Prof. Marcin Król: Wygrana Trumpa oznacza większą niestabilność świata

Dorota KowalskaZaktualizowano 
O wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych, szansach na wygraną Donalda Trumpa, o sytuacji Unii Europejskiej, o tym, jakie największe zagrożenia stoją u wrót Europy, i o tym, w kierunku jakiego państwa prowadzi nas Jarosław Kaczyński - mówi prof. Marcin Król, filozof idei, w rozmowie z Dorotą Kowalską

Panie Profesorze, Donald Trump ma chyba spore szanse na wygranie wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych?
Szanse ma spore. Powiedziałbym, że w tej chwili sytuacja jest „fifty-fifty”. Nie ma mądrych i nie ma co spekulować, bo może być bardzo różnie. Dziś rano sprawdzałem, jest pięć procent przewagi Hillary Clinton, ale to wszystko jest bardzo niepewne. Jak pani pamięta, kiedy po raz pierwszy Obama był wybierany, na trzy tygodnie przed wyborami przegrywał. To są tak niewielkie różnice w tej chwili, że nic mądrego nie można powiedzieć.

Myśli Pan, że stan zdrowia Hillary Clinton może zaważyć na wyniku wyborów? A w każdym razie, czy może mieć na niego wpływ?Niekoniecznie. Tu też nic mądrego powiedzieć nie można. Stan zdrowia Hillary Clinton spowodował, że w poniedziałek zamiast niej w Filadelfii wystąpił fantastycznie zupełnie Obama. Dzisiaj czytam, jak niesłychanie dobrze to wystąpienie przyjęto. Fantastycznie wystąpił, już się nie hamował tym razem, zupełnie. Cóż mu zależy, prawda? A poza tym, wie pani, ja czekam tylko na moment, przecież Trump wygląda, jakby miał za chwilę dostać wylewu, więc czekam, kiedy on wysiądzie. Ma 70 lat, też może wysiąść za chwilę. To są takie kwestie, z którymi możemy pójść do wróżki. Naprawdę, nie wiemy nic po prostu i nie warto spekulować, bo nie mamy do tego żadnych podstaw. Oczywiście będą spekulacje nieustające, ale bardzo trudno tutaj cokolwiek powiedzieć.

Więc zapytam tak: Co wybór Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych znaczyłby dla świata i Europy?
To byłby bardzo poważny problem. Po pierwsze, należy powiedzieć, że tak jak Trump mówi na razie rzeczy zupełnie idiotyczne, to w sytuacji, kiedy zostałby wybrany na prezydenta, automatycznie urząd i inne różne rzeczy musiałyby go hamować. Nie byłby aż tak nieznośny jak teraz. Ale jego wybór na prezydenta oznaczałby przede wszystkim, i to jest najważniejsze, bo to, czy on lubi Putina, czy nie lubi Putina, nie ma większego znaczenia, znaczenie ma to, że ten wybór oznaczałby zwiększenie, i to znaczne, niestabilności świata. I tak już ten świat jest bardzo niestabilny, polityka amerykańska jest i trudna, i niejasna, zwłaszcza na Bliskim Wschodzie, a to by oznaczało znaczne zwiększenie tej niestabilności. Byłoby tylko źle. Ameryka przestałaby być pewnego rodzaju ostoją. Nie chcę powiedzieć, że jestem zachwycony tym, co Obama robi, bo moim zdaniem robi za mało, ale byłoby jeszcze gorzej. Co byłoby w samej Ameryce, bardzo trudno powiedzieć. Natomiast co ten wybór oznaczałbym dla świata? Przede wszystkim to, o czym wspomniałem. Trump by się oczywiście hamował w stosunku do tego, co opowiada, głupstw różnych, typu wybudowanie muru za pieniądze meksykańskie na granicy Teksasu itd., ale jednak bardzo trudno byłoby traktować go poważnie, co przy prawdopodobnym, a w każdym razie niewykluczonym, odejściu niedługo, bo w przyszłym roku, Angeli Merkel oznaczałoby, że nie ma na świecie żadnego poważnego przywódcy, bo trudno panią Theresę May nazwać poważnym przywódcą. Za mało o niej wiemy, za słabą ma pozycję.

Właśnie, Panie Profesorze, w Europie widać tę niestabilność, o której Pan mówi. Unia Europejska jest chyba w trudnej sytuacji, najtrudniejszej od lat.
Bo nastąpiło to, co musiało nastąpić - to posuwało się w tym kierunku, a teraz się zdarzyło. Nie chcemy tego do końca uczciwie powiedzieć - mamy do czynienia z totalnym kryzysem demokracji. I ten kryzys demokracji w niektórych krajach przyjmuje tragiczno--komiczne formy, jak w Polsce, w innych krajach przyjmuje formy jakby mniej łagodne, ale też przygnębiające. To, co się zdarzyło w Austrii, to, co się będzie działo podczas wyborów we Francji. Bo jakich my mamy tam kandydatów? Pan Juppé, który jest zerowy, chociaż ma tę zaletę, że jest zerem, Sarkozy, który jest absurdalnym kandydatem, czy pani Le Pen - oni mają określone poglądy i określony poziom. Innymi słowy, doszło do tego, że demokracja przestaje szanować i konstruować jakiekolwiek formy elit politycznych. To jest niezbędne, a zanikło.

I dlaczego tak się dzieje, jak Pan myśli? Skąd się ten kryzys demokracji wziął?
Całą książkę o tym napisałem. Jest wiele różnych czynników, z nich jednak najważniejszy jest ten, że demokracja nie dała sobie rady z radykalnym umasowieniem. Przekształceniem wobec tego demokracji w demokrację medialną, taką populistyczno-medialną. Nie potrafiono tego zrobić. Nie wiadomo, jak dać sobie z tym radę. Nikt nie umie dać sobie z tym rady. To jest dramat, bo nie ma znaczenia już w tej chwili wybitność przywódcy. Proszę zauważyć, w jak błyskawicznym tempie nastąpiła erozja pewnej klasy przywódców, prawda? Zniknięcie ich właściwie. Jeszcze 10 lat temu mieliśmy Clintona, potem Busha, no nie był on nadzwyczajny, mieliśmy w miarę sensownego Tony’ego Blaira, z wszystkimi zastrzeżeniami - wszystko to nie było już takie cudo. Mieliśmy panią Merkel, jak mamy, mieliśmy Donalda Tuska, który jednak jest jedynym wybitnym politykiem klasy europejskiej w Polsce, innego właściwie nie ma. To wszystko zaczęło się walić. Moim zdaniem, pierwszym takim dramatem był Berlusconi, to znaczy zezwolenie złodziejowi, dziwkarzowi, już nie chcę się wyrażać mocniej, na to, żeby był premierem kraju, rządził wielkim europejskim państwem. To było swoistym początkiem końca. Tak naprawdę Włosi, znam Włochy dobrze i mam tam wielu przyjaciół, traktowali go trochę z przymrużeniem oka: o, taki tam kretynek przyszedł. Tak mówili ci, którzy go nie lubili, bez odpowiedniego poczucia, że to jest jakiś koszmar. To był przecież jakiś kretyn, bandyta, złodziej, dziwkarz. To, że on mógł być premierem i na równych prawach uczestniczyć z innymi w życiu politycznym Europy i świata, to był pierwszy sygnał załamania szacunku i przywództwa. Z drugiej strony, można to pokazać dobrze na przykładzie Francji. Otóż do czasów Sarkozy’ego, poprzedniego Sarkozy’ego, tego przed Hollande’em, wszyscy właściwie wyżsi urzędnicy, łącznie z premierami, byli absolwentami Ecole Nationale d’Administration, to jest szkoła na fantastycznym poziomie, takie studia po studiach. Potem ci politycy, którzy ENA kończyli, niezależnie od tego, czy byli na prawicy, czy na lewicy, to - po pierwsze - byli szalenie dobrze wykształceni, za darmo, bo we Francji edukacja jest darmowa, po drugie - byli kolegami ukształtowanymi przez pewien typ świata. Podobnie jest trochę w Ameryce, choć we Francji było to celowo wymyślone, to był taki czubek piramidy uniwersyteckiej, w Ameryce jest trochę podobnie, bo jednak Barack Obama jako student był redaktorem naczelnym „Harvard Law Review” na Harvardzie, przeszedł przez najlepsze uczelnie. Proszę zauważyć, co się dzieje dzisiaj - Trump jest znikąd. Dziennikarze próbują się doszukać, jakie on ma wykształcenie, i są poważne podejrzenia, że nie ma żadnego. Pewnie szkołę średnią skończył, ale nic nie wiadomo o jego dalszych losach uniwersyteckich, nie można odnaleźć żadnych danych na ten temat. To samo mamy w wielu innych krajach, prawda? Sarkozy był trochę człowiekiem znikąd, Hollande też. W Anglii to jeszcze się trochę trzyma tradycji, ale znaczenie ma coraz mniejsze. Taki stan rzeczy będzie miał swoje konsekwencje. Tak samo jest u nas. Można uznać, że rządzi Kaczyński, Kaczyński jest człowiekiem inteligentnym, chociaż ja tej jego inteligencji nie lubię, ale tak naprawdę u steru władzy są ludzie znikąd. Zarówno pani Szydło, jak i pan prezydent - to są osoby w żaden sposób niewyposażone do rządzenia.

I tutaj, Profesorze, Uniwersytet Jagielloński mocno się na Pana obrazi!
A tam, oni wiedzą swoje - nie obrazi. Oni wiedzą, kim jest Duda. Przecież proszę spojrzeć, momentami to już nie jest tragiczne, to jest tylko śmieszne - Duda cytuje jakieś wierszyki Konopnickiej, to są banialuki troszeczkę. Ale nie w tym rzecz, rzecz w tym, że ten kryzys przywództwa wynikł z absolutnego kryzysu zaufania do elit. Ludzie chcą mieć takich samych idiotów u władzy, jakimi są.

Jarosław Kaczyński mówi z Viktorem Orbánem o rewolucji kulturowej w Unii Europejskiej. Myśli Pan, że razem z Węgrami, może jeszcze jakimś państwem bloku środkowo-wschodniego, stworzymy jakiś nowy nurt w Europie? Czy może raczej będziemy coraz bardziej spychani na margines?
Nie sądzę, wydaje mi się, że ta rewolucja kulturowa jest zupełnie niepomyślana przez Jarosława Kaczyńskiego - tu nie ma zamysłów żadnych. To jeśli chodzi o Polskę, bo zaraz słowo o Węgrzech, gdzie jest zupełnie inaczej. Jeśli chodzi o Polskę, to są takie modele anachroniczne. Jaką książkę czytamy w Polsce w tym roku? „Quo vadis” Henryka Sienkiewicza. Pamiętam, że jako młodzieniec przy tym odpadłem, chociaż lubiłem Sienkiewicza, ale „Quo vadis” to straszliwa nuda po prostu, no i marna książka, co tu dużo mówić. Oni wszyscy by chcieli, nie wiem, żeby było tak jak w XIX w., że nie ma golizny i wszystko jest tradycyjnie, że w domu rodzice tłumaczą dzieciom, kto to byli powstańcy. Jakieś zupełnie nonsensowne wyobrażenia o współczesnym świecie. Kompletnie anachroniczne. Dlatego sądzę, że żadnej rewolucji tu nie ma, jest taka próba antykwaryczna, która się nie uda zresztą, bo we współczesnym świecie to po prostu nieosiągalne. Wie pani, czytanie „Quo vadis” było absurdalne, pamiętam swoje dzieci, które jednak starałem się kształcić, wtedy dużo czytały i nie dały rady czytać Sienkiewicza, bo go nie rozumiały, po prostu. One mnóstwo czytają, do dzisiaj, są dzisiaj poważnymi ludźmi, ale nie rozumiały wielu słów. Więc w Polsce, z tego punktu widzenia, to nie jest niebezpieczne. Myślę, że najzwyczajniej w świecie z braku innych projektów wybrano ten. Żadna rewolucja się nie dokona. Cała ta rewolucja występuje przeciwko nowoczesności, można oczywiście przeciwko niej protestować, nie wszystkie jej objawy są nadzwyczajne, ale nic z tego nie wyniknie. Nawet jak będziemy tysiąc razy obchodzić Smoleńsk, to nie zbuduje się w ten sposób, ani chyba w żaden inny, nowego polskiego patriotyzmu, który byłby oparty na modelu sprzed 150 lat.

Na Węgrzech sprawy się mają inaczej?
Na Węgrzech to jest zupełnie co innego, dlatego że Viktor Orbán ma poważny argument - druga połowa Węgrów albo prawie druga połowa Węgrów żyje poza granicami Węgier. Węgry zostały wskutek idiotyzmów traktatu wersalskiego pozbawione połowy swojej ludności - część żyje w Rumunii, część na Słowacji, część w Austrii i całkiem spora grupa w dzisiejszej Serbii. To powoduje, że tam te nastroje są nieporównywalnie łatwiejsze do obudzenia. Poza tym ci Węgrzy są z innej planety, po prostu. To znaczy, poza intelektualistami węgierskimi, jeździłem tam kilkakrotnie do wód, bo można tam brać wspaniałe kąpiele na kręgosłup, to nikt nie mówi w żadnym języku. Ponieważ Węgrzy nie czują żadnej potrzeby integracji z Unią Europejska. Oczywiście jest mała liberalna elita, którą znam od 30 lat i która taką potrzebę ma. Ale to niewielka grupa w Budapeszcie, koniec. Innymi słowy, Węgrzy nigdy, poza okresem Austro-Węgier, trzema ostatnimi dekadami XIX w., nie byli w sumie w Europie, poza arystokracją, ale to jest inna sprawa. Polacy jednak bardziej byli. Węgrzy są, nie chcę powiedzieć obcym ciałem, bo to za dużo, ale są w Europie nie do końca. Mają ku temu różne powody, także ten, że zostali skrzywdzeni bezpodstawnie po Wersalu. Polacy, teoretycznie, zawsze marzyli, żeby być w Europie i wreszcie są. Nagle okazuje się jednak, że to nie dość.

Jak Pan myśli, do czego to zamieszanie w Europie: Brexit, problem z uchodźcami, może doprowadzić? Mówi się, że powstaną Europy dwóch prędkości, Pan dopuszcza taką ewentualność?
Prawdopodobnie tak się stanie, do tego dojdzie, jeśli nie znajdą się przywódcy, którzy będą próbowali tę Europę jednać, niekoniecznie centralizować, ale - federalizując - bardziej ściskać wewnętrznie, bo naturalną rzeczą jest to, że w pewnym momencie będzie gorzej finansowo. To jest niewątpliwe. Jak tylko gorzej będzie finansowo i jeśli poprawi się trochę sytuacja w takich krajach jak Włochy, Hiszpania, a poprawia się w tej chwili, to dlaczego te wszystkie kraje dawnej Europy, tej pierwszej szóstki, czy może nie szóstki, ale dwunastki, mają się tak naprawdę przejmować tym, co robią Czesi, Polacy, Słowacy itd.? To będzie naturalny odruch: to nie będzie wyrzucenie, nic takiego, ale takie zostawienie trochę w tyle. Jestem przekonany, jak to zwać, czy będzie to w zorganizowanej postaci występowało, czy w niezorganizowanej, to wystąpi. Dlaczego Polska dostała tak nieprawdopodobnie dużo pieniędzy z Unii Europejskiej? Trochę w tym jest interesu, bo można w Polsce robić biznesy, i na odwrót, w krajach zachodnich Polacy też mogą inwestować, ale przede wszystkim wyobrażano sobie, że to jakaś forma nagrody czy wzmocnienia tendencji demokracji, jedności europejskiej. W momencie kiedy ta tendencja zniknie, a już na naszych oczach zanika, wszystko się zmieni. Donald Tusk, czy tego rodzaju ludzie rozsądni, nie są w stanie tego pohamować. I wtedy zrodzi się pytanie: Dlaczego właściwie Europa ma nam dawać pieniądze? Przestanie mieć powód. A jeżeli jeszcze pogorszy się sytuacja gospodarcza niemieckiego czy francuskiego obywatela, a może się pogorszyć, co może się szybko zdarzyć, to będziemy tym, czym byliśmy przez długi czas - daleką prowincją. I już.

Wspomniał Pan o Jarosławie Kaczyńskim, mówił, że to człowiek inteligentny. Jak Pan myśli, do jakiego kraju nas prowadzi?
Moim zdaniem on nie ma jasnej koncepcji. On ma niewątpliwie przekonanie o tym, i to jest chyba jedyne silne przekonanie, jakie ma, że dominować musi państwo. To nie jest przekonanie absurdalne, to jest przekonanie, które mieli różni ludzie, jak na przykład Otto von Bismarck, którzy potrafili to doskonale wykorzystać. W tej chwili to jest nie do zrobienia i już. Kaczyński chciałby demokracji, która jest rządzona przez państwo. Nie Piłsudskiego i nie Dmowskiego, ale Bismarcka bardziej, który rozdawał, rządził, nie przejmował się parlamentem, miał go w głębokim poważaniu, złościł się co najwyżej na ten parlament. Rządził znakomicie. On, nie wiem, czy pani o tym wie, czy nie, Niemców uważał za bardzo niebezpieczny naród, bardzo ostrzegał Bismarck przed militaryzacją Niemiec, a jednocześnie przeprowadzał głębokie reformy społeczne. Ale on chciał od góry, jako że był niesłychanie mądrym człowiekiem, z góry przez państwo chciał wszystko przeprowadzać. Nie rozumiał w ogóle, po co jest demokracja. Drugi przypadek, podobny trochę - Piłsudskiego. Tylko że Piłsudski był niewątpliwie utalentowanym politykiem w sprawach międzynarodowych. Nie umiał prowadzić polityki wewnętrznej, zostawiał to innym, co zakończyło się fatalnie. Ale Piłsudski też nie rozumiał demokracji tak naprawdę. Jego ideolodzy, jak Adam Skwarczyński czy potem Adam Bocheński, podobnie pisali na ten temat, czasami ciekawe rzeczy. Moim zdaniem Kaczyński jakoś mieści się w tej tradycji. On też chciałby, żeby rządziło państwo. Tylko im bardziej rozwinęła się demokracja, im bardziej rozwinęły się środki przekazu, media społecznościowe, a ponadto prawa człowieka itd., tym trudniejsze jest to do wykonania. I dzisiaj państwo, naprawdę, żeby rządzić społeczeństwem, załóżmy, że nawet dla dobra tego społeczeństwa, musiałoby zrobić rzeczy o charakterze autorytarnym, bo ludzie za bardzo przywykli do różnych drobnych form wolności, do tego, że pani pisze na forum społecznościowym to, co chce, do tego, że chodzi pani gdzie chce, ubiera się jak chce. Do takich najdrobniejszych form wolności, których próby ograniczenia można przeprowadzić tylko siłą. Nie da się inaczej.

Ale Polacy Prawo i Sprawiedliwość popierają, więc najwidoczniej im to nie przeszkadza.
Na razie. Bo - po pierwsze - nie ma skutków gospodarczych tej polityki, a to aspekt ważny, ale przede wszystkim dlatego, że Polacy nie widzą tego ograniczenia wolności. Jak zobaczą, to jest akurat ta rzecz, która niezbyt dobrze w Polsce przechodzi, otrząsną się. Ograniczanie wolności nigdy się w Polsce nie udaje, oczywiście siłą - tak! Ale tu nie sądzę, aby zastosowano siłę, zastosuje się środki półsiłowe, że tak powiem, czyli niedostatecznie skuteczne, i ten eksperyment skończy się w sumie fatalnie, bo dziś nie da się rządzić państwem w tradycyjny sposób, jakby tego chciał Jarosław Kaczyński. To oczywiście potrwa. Ja jestem tutaj pesymistycznie nastawiony, to może potrwać jeszcze i siedem lat. Nie więcej, ale siedem może potrwać. To wszystko zależy od sytuacji międzynarodowej i sytuacji ekonomicznej, o której właściwie nic nie wiemy. Ale jeśli sytuacja gospodarcze się załamie, kryzys tego rządu przyjdzie szybciej.

polecane: Flesz - e-papieros zagraża zdrowiu

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 10

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

A
Art

Hillary Clinton, osoba, która "ma doświadczenie".
Doświadczenie w siedzenie w senacie, gdzie głosowała za wojnami, za ratowaniem przez budżet federalny banków, które spowodowały kryzys światowy, za popieranie międzynarodowych porozumień handlowych, które przynoszą olbrzymie zyski korporacjom ale likwidują miliony miejsc pracy w krajach rozwiniętych.
Jako sekretarz stanu zyskała doświadczenie w forsowaniu zmiany reżimu w Libii i Syriii - czego efektem jest trwający do dnia dzisiejszego chaos, wojna, powstanie ISIS i śmierć ambasadora USA w Libii (jej ówczesnego podwładnego). To przecież ona jest głównym architektem t.zw. arabskiej wiosny. Miliony migrantów w Europie to głownej mierze jej dzieło - wynik "obalania tyranów" za pieniadze amerykańskich podatników w imię jej politycznych ambicji, bez brania pod uwagę do czego to może w efekcie doprowadzić. 
W przypadku wygranej Clinton nic się nie zmieni. Dalej będzie postępował spadek znaczenia USA w świecie, wzrost siły Chin, lokalne wojny wywoływane przez lobby zbrojeniowe, wypływ milionów etatów z USA do Azji, władzę korporacji nad rządem i Kongresem, zubożenie średniej klasy....etc... Wygrana Trumpa? Dla niektórych wielka niewiadoma... Ale z drugiej strony Trump to normalny i poważny biznesmen, z wieloletnim doświadczeniem, nie będzie strzelał z atomowych rakiet pod byle pretekstem, tak jak to próbują wmawiać naiwnym prapagandyści medialni. Bez obaw...propaganda lewaków jest żałosna, a arsenały nuklearne będą bardziej bezpieczne pod zarządem Trumpa.. niż pod zarządem Hilary Clinton.

W
Warszawiak

Pan Profesor zapomniał zglanować wykształcenie i poziom niejakich M. Tchatcher i R. Reagana ;-)) Jak widac, kończenie szkół w polityce pomaga różnie (Obama to bardzo marny prezydent).

W
Wisław

ten wywiad to dowód na to, że tytuły naukowe powinny być przyznawane czasowo...

G
Gość

A zresztą, całkiem analogicznie było i w Polsce. Zaprzyjaźnione organy medialno-propagandowe - z reguły obce, bo
z zewnątrz kraju - wypisywały stałe 79.99% piastującemu urząd. Jak rzeczony ruszył na spacer po W-wie, znależli się
i tacy z zasadnymi pytaniami: „za co kupić mieszkanie?”. Odpowiedzi na liczne pytania były wprost tragiczne, więc
mędrcy sztabowi przyszli do głowy, ażeby zrobić TV-debatę. Na debatę stawił się naczelny prezydencki kandydat
wraz z prezentem w formie firmowego proporca, który to określał i partyjne pochodzenie piastującego urząd.
Obdarowany poniósł ten prezent do prowadzącej, którą była akurat znana w-ska blondyna z „Kropki nad i”.
Ta poirytowana, zestawiła ten gadżet na posadzkę TVN studio. I który, prezent, nie wglądał zbyt imponująco przy jej
rasowych kończynach obutych w wytworne High Heels. I właśnie akt ten, stał się i symbolem wygranej krakowskiego
kandydata, prezydentem pozostał dr. Andrzej Duda i krakowian z dobrą sztubą. Good luck, Mr. President in spe!

E
Ewiak Ryszard

Na jaki wynik wskazuje analiza biblijna? Przypomnę tu fragment starożytnej wizji: "I powróci [król północy] do ziemi swej z dobrami ruchomymi wielkimi [1945. Ten szczegół wskazywał, że Hitler zaatakuje także ZSRR i będzie walczył aż do gorzkiego końca. Na początku nic nie wskazywało na takie zakończenie wojny], a serce jego przeciw przymierzu świętemu [wrogość wobec chrześcijan], i będzie działał [oznacza to aktywność na arenie międzynarodowej], i zawróci do ziemi swej [1991-1993. Rozpad ZSRR i Układu Warszawskiego, wojska rosyjskie powróciły do kraju]. W czasie wyznaczonym powróci z powrotem" (Daniela 11:28,29a). Powrót Rosji w tym kontekście oznacza rozpad UE i NATO. Wtedy wiele krajów z dawnego bloku wschodniego opuści amerykańską strefę wpływów i pojedna się z Rosją. Do realizacji tego szczegółu potrzebni są też odpowiedni ludzie na szachownicy politycznej. Z jednej strony mamy Putina i nie jest to przypadek. Po drugiej stronie zdecydowanie bardziej odpowiednią osobą wydaje się być Trump, dlatego to On zwycięży. Tu o wyniku zadecyduje Niebo (Jeremiasza 1:11,12). Najpierw ma być powrót Rosji, a potem wojna, a nie na odwrót. Dlatego też wcześniejsze wybory wygrał Obama. Gdyby w 2008 wygrał McCain już byśmy byli po trzeciej wojnie światowej.

W roku 1882 Wielka Brytania rozciągnęła wpływy na Egipt i przejęła rolę "króla południa". Mniej więcej w tym samym czasie Rosja zajęła pozycję "króla północy", rozciągając wpływy na terytoria, które wcześniej należały do Seleukosa I (Daniela 11:27).

H
H. K.

Powiedział:
Jak wygram znowu będziemy mówić Merry Christmas. Nie będzie poprawności politycznej.
Dla tych którzy nie wiedzą, teraz w usa w dniu 24 grudnia można tylko powiedzieć Happy Holiday.

B
Boi się lewica

Czemu was tak Trump przeraza?

b
bencwau

Naprawdę myślicie, że ta dwójka różni się między sobą ? To są kapitalistyczne k... dla których ważny jest tylko biznes i pieniądz. Żaden sposób ich zdobycia, dla siebie a i okruchów dla kraju, nie jest zły. Tak jest w każdym kapitalistycznym państwie z małą róznicą, w Polsce jedynie grabią i rozdają.

a
abcd

To chyba jakiś żart.

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3