Prof. Mikołejko: "Nowego Śląska nie ma, bo nikt go na nowo nie nazwał"

Marcin ZasadaZaktualizowano 
Śląsk ugrzązł w myśleniu o swojej przeszłości, a świat radykalnie się zmienia. Ale to Polska ma dług wobec Ślązaków, a nie odwrotnie - mówi prof. Zbigniew Mikołejko, jeden z najwybitniejszych polskich filozofów i historyków religii.

Mówią o panu, że jest pan mistrzem w rozbrajaniu oczywistości.
Mistrzem się nie czuję, choć oczywistości faktycznie budzą moją pokusę, by się do nich dobrać. Oczywiste nigdy nie jest bowiem takie oczywiste. A przede wszystkim jest zwodnicze, kłamliwe, bo prowadzi utartymi ścieżkami, drogą wyświechtanych stereotypów, odruchowych, bezmyślnych nawyków.

Więc chciałem zapytać o nieoczywisty Śląsk zakonserwowany w polskim krajobrazie jako oaza pracowitości i poczciwości.
To jeden z tych mitów społecznych mających tylko cząstkowe uzasadnienie. I w takiej właśnie formie – wyświechtanego stereotypu - budzi on mój sprzeciw.

Według pana, Ślązacy nie są pracowici i poczciwi?
Według mnie, Śląsk jest zbyt różny, by ciągle oznaczać go i oswajać tymi zaklęciami. To zresztą problem fałszywych krajobrazów kulturowych, pozornych całości, których w istocie nie ma, bo zostały sztucznie ulepione w PRL. Tak samo jest też i z moją Warmią, od komunizmu przypisanej do sztucznego tworu zwanego „Warmią i Mazurami” i propagowanego jako przestrzeń rekreacyjna „dla ludu”. Z kolei śląskość do dziś, mam wrażenie, po latach zupełnie pogmatwanej historii, wciąż jest obszarem nieustającego wyboru. Swojej tożsamości, przynależności oraz żywej, ciągle nieustabilizowanej wspólnoty, jaką tworzą pokolenia rozmaicie zakorzenionych mieszkańców tego regionu – od „krzoków” aż po „ptoki”. Swoją drogą, jako Warmiak z urodzenia i wyboru, czuję ze Ślązakami pewną duchową więź: moja ziemia też była przez wieki przedmiotem targów między różnymi państwami, areną ludzkich tragedii, traumy Prusów i brutalnej chrystianizacji, wojen polsko-krzyżackich, napoleońskich, zmagania katolicyzmu z hitleryzmem, obu wojen światowych, sowieckich zniszczeń, gwałtów i mordów, a potem ery niedobrej polskości, która ujawniła się po wojnie. I na Śląsku, i na Warmii dopiero młode pokolenia zaczynają wracać do tożsamości kulturowej sprzed dziesięcioleci. Demokracja pozwala mówić swobodnym językiem o przeszłości, o swoistości lokalnych dziejów i małych kultur.

Co mówią polski prezydent i premier, gdy zjeżdżają z gospodarską wizytą na pańską rodzinną Warmię?
Oni do mnie, na tę prawdziwą Warmię, nie przyjeżdżają, co najwyżej zahaczą o Olsztyn. Nie wiem zresztą, czy polscy politycy wiedzą, jaka jest różnica między Warmią i Mazurami. Tak samo, wątpię, że znają historię Śląska.

U nas chwalą robotność, przyzwoitość, rodzinność i religijność jeszcze. Czasem jeszcze ktoś dołoży stempel, że tu jest Polska. No jest, nikt przecież nie zaprzecza. Ileż można tego słuchać?
Polski rząd, jeden po drugim, nie ma nic do powiedzenia Ślązakom. Ale skoro na świętą Warmię głowy naszego państwa nie jeżdżą, by mówić o wiecznej polskości, a na Śląsk ciągle, to świadczy to ciągle o jakimś istotnym znaczeniu waszego regionu. Druga sprawa to zobowiązanie, jakiego Polska wciąż wobec Śląska nie zrealizowała. Prezydenci, premierzy i ministrowie, przebierając się w górnicze mundurki i gaworząc z patosem, próbują tak naprawdę zamazać poczucie winy za wyeksploatowanie tej ziemi.

Dziś Śląsk, ten Śląsk z węgla i stali, stoi w kącie polskiej stodoły jak stara, wydojona krowa. I nie ma pomysłu, co z nią zrobić.
Śląsk, dopiero głębiej odkrywany przeze mnie, początkowo zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Ten potrzaskany pejzaż, będący ofiarą przeobrażeń trwających od 1945 roku… W tej niepięknej ruinie przebłyskują jednak elementy dawnej świetności, zwłaszcza w Gliwicach. Ale to proletariackie, sczerniałe Zabrze, ten upadający Bytom… To powinien być polski wyrzut sumienia – i dług do spłacenia. Jarosław Iwaszkiewicz - pisarz, którego kult uprawiam i mieszkam obecnie w pół drogi pomiędzy jego domem w Stawisku i jego grobem w Brwinowie - kazał się pochować w mundurze górniczym. Wspominam o nim, bo moim zdaniem to najwybitniejszy ze znanych mi twórców starających połączyć się uniwersalność z lokalnością polską. I być może, przebierając się w górniczy strój na podróż w krainę śmierci, chciał podkreślić, że śląskość jest jednym z rdzeni polskości. Ale w inny sposób, niż robią to dziś ci partyjni działacze, tak chętnie przywdziewający ten sam mundur przy różnych okazjach.

Industrialna potęga przyzwyczaiła Ślązaków do pewnej wyjątkowości na tle kraju. Dziś, gdy przemysł pada, brakuje idei, która zdefiniowałaby ten region na nowo.
Budując znaczenie Śląska jako kolonii przemysłowej, nikt chyba nie planował, co stanie się z tym terenem radykalnej eksploatacji, gdy eksploatacja na taką skalę nie będzie już możliwa. Tak już jest od jakiegoś czasu – zasoby się wyczerpują, globalna gospodarka zmienia swój sposób istnienia i to jeszcze bardziej ujawnia brak długofalowego myślenia o nowej drodze dla tego regionu.

Co by pan zrobił na miejscu 30-paroletniego górnika, który obawia się, czy nie zamkną mu kopalni?
Myślę o tym czasem, przykładając sytuację na Warmii, gdzie wysokie, często 30-procentowe bezrobocie rzadko znajduje odzwierciedlenie w roszczeniowości... Co ja bym zatem zrobił jako młody górnik, któremu zamykają kopalnię? Pewnie spakowałbym rodzinę i wyjechałbym zagranicę. Tu nic lepszego by mnie nie czekało. Ale rozumiem, do czego pan zmierza: z jednej strony ciągle klepie się formułki o pracowitości, fedrowaniu i rodzinie, a z drugiej – nie naprawia się niewydolnego górnictwa, nie oferuje tym ludziom nic w zamian i tylko narzeka się na przywileje, protesty… Polska nawet nie próbuje objaśniać Ślązakom, tym górnikom między innymi, jak ma wyglądać ich nowa szansa w gospodarce. I nie chodzi o to, żeby powiedzieć: „Byćcie chopy informatykami”, choć sądzę, że Śląsk najbardziej w Polsce nadaje się na naszą „dolinę krzemową”.

Więc jaka to szansa?
To brzmi paradoksalnie, ale Śląsk mocniej powinien czerpać ze swojego upadku. Ten poprzemysłowy, apokaliptyczny nierzadko krajobraz można przeobrazić na nowo bez burzenia opuszczonych zakładowych budynków i sadzenia w ich miejscu kwiatków. Trzeba oczywiście oczyścić ten pejzaż z postindustrialnych rupieci, ale przy tym zagospodarować to, co wartościowe.

Takie przeobrażenia mają miejsce – kopalnie w Zabrzu można zwiedzać, kopalnia Katowice została zamieniona w Muzeum Śląskie.
Bardziej niż jednostkowe, wyspowe przykłady, mam na myśli większy, kompleksowy program, w który zaangażowane byłyby środowiska nauki, kultury, gospodarki i przede wszystkim polityki. W Polsce w ogóle brakuje szerszego i dalekosiężnego myślenia o regionach. Ze Śląskiem problem jest jeszcze taki, że ugrzązł on mentalnie w swojej przeszłości. A świat radykalnie się zmienia.

Jaki będzie społeczny finał tego kryzysu w górnictwie?
Bez alternatywy dla ludzi? Radykalne spustoszenie tego regionu. A o kryzysie trzeba było myśleć co najmniej 10 lat temu. Dziś już jest późno i działania rządu sprowadzają się do doraźnego łatania dziur. A Śląsk musi zostać przekształcony w nową rzeczywistość kulturowo-społeczną, która zainteresowałaby nowe pokolenia – ludzi, którzy z górnictwem nie mają już nic wspólnego. Gospodarka jest tu ponadto – powiem brutalnie - rzeczą wtórną. A u nas ciągle pokutuje postmarksistowskie myślenie, że to gospodarcza „baza” kształtuje kulturową „nadbudowę”. Tutaj powinien zostać odmieniony porządek: to „nadbudowa” powinna w końcu być kształtowana.

Chodzi panu o coś, co w dzisiejszych czasach Europy bez granic sprawia, że ludzie chcą mieszkać w danym miejscu i są gotowi się przeprowadzić z drugiego końca kraju?
Tak. I tym właśnie jest pewna tożsamość, projekt siebie, wyobrażenie, którego potrzebujemy, by określić własne „ja”, tak podobne do innych „ja” w dzisiejszym świecie. Dlaczego Wrocław i może Gdańsk jeszcze stały się tak atrakcyjnymi miastami dla młodych ludzi? Bo najmocniej zainwestowały w kulturę. Gdy jestem we Wrocławiu i oglądam zawieszone na Rynku billboardy ze zdjęciami pisarzy, a nie reklamy majtek i samochodów, to coś znaczy. Wrocław najpierw zachęcił, a potem nauczył ludzi do udziału właśnie w kulturze. To coś, co również Katowice starają się jakoś robić. Oczywiście, ważna jest produkcja, transport, budownictwo i inne sfery, które wytwarzają dobra materialne. Ale dziś ludzi przyciąga nie tylko możliwość zarobku, ale też szansa na rozsądne wydanie zarobionych pieniędzy w mieście. Sporo jeżdżę po Polsce. Niedawno na przykład byłem w Kielcach, pięknych, zadbanych Kielcach. O godzinie 20. te piękne, zadbane Kielce zamierają, podobnie jak wspaniały, położony tarasowo Przemyśl. Za to na ulice wychodzą ogoleni faceci i ich panienki w szortach na grubych tyłkach – i zalewają się piwskiem. Dlaczego? Bo małomiasteczkowy styl życia mieszkańców rozmija się z możliwościami świata, który tam został stworzony. Co z tego wszystkiego wychodzi? Wielkomiejska makieta.

Bo nie wystarczy urządzić miasta kilkoma ładnymi budynkami i skwerami?
Nie wystarczy. Co więcej, nie wystarczy też dać mieszkańcom jedynie materialne możliwości. Niestety, jesteśmy w większości w Polsce dziedzicami światów agrarnych, a jeśli wyobrażamy sobie kulturę miejską, to na podobieństwo zachodniej niższej klasy średniej czy wręcz niższej (to zresztą jedna z tajemnic polskiej emigracji „na Wyspy”, bo Wielka Brytania w tym jest podobna do Polski, że ma szeroką i prostacką klasę niższą). Polacy zatem, mieszkając w mieście, nie prowadzą życia miejskiego. To jest potężny dramat społeczny. Te tradycje miejskie – mieszczańskie - zamarły również w wielu miastach na Śląsku, w których kiedyś były bogate. Trzeba zatem uczyć ludzi udziału w kulturze miejskiej, bo nasze ulice pozostaną puste, nawet jeśli skrzyknie się paru właścicieli knajp, którzy zrobią promocję taniego piwa i tanich rozkoszy.

Rozumie pan, z perspektywy Warmiaka i obywatela RP, jak ona długa i szeroka, o co chodzi tym Ślązakom, którzy domagają się ustawowego uznania mniejszości etnicznej?
Obawiałbym się popełnić jakąś niezręczność interpretacyjną, bo przecież różnymi ludźmi kierują różne motywy, doświadczenia i emocje. Ale odczytuję to trochę jako akt rozpaczy – zwierciadlane odbicie braku polskiej recepty na Śląsk, o której mówiłem wcześniej. Trudno zarazem lekceważyć pamięć historyczną, która na Śląsku drzemie – autonomii, Sejmu Śląskiego i odrębności kulturowej, społecznej, historycznej. Osobiście jestem zresztą za odnowieniem śląskich instytucji autonomicznych. Włochy, które dobrze poznałem, długo tam mieszkając, mają takich kilka regionów i prowincji autonomicznych, takich jak bogata i świetnie zarządzana Prowincja Bolzano, czyli Południowy Tyrol, obszar swego czasu naznaczony napięciami włosko-austriackimi. I system ten wcale nie rozsadza państwa. Co innego je koroduje – odwieczne napięcie między Północą i Południem.

Kibicuje pan śląskim autonomistom? Bez strachu o separatyzm?
Bez strachu. Śląskowi należy się autonomia. Nie wiem, czy w takim kształcie, jak określa to RAŚ, zbyt mało wiem na ten temat. Natomiast nie mam wątpliwości, że model samorządności, z większymi uprawnieniami, jest tu konieczny. Ze względu na wyjątkowość historyczną, kulturową i ekonomiczną – ta wyjątkowość wymaga nietypowych rozwiązań. To może być również pomysł na Śląsk, któremu zagrażają skutki dotychczasowej bezlitosnej eksploatacji przemysłowej. Kolonizację przez Niemcy, a potem Polskę.

Na czym polega błąd w tym sporze o śląskość, w którym miesza się strach przed Niemcem, oskarżenia o separatyzm, kuriozalne czasem dekretowanie polskości z nadmierną prowokacyjnością drugiej strony, brakiem delikatności nierzadko.
Nie lubię używać tego pojęcia, ale to gra z użyciem interesu emocjonalnego. Chodzi o sprowadzenie istoty problemu do prostych haseł – raz jest to lęk przed „Niemcem” i separatyzmem, przy innej okazji „śląska pracowitość i poczciwość”, ale też mówienie o inkorporacji do polskości na siłę. Owa gra toczy się przy tym nierzadko znaczonymi kartami, przez co żadna ze stron nie jest w stanie nic ugrać, stąd ciągła eskalacja. Jak dla mnie, pierwszy błąd popełniła Warszawa – to ona, kilka lat temu, gdy nasze państwo się umacniało, ugruntowywało swoją pozycję w Unii Europejskiej, powinna wyjść do Śląska z propozycją autonomii. Tak, jak ponad 90 lat temu.

Oryginalny pogląd, biorąc pod uwagę, z jaką histerią traktowane są śląskie aspiracje w stolicy.
Nasze władze niezmiennie nawiedzane są lękami przed utratą Śląska. Ale to takie doraźne, polskie myślenie: dopóki się coś nie zawali, to problemu nie ma. Tymczasem problem jest, przez lata nie potrafiono go nazwać, określano go wyłącznie za pomocą zużytych stereotypów i mitów. Polska Kongresowa i Polska Kresowa, bo te zbiegły się w pewnym momencie i zdominowały myślenie o Rzeczpospolitej, nie rozumieją i nie znają historii i specyfiki kresów północnych i zachodnich. No bo mówi się w Polsce, że jeśli szumią gdzieś husarskie skrzydła, to pewnie gdzieś na Podolu czy Dzikich Polach ukrainnych, prawda?

Zapewne gdzieś tam, gdzie dziś Polski nie ma.
A więc właśnie. Tymczasem ostatni husarze, po pierwszym rozbiorze Polski, złożyli swoje zbroje i skrzydła w kościele św. Janów w Pile, w północnej Wielkopolsce, mieście kształtującym się na dramatycznym styku polskości i niemieckości. Te skrzydła leżały tam długo - w tej ostoi polskości, jaką była pilska świątynia - jako pamiątka I Rzeczypospolitej, która do dziś odzywa się jak mit w polskich łbach. Aż w połowie XIX wieku jeden z Hohenzollernów zagrabił je do swojego muzeum. Sam kościół natomiast mocno ucierpiał w czasie walk o Wał Pomorski w II wojnie światowej, ale jeszcze po wojnie ruiny stały i można było je odbudować. Tyle że… W latach 70., w czasach gierkowskiego województwa pilskiego, miejscowy sekretarz wojewódzki postanowił urządzić spektakl dla kolegów – wysadzić mury świątyni, by zrobić miejsce dla betonowego hotelu-słupa o patriotycznie brzmiącej nazwie Rodło.

Żeby było polsko jeszcze bardziej.
Kiedy Polska była światowym mocarstwem, wielokulturowość była jednym z jej wyznaczników. Może właśnie dlatego była mocarstwem, że tę wielokulturowość pielęgnowała i ceniła. Bo gdy państwo jest słabe, to kurczowo trzyma się stereotypów i obawia się tego, co odczytuje jako odstępstwo od wzorca polskości, obawia się wszelkich różnic i odrębności. A Kongresówka – Kongresówka mentalna, bo nie chodzi o rzeczywiste rodowody, tylko myślenie - która rządzi dziś Polską, ma wszczepione poczucie słabości, niższości wobec Europy. Zupełnie durne, bo kraj mamy solidnie urządzony, ważny na arenie europejskiej, a jego elity boją się, że Ślązacy zamienią się w Niemców.

Z czego więc wynika ten strach?
To ideologiczny atawizm – balast po XIX wieku i komunizmie. Jak coś było trenowane przez dwieście lat, jak wpierana była w głowy ta nieznośna lękowa słabość i bylejakość „patriotycznego” myślenia, to utrwaliło się to jak tatuaż na mózgach klasy rządzącej. I trochę czasu minie, zanim się go pozbędziemy. Kolejny problem to fałszywa, nadmierna demokratyzacja - za wszelką cenę - systemu edukacyjnego w Polsce, zwłaszcza na poziomie szkolnictwa wyższego. To jest katastrofalne zjawisko, bo nie łączy się już z żadnymi wymogami, żadnymi progami inicjacyjnymi. Oczywiście, ludzie ich nie lubią, bo one wymagają wysiłku, są bolesne i trudne, ale bez nich nie ma rzeczywistego awansu społecznego, więc nie ma też wiedzy i pogłębionej świadomości.

A propos inności i odrębności. Zmarły 5 lat temu prof. Stefan Szymutko pisał w swoim „Nagrobku ciotki Cili”: „Nawet »Pan Tadeusz« wywoływał frustrację. Jak można było zachwycić się litewskim chłodnikiem, kiedy proszony obiad kojarzył się z tartymi kluskami i modrom kapustom? Jak można było czuć się swojo wśród kontuszowych gości, jeśli za uroczysty strój nauczono uważać czorny ancug i bioło koszula?”. Choć historia Śląska i historia Polski przez długie lata były pisane różnymi językami i różnymi wydarzeniami, tego typu, całkiem zrozumiałe na Śląsku, wyznania wywołują oburzenie w Warszawie.
Ten sam grzech popełnia od dawna Francja, w której Paryż jest wszystkim, a reszta niczym. Patrzmy raczej na Włochy, Stany albo Niemcy – na tamtejsze modele rozproszenia władzy, ale i kultury: bycia, mówienia, a także pamięci, dowartościowania lokalności. Niedowartościowana lokalność w Polsce powoduje, że dla młodych ludzi awansem społecznym jest zostanie słoikiem, osobnikiem bez tożsamości, koczującym w Warszawie.

Jak skatalizować tę społeczną energię na Śląsku, która miejscami pulsuje, ale jakoś tak niemrawo.
Nienazwane nie istnieje. Tę społeczną energię trzeba przede wszystkim określić i to zadanie dla śląskich elit. Przy tej energii można stworzyć coś na kształt nowego śląskiego mitu, nie tego z pracowitością, poczciwością i familijnością, ale takiego, który pomoże budować realną przyszłość.

Będzie kiedyś Ślązak prezydentem RP? To byłby przełom na miarę pierwszego czarnoskórego prezydenta USA.
Może tak, ale obawiam się, że ten Ślązak w Pałacu Prezydenckim szybko upodobni się do tych z „cyntroli”. Tak bowiem, jak pieniądz nie ma ojczyzny, tak klasa polityczna nie ma tożsamości. Zwłaszcza dzisiaj, gdy tak chętnie ulega ona albo pokusie taniego uniwersalizmu i europejskości, albo jeszcze tańszego i bardziej buńczucznego, jeśli nie agresywnego, ducha bogoojczyźnianego. A obie te formacje myślą w kategoriach odgórnego „zarządzania zasobami ludzkimi”. Tu potrzebny byłby radykalny przewrót w myśleniu - jeden „śląski Obama” niewiele zmieni. Zresztą mieliście już premiera ze Śląska. No i co?

Rozmawiał Marcin Zasada

Prof. Zbigniew Mikołejko
filozof i historyk religii, eseista, pedagog. Kierownik Zakładu Badań nad Religią i profesor nadzwyczajny w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN w Warszawie, członek Amerykańskiej Akademii w Rzymie. Jego najnowsza książka to drugi tom „We władzy wisielca“ (rok 2014). Prof. Mikołejko pochodzi z Lidzbarka Warmińskiego.

polecane: FLESZ: Podział Mandatów po wyborach parlamentarnych

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 4

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

O
Obik

Równie dobrze zwij ten region 'wielka kupa' bo w przeciwieństwie do durniów które żyją historią liczy się to co teraźniejsze nie to co było miało być..

g
gosc

Zapozniona cywilizacyjnie z Wielkimi Ambicjami.

Slaskosc cofnieta ,,,cywilizacyjnie,,,do Polskosci...

Prawdziwe ,,,oceny,,,sie czyta i slyszy,,,i gina.

Japonia albo Korea , Polska innowacyjnie nie jest i nie bedzie.

a
andy

Cenny głos w dyskusji o Śląsku. Marzy mi się jako nowoczesny polski region w zjednoczonej Europie, ze Ślązakami czującymi się ze swoją historią, gwarą i obyczajami jak w swoim domu ale otwarci na świat.
Do wypracowania przez elity polskie i śląskie, w otwartej dyskusji pozbawionej uprzedzeń i fobii.

€€€

Halo profesor! Nowej Polski tez niema, bo ja nikt nie nazwal.

Dodaj ogłoszenie