterapia doprowadzi do znacznego zmniejszenia wymiarów guza być może będzie jeszcze można pomyśleć o operacji dającej szansę na pełne wyleczenie. Wcześniej do chemioterapii przedoperacyjnej, tygodniowo kwalifikowaliśmy raptem kilku pacjentów z różnych klinik w naszym szpitalu; bo większość z nich dawało się bez problemu od razu operować. W tej chwili liczby wahają się między kilkanaście a kilkadziesiąt chorych tygodniowo. W tej chwili mamy więc taką sytuację, że samymi nowymi pacjentami, którzy kierowani są do nas, do leczenia przedoperacyjnego, moglibyśmy co 2-3 tygodnie obłożyć cały oddział.

Co się dzieje pacjentami, których nie można już operować? Są w stanie przeżyć chemię? Wychodzą z choroby czy umierają?

Chorzy, których nie można wyleczyć z uwagi na rozprzestrzenienie choroby (przerzuty) w całym organizmie wymagają przewlekłego tzw. paliatywnego leczenia onkologicznego. Tacy chorzy będą długotrwale otrzymywać leki onkologiczne, które będą miały na celu optymalnie wieloletnią kontrolę choroby. Chorzy będą żyć dłużej, ale będą musieli się cały czas leczyć. Pandemia również bardzo zaburzyła proces leczenia takich chorych. Część ośrodków onkologicznych w trakcie pandemii wstrzymywało leczenie onkologiczne z powodu albo zachorowań personelu albo przemianowania na szpitale jednoimienne. Wielu takich chorych trafiało do nas jesienią i zimą w poszukiwaniu możliwości kontynuacji leczenia. Dla tych pacjentów przerwanie leczenia, które do tamtej pory pozwalało zatrzymać chorobę, było dla nich wyrokiem. Chorzy mieli świadomość, że choroba się znowu zacznie rozwijać i ostatecznie dojdzie do takiego etapu, w którym będzie za późno, aby im pomóc nawet gdyby onkologia wróciłaby do stanu sprzed pandemii. To co w tej chwili widzimy to duże liczby chorych, którzy stracili szansę na całkowite wyleczenie. Ta sytuacja jednak nie przełoży się szybko pogorszenia wskaźników śmiertelności, bo utrata szansy na całkowite wyleczenie nie przekreśla możliwości długotrwałego leczenia i wieloletniego przeżycia. To jest właśnie leczenie paliatywne, które co prawda szansy na wyleczenie nie daje, ale powinno pozwalać na leczenie takich chorych latami. Natomiast konsekwencje pandemii będziemy widzieli dopiero za kilka lat, gdy w analizach statystycznych pojawi się gwałtowny wzrost liczby zgonów z powodów chorób nowotworowych.

Jak to wyglądało do tej pory?

Do tej pory około 55 procent chorych z rozpoznaniem choroby nowotworowej umierało. Można się spodziewać, że konsekwencją pandemii będzie wzrost tego odsetka. Pytanie, jak to będzie rozłożone w czasie. W krajach Europy zachodniej, w Stanach Zjednoczonych, w krajach z dobrą opieką onkologiczną uważa się, że z powodu choroby nowotworowej umiera poniżej 50 procent chorych, u których tę chorobę rozpoznano. Im lepsza opieka onkologiczna, tym dalej od tych 50 procent. Natomiast kraje z gorszą opieką onkologiczną są niejako po drugiej stronie tej granicy, umiera w nich więcej niż 50 procent chorych. Polska cały czas trzyma się w tym miejscu powyżej 50 procent. Na pewno nie od razu, ale w kolejnych latach odsetek śmiertelności będzie większy, właśnie z powodu opóźnień, które się w zeszłym roku wygenerowały. Niestety bardzo wielu pacjentów straciło szansę na całkowite wyleczenie i chorobę nowotworową będą mieli do końca życia. To będzie miało konsekwencje w zakresie dalszego wzrostu obciążenia ośrodków onkologicznych, bo ci pacjenci będą wymagali ciągłego leczenia onkologicznego, przez lata prowadzonej chemioterapii, hormonoterapii, różnych innych form leczenia systemowe. A w przyszłym roku, jak co roku, pojawi się kolejne kilkadziesiąt tysięcy takich chorych. Najbliższe kilka lat przyniosą skokowy wzrost obciążenia ośrodków zajmujących się paliatywnym (przewlekłym) leczeniem onkologicznym.

Jak dziś, z perspektywy czasu oceniłby Pan te sytuację – czy koronawirus był groźniejszy od nowotworów, że w taki sposób w pandemii podeszło się do pacjentów z nowotworami?

Nie ma prostej odpowiedzi na to pytanie. Takie decyzje zostały podjęte - oddziały zabiegowe i internistyczne zajmujące się diagnostyką onkologiczną i leczeniem chirurgicznym w wielu przypadkach były zamienione na oddziały jednoimienne. Anestezjolodzy, którzy mieli asystować przy operacjach, zajmowali się pacjentami pod respiratorami lub ECMO na oddziałach intensywnej terapii. To nie było funkcjonowanie w normalnej sytuacji, w normalnych czasach. Nadal zresztą w normalnych warunkach jeszcze nie funkcjonujemy. Pandemia jeszcze się nie skończyła. To są czasy wojny, katastrofy cywilizacyjnej. W medycynie katastrof określa się priorytety i leczy się w pierwszej kolejności tych, których życie jest w danej chwili bezpośrednio zagrożone, tymi, u których nie ma bezpośredniego zagrożenia śmiercią, lekarze zajmują się w kolejnym etapie. W pandemii stanęliśmy przed bardzo trudnymi wyborami dokładnie takimi jak te opisane w medycynie katastrof. W przypadku choroby nowotworowej nie mówimy o zagrożeniu życia w perspektywie godzin, dni czy nawet tygodni. Mówimy o czymś, co jest bardzo rozłożone w czasie. Patrząc od tej strony, te wybory, których dokonywali lekarze są bardziej zrozumiałe. A katastrofy mają to do siebie, że są mało przewidywalne; w tej sytuacji skala ofiar, skala obciążenia systemu opieki zdrowotnej też jest nieprzewidywalna. Rozmawiam z koleżankami, kolegami onkologami z innych ośrodków i wiem, że wszyscy robili tyle, ile się dało, żeby wszystkich pacjentów w ośrodkach, które funkcjonowały, objąć opieką. Ale niestety, nie wszystkim pomogło się w taki sposób, w jaki byśmy chcieli, gdyby były normalne warunki.

Szacunki, o jakich można już przeczytać w mediach, wskazują, że pandemiczny 2020 rok przyniósł prawie milion dodatkowych zgonów więcej i chodzi tu o przypadki nie związane bezpośrednio z koronawirusem. Ale chciałam zapytać o pana osobiste doświadczenia; o to, jak zmieniła się Pana praca. Czy ma Pan czas dla swoich pacjentów na to, żeby z nimi być, porozmawiać, wyjaśnić, uspokoić? Czy raczej ma Pan wrażenie, że pracuje w kombinacie?

Zawsze to był kombinat. Tak jest i to od lat w dużych ośrodkach onkologicznych, do których zgłasza się dużo pacjentów. Na zachodzie są inne standardy. Tam lekarz onkolog nie powinien konsultować dziennie więcej niż 10 chorych 2, góra 3 razy w tygodniu. To są standardy, o których w Polsce się nie mówi. U nas lekarz w poradni ma tych pacjentów 30 albo 40 dziennie, codziennie. To są zupełnie inne realia. Jak patrzę na moich asystentów, którzy są tej pracy dedykowani, którzy empatycznie podchodzą do swoich pacjentów, to widzę, że konsekwencją ich pracy jest to, że cierpi na tym ich życie rodzinne. Z pracy wychodzą późno, poświęcają swój czas dla potrzebujących, do wieczora siedzą w poradni. Jak na to patrzę, to mam świadomość tego, że konsekwencje pandemii są wielopłaszczyznowe. Z jednej strony są pacjenci, z drugiej strony personel medyczny: lekarze, pielęgniarki, opiekunki, którzy przychodzą do pracy przed 8 rano, a wychodzą czasami po 20. Cześć pielęgniarek, które wiek emerytalny osiągnęły już dawno cały czas z nami pracowały i mieliśmy nadzieję, że będą z nami jeszcze długo, bo ich doświadczenie i umiejętności były nieocenione, a praca, pomimo tego, że to onkologia, sprawiała im po prostu przyjemność. One teraz są jednak na skraju wyczerpania, nie możliwości dalszej pracy. Co więcej w zespole zaczynają się pojawiać, na razie dyskretne, objawy zespołu wypalenia zawodowego, które grożą długotrwałym wyłączeniem z pracy członków zespołu medycznego. Pandemia dramatycznie uwypukli też to, o czym mówiło się od lat; obawa przed tym, że duża część medyków zmieni pracę, nie jest obawą czczą. Wszyscy jesteśmy ludźmi, a sytuacja jest bardzo trudna. Analizy statystyczne pokazują, że w 2016 roku jeden specjalista onkologii klinicznej w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie konsultował 2600 pacjentów, a w ubiegłym roku - 4400.

Jest jeszcze jeden problem – dostępność leków dla pacjentów onkologicznych. W tej chwili głośno się zrobiło o tym, że z listy leków refundowanych z nie wiadomo jakich powodów zniknęły leki dla kobiet z rakiem piersi z przerzutami do mózgu. Najpierw pan minister Niedzielski mówił, że dotyczy to tylko 80 kobiet, co spowodowało uzasadniony krzyk chorych kobiet z nowotworem HER 2- dodatnim, które wskazują, że tysiące ich żyje niejako na bombie i lek jest im niezbędny. Jak Pan to widzi?

Chcę wierzyć, że był to błąd techniczny w ramach kosmetycznych modyfikacji zapisów programu lekowego, niezamierzony przez osoby, które za ten program odpowiadają. Chcę w to wierzyć, bo generalnie wierzę w to, że ludzie mają dobre zamiary i nie chcą innym ludziom szkodzić. Nie wyobrażam sobie, żeby taki zapis mógł być świadomie wprowadzony, bo odebranie chorym w najtrudniejszej sytuacji zdrowotnej – gdyż przerzuty do mózgu są jedną z najtrudniejszych i najbardziej zagrażających życiu sytuacji w onkologii – odebranie leku, który działał i skutecznie zatrzymuje postęp choroby, byłoby skazaniem tych pacjentek na niechybną, szybką śmierć. Zakładam więc, że był to po prostu lapsus, niezamierzony błąd techniczny. Natomiast rzeczywiście musimy się spodziewać tego, że przez to, że pandemia dramatycznie zwiększy liczbę chorych, którzy będą potrzebowali paliatywnego leczenia onkologicznego, to gwałtownie wzrośnie zapotrzebowanie na leki. Na te, które są w tej chwili refundowane oraz na te, które jeszcze nie zostały objęte refundacją, ale ich refundacja jest pilnie potrzebna. W onkologii jest tak, że absolutna większość nowoczesnych leków, jest stosowana w ramach leczenia paliatywnego a nie leczenia mającego na celu wyleczenie pacjentów. To są po prostu leki mające na celu wydłużenie przeżycia chorych. Wraz ze spodziewanym wzrostem liczby pacjentów wymagających leczenia do końca życia, gwałtownie też wzrośnie populacja chorych, u których będzie wskazane stosowanie bardzo kosztownych terapii. Na całym świecie mówi się o tym, że wczesne leczenie nowotworów jest najbardziej opłacalne z punktu widzenia ekonomicznego – leczenie trwa góra kilka miesięcy, a nie kilka a nawet kilkanaście lat. Nowoczesne, przewlekłe leczenie chorych na nieuleczalne nowotwory kosztuje nieprawdopodobnie duże pieniądze, nierzadko przekraczające pół miliona złotych rocznie na jednego pacjenta. Im więcej będzie chorych, których nie udało się wyleczyć, tym bardziej wzrośnie zapotrzebowanie na drogie terapie. Problem finansowania terapii będzie rósł wraz z rosnącą, w konsekwencji pandemii, liczbą pacjentów nieuleczalnie chorych.

Pocovidowa łysina

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

U nas nie ma leczenia onkologicznego. Nie ma dobrego diagnozowania, nie ma dobrej chemioterapii, generalnie jak ktoś nie ma dojść, tzn. nie jest z PiS, nie jest leczony. Od diagnozy do operacji upływa parę miesięcy i w zasadzie już można powiedzieć pacjentowi do widzenia, bo w tym leczeniu liczy się pośpiech.

Dodaj ogłoszenie