reklama

Prof. Kazimierz Kik: Dylematy polskiej demokracji

Kazimierz KikZaktualizowano 
Prof. Kazimierz Kik: W przypadku największych polskich miast w większości z nich władzę sprawują prezydenci bezpartyjni
Prof. Kazimierz Kik: W przypadku największych polskich miast w większości z nich władzę sprawują prezydenci bezpartyjni Andrzej Wiktor / Polskapresse
Czy można zbudować demokrację społecznie reprezentatywną i politycznie wiarygodną w oparciu o polityczne zaangażowanie niespełna połowy procenta Polaków?

Wyraziście ideowo i programowo partie polityczne stanowić powinny fundamenty każdej demokracji liberalnej. Tymczasem, zgodnie z opiniami wielu ekspertów, to właśnie partie polityczne stanowią przykład najmniej udanego „produktu” polskiej transformacji gospodarczej i ustrojowej. Na uzasadnienie tej tezy wymienić wystarczy pięć grzechów głównych polskich partii politycznych.

Pierwszy z nich określić można grzechem nieautentycznego poczęcia. To, co po 1989 roku powstało na bazie PZPR, okrzyknięto lewicą. To zaś, co wyłoniło się z Solidarności, zapisano po prawej stronie polskiej sceny politycznej. Spowodowało to zamieszanie i nikłą czytelność polskiej sceny politycznej. Na prawicy znalazło się bowiem sporo ukrytych socjalistów, a na tzw. lewicy jawnie definiujących się liberałów.

Jeden z wnikliwszych obserwatorów polskiej sceny politycznej, prof. Radosław Markowski, nazwał nawet to, co określano powszechnie polskim systemem partyjnym, zwykłym zbiorowiskiem nieautentycznych ideowo partii.

Drugi zdefiniować można jako przykład neoliberalnego skażenia. Polska transformacja gospodarcza i polityczna przypadła w okresie powszechnie obowiązującej w Europie doktryny neoliberalnej i związaną z tym hegemonią zasad gospodarki rynkowej. W całej Unii Europejskiej neoliberalnemu skażeniu uległy nie tylko ugrupowania liberalne konserwatywne i chadeckie, ale także i socjaldemokratyczne. Stąd też zróżnicowanie ideowo-programowe, a zwłaszcza praktyka rządzenia tzw. partii mainstreamowych nabrała podobnego neoliberalnego wymiaru. Zaowocowało to daleko idącym upodobnieniem polityki gospodarczej i społecznej partii tych nurtów. Którakolwiek z tego typu partii znajdowała się u władzy, uznać musiała nad-rzędność powszechnie obowiązujących neoliberalnych wzorców. Zróżnicowanie ideowo-programowe poszczególnych partii zanikło, a wyborcy poszczególnych opcji z wolna tracili zaufanie do dla dotychczas prefero-wanych przez siebie partii. Wszystko jedno, na kogo głosowano. W praktyce społeczno-gospodarczej i tak dominował neoliberalny paradygmat. O wszystkim decydował pieniądz i rynek.

Partyjni liderzy to wytwory medialnego marketingu, bo media, a nie społeczeństwo stają się instrumentami ich kreowania

Grzech trzeci stanowi konsekwencję szerszego zjawiska, za jakie uznać można społeczne konsekwencje postępującej na przełomie XX i XXI wieku globalizacji i powiązanej z nią deindustrializacji Europy. Do-tknęło to także boleśnie Polskę. Klasa robotnicza i tradycyjnie pojmowane chłopstwo przeszły do historii. Klasy średnie podlegają, w warunkach nakładającej się na siebie globalizacji i technologicznych rewolucji, głębokiej, zubażającej je transformacji. Postępuje wyraźna atomizacja struktur społecznych, a wraz z tym do historii przechodzą solidne fundamenty społeczne większości partii politycznych.

W Europie Zachodniej jeszcze w drugiej połowie XX wieku w szeregach wszystkich partii politycznych znajdowało się prawie 15 proc. dorosłej ludności. Nawet w Polsce do 1989 roku trzymilionowa prawie PZPR, wraz z jej satelickimi ugrupowaniami, obejmowała prawie 10 proc. Polaków. Dziś w krajach Europy Zachodniej wielkość szeregów partyjnych zmalała i obniżyła się do średniego poziomu 5 proc. W Polsce zaznaczyło się to dramatycznie niskim poziomem upartyjnienia Polaków do niespełna 0,5 proc.

Wielkie, masowe partie polityczne przechodzą powoli do historii. Na politycznej scenie dominować zaczynają rachityczne, wspierane finansowo przez państwo partie o charakterze raczej wyborczym niż ideowo- programowym.

Swoją rolę odegrał tu grzech czwarty, wynikający z przejęcia partii politycznych na finansowy „garnuszek państwowy”. Doprowadziło to do faktycznego ich odseparowania od społeczeństwa, a ściślejszego utożsamienia z państwem i coraz to silniejszym lobbingiem sił rynku.

Dotychczas masowe partie polityczne, na ogół samofinansujące się ze składek członkowskich, darowizn, aktywności gospodarczej, stanowiły rzeczywistą reprezentację liczącej się części społeczeństwa wobec władzy państwowej. Teraz, u progu XXI wieku, doszło do odwrócenia ról. Partie sprzęgnięte zostały z państwem i stanowić zaczęły rolę przedstawiciela państwa wobec społeczeństwa. Finansowanie partii politycznych przez państwo, poczynając od przekroczenia trzyprocentowego progu wyborczego, uniezależnia zdecydowanie partie od społeczeństwa i przekształca je nawet w instrument zdolny do manipulowania tym społeczeństwem.

Po pierwsze, partie te stają się z wolna partiami nielicznych szeregów partyjnych. Partiami kadrowymi. Po drugie, stają się najczęściej partiami o charakterze wodzowskim, albowiem to ich lider, dysponując partyjnym budżetem, stanowi w nich władzę najwyższą. I po trzecie, na czele tego typu partii stoją coraz to częściej techniczni menedżerowie, a nie ideowi przywódcy. Partyjni liderzy to coraz częściej wytwory medialnego marketingu, bo to media właśnie, a nie społeczeństwo, stają się głównymi instrumentami ich kreowania.

ZOBACZ TEŻ | Sondaż Polska Press Grupy: PiS może liczyć na samodzielną większość. Tylko cztery partie w Sejmie

Wybory parlamentarne 2019. Sondaż Polska Press Grupy: PiS mo...

To zaś stało się przyczyną grzechu piątego, wynikającego z kierunków ewolucji tak okaleczonych partii politycznych. Partie polityczne stają się instrumentem stojącego na ich czele wodza, dobierającego sobie kierownicze kadry „na wzór i podobieństwo samego siebie”.

Ma to wiele wspólnego z mechanizmami doboru kadr kierowniczych w dawnej PZPR, gdzie kadry dobierano zgodnie z zasadami tzw. BMW: bierny, mierny, ale wierny. Fakt ten kładzie się ogromnym cieniem na społecznej ocenie samej klasy politycznej utożsamianej z funkcjonowaniem tak postrzeganych partii politycznych. Należy tu przypomnieć, że w wielu son-dażach społecznych związana z partiami politycznymi klasa polityczna zajmuje, w ocenie społecznej, ostatnie miejsca w drabinie grup społeczno-zawodowych.

Dopiero na tak prowizorycznie zarysowanym, zdecydowanie negatywnym obrazie podkreślić można ujemne dla demokracji polskiej skutki całkowitego i wyłącznego jej podporządkowania nie najdoskonalej dziś funkcjonującym partiom.

Konsekwencją pierwszą jest narastające poczucie społecznej bezradności i politycznego wyalienowania ze strony przeciętnego, bezpartyjnego obywatela, tracącego poczucie jakiegokolwiek wpływu na sprawy państwa. W efekcie już po pierwszej dekadzie polskiej transformacji demokratycznej frekwencja w wyborach parlamentarnych w Polsce spadła do poziomu 40-50 proc. Odzwierciedliło to fakt, iż to w Polsce właśnie odnotowywano najwyższe poziomy absencji wyborczej w całej Europie.

To z kolei wpłynęło zdecydowanie negatywnie na poziom reprezentatywności tworzonych w wyniku takiej absencji wyborczej parlamentów i rządów. Za sprawą obowiązującego w wyborach proporcjonalnych metody D’Hondta, od początków XXI wieku rządy w Polsce reprezentowały zaledwie 18-24 proc. wszystkich uprawnionych do głosowania Polaków. Nie odzwierciedlały one zatem żadnej demokratycznej większości, a co najwyżej coś w rodzaju największej mniejszości. Niska reprezentatywność parlamentów i tworzonych przez nie rządów prowadziła z czasem do spadku ich demokratycznej i politycznej wiarygodności. Były to zatem rządy niskiej reprezentatywności i malejącej wiarygodności opartej na bazie kontestowanej przez większość Polaków, nisko ocenianej klasy politycznej i tworzonych przez nią rachitycznych partii politycznej. Trzydzieści lat trwania tej negatywnej tendencji stanowić powinno przyczynek do - co najmniej - głębokiej zadumy nad stanem polskiej demokracji. Coś tu należy zmienić, by nie dopuścić do całkowitego skompromitowania wartościowej przecież formuły demokracji liberalnej.

Wydaje się zatem, że w tej sytuacji rozważyć należy różne warianty możliwego do osiągnięcia wzmocnienia polskiej demokracji. Jednym z nich może być skoncentrowanie się na budowaniu na szczeblu lokalnym i regionalnym rozumianego po nowe-mu czynnika samorządowego. Może to być idea budowania bezpartyjnych samorządów obywatelskich.

Polska demokracja liberalna składać by się mogła z dwóch nawzajem uzupełniających się modułów: opartego na partiach modułu ogólnopaństwowego, stanowiącego nadal filar liberalnej demokracji na szczeblu ogólnopaństwowym (np. do województwa włącznie) i bezpartyjnego modułu samorządowego (gmina - region), opartego na bezpartyjnych, ale propaństwowo nastawionych samorządach, zdolnych do współdziałania z każdym rządem w imię interesu lokalnego sprzęgniętego z interesem ogólnopaństwowym.

Tu, na szczeblu samorządu lokalnego, podziały partyjne nie powinny sięgać. Budowanie społeczeństwa obywatelskiego na szczeblu samorządowym powinno mieć bowiem propaństwowe preferencje. Rząd i samorządy kierować się powinny interesem państwa, a nie interesami partii politycznych. Konkurowanie między sobą partii o władzę w państwie nie powinno dezintegrować samorządów i obywateli społeczności lokalnych. Kompatybilność obu składników polskiej demokracji polegać powinna także na bardziej precyzyjnym podziale ról.

Do partii politycznych dominujących w płaszczyźnie ogólnopaństwowej należeć powinny strategiczne problemy państwa. Od polityki zagranicznej, polityki bezpieczeństwa (tak wewnętrznego, jak i zewnętrznego), po gospodarkę, politykę społeczną, edukacyjną i w ogóle większość problemów w skali całego państwa. Dla samorządów powinny należeć sprawy jak najlepszej realizacji polityki państwa w wymiarze lokalnym i regionalnym. Ale realizacji, a nie decydowania o ich charakterze. Kierunek wskazywać powinny partie polityczne na szczeblu ogólnokrajowym. Jak najlepszą realizację tych ukierunkowań gwarantować powinny samorządy.

Należy bowiem wziąć pod uwagę fakt, że polska polityka lokalna należy dziś wciąż do najmniej upartyjnionych w Europie. Należy też pamiętać o tym, że w Polsce wybieramy ponad 46 tysięcy radnych. Prawie 40 tysięcy z nich to radni gminni, w 70-80 procentach bezpartyjni. Partie polityczne zdominowały sejmiki wojewódzkie i to może stanowić problem.

Ale nawet w przypadku 107 większych miast polskich w większości z nich władzę sprawują prezydenci bezpartyjni, reprezentujący komitety lokalne. Jeszcze większą przewagę bezpartyjnych obserwujemy wśród osób sprawujących stanowiska wójtów i burmistrzów.

Polska samorządowa może być więc bezpartyjna i propaństwowa, wnosząc tym równorzędny wkład do idei społeczeństwa obywatelskiego opartego na obu składnikach: partyjnym i samorządowym. Eliminowałoby to zagrożenie przenoszenia do Polski lokalnej wszelkich niedostatków cechujących dziś polski, rachityczny i niedoskonały system partyjny. Eliminowałoby to też widoczne dziś zagrożenie przenoszenia do Polski lokalnej plemiennych wręcz podziałów cechującymi dziś spory polityczne między głównymi siłami partyjnymi.

Wszystko to wymagałoby jednak wprowadzenia szeregu zmian w polskim porządku politycznym. Zmianie ulec powinna sama samorządowa ordynacja wyborcza. Kandydaci na radnych, wójtów i burmistrzów jako pełnoprawni obywatele mogą mieć w kieszeniach legitymacje partyjne. Ale samorządowe komitety wyborcze powinny mieć wyłącznie obywatelski charakter. Partie polityczne nie powinny zniekształcać swoimi funduszami układu sił między samorządowymi kandydatami. Wybory powinny odbywać się w oparciu o fundusze samorządów na równych warunkach dla wszystkich obywateli. Rady, gminy i powiaty powinny mieć samorządowy, obywatelski, a nie partyjny charakter.

Po drugie, należałoby zadbać o samą jakość samorządowych kadr. Powinno powstać szkolnictwo samorządowe (np. w formule samorządowych akademii), otwierając drogę do stworzenia w przyszłości czegoś na wzór samorządowej służby cywilnej. I po trzecie, samorząd powinien uzyskać podmiotowość polityczną w formule przekształcenia Senatu w Izbę Samorządową. Samorządowcy bowiem stanowić powinni (obok polityków) drugi, równorzędny filar społeczeństwa obywatelskiego i wspartej na nim nowoczesnej demokracji liberalnej.

Z drugiej zaś strony rozpocząć się powinien systematyczny proces uobywatelnienia szeregów polskich partii politycznych. Mechanizm kreowania aktywów partyjnych powinien ulec zmianie w duchu ich ideowego i merytorycznego doskonalenia. Wiązać się to powinno z organizowaniem w ramach lub wokół partii politycznych fundacji edukacyjnych, przygotowujących aktywy partyjne tych partii do bardziej konsekwentnego ideowego politycznego działania. Nic nie powinno iść na żywioł. Partie powinny pozostać nadal fundamentami demokracji liberalnej.

Dopiero zatem współwystępowanie obu tych członów polskiej demokracji - partyjnego i obywatelsko-samorządowego - stworzyć może szansę na zwiększenie reprezentatywności, a co za tym idzie i wiarygodności polskiej demokracji. To zaś stanowić może szansę zwiększenia zaufania do niej ze strony obywateli, a w konsekwencji zwiększenia ich zaangażowania w jej umacnianie.

POLECAMY W SERWISIE POLSKATIMES.PL:

FLESZ: Elektryczne samoloty nadlatują.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

S
Sokular

Jednak największym grzechem obecnych partii jest bezideowość i interesowność ich ludzi.Marketingowcy szkolą ich w wyłącznym celu wygrywania mandatów.Wygrywają niestety tacy jakich oglądamy.......i oni kształtują naszą rzeczywistość.Ich działania skierowane są wyłącznie na reelekcję i tak to trwa przez kolejne kadencje..............brak w polityce ludzi chcących pracować dla rozwoju RP i poprawy losów rodaków.........

Dodaj ogłoszenie