Prof. Jan Zielonka: Na protestach „żółtych koszulek” we...

    Prof. Jan Zielonka: Na protestach „żółtych koszulek” we Francji mogą skorzystać partie, które mają silne struktury

    Agaton Koziński

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    Prof. Jan Zielonka: Na protestach „żółtych koszulek” we Francji mogą skorzystać partie, które mają silne struktury
    1/6
    przejdź do galerii

    ©ALAIN JOCARD/AFP/East News

    Trudno było oczekiwać, że Macron zacznie walczyć ze światem finansów, skoro do polityki przyszedł z banku Rothschildów. Albo że Juncker zlikwiduje raje podatkowe - bo jako premier Luksemburga je chyba tworzył. Czasami potrzebna jest wymiana elit - mówi prof. Jan Zielonka z Uniwersytetu Oksfordzkiego.
    Francuski rząd wycofał się z podwyżek akcyzy na Diesla. To zakończy protesty „żółtych koszulek”?
    Nie wiem, bo te protesty pokazały wysoki poziom niezadowolenia w całej Francji z prac rządu. To może wywołać łańcuchową reakcję.

    Na przyszły tydzień protesty już zapowiadają rolnicy.
    A później może lotnicy czy pielęgniarki. Dziś w Europie Zachodniej żaden rząd nie cieszy się szerokim i trwałym poparciem społecznym.
    Przecież wiosną poprzedniego roku Emmanuel Macron odniósł wielkie zwycięstwo wyborcze - dziś z ówczesnego entuzjazmu prawie nic nie zostało. Protesty „żółtych koszulek” pokazują też siłę protestów zorganizowanych poprzez media społecznościowe. Dziś takie demonstracje to zupełnie inny świat niż ten, który w Polsce pamięta się choćby z czasów Solidarności.

    Gdzie Pan widzi największe różnice?
    To jest protest sieciowy, nie ma jasno zdefiniowanych liderów czy spisanego programu. W internecie protest się bardzo szybko rodzi i rozprzestrzenia. Właśnie tempo, sprawność działania dają „żółtym koszulkom” siłę. Jednocześnie brak oparcia instytucjonalnego jest słabością - i na zorganizowanych przez nich protestach mogą skorzystać inni, którzy działają w ramach istniejących struktur.

    Na przykład partie opozycyjne wobec Macrona?
    Dziś trudno powiedzieć, kto to może być dokładnie.

    CZYTAJ TAKŻE: Protest żółtych kamizelek. "Hańba tym, którzy dopuszczali się przemocy". Prezydent Francji potępił zamieszki w Paryżu

    Partia Marine Le Pen po protestach „żółtych koszulek” zyskała w sondażach 5 pkt proc.
    Ale ona była silna już wcześniej, przecież w 2014 r. wygrała wybory do Parlamentu Europejskiego. Nie potrzebuje tego typu protestów, by budować poparcie dla siebie.

    Nie chodzi mi o to, że ich potrzebuje - ale że niejako z automatu sondaże jej rosną, gdy tego typu zdarzenia mają miejsce. Im więcej frustracji we Francuzach, tym Marine Le Pen ma większe poparcie.
    Owszem, działa takie złożenie - ale nie tylko Marine Le Pen się w ten sposób umacnia. Inni politycy czy partie też mogą na tej fali protestu wypłynąć. Widać to przez analogię z Włochami, gdzie na upadku Matteo Renziego skorzystały różne ruchy i partie.

    W marcu tego roku Renzi poniósł dotkliwą wyborczą porażkę.
    Renzi i Macron są bardzo podobni do siebie: młodzi, dynamiczni, umieli wchodzić w luki pomiędzy ugrupowaniami. A jednak Renzi przegrał. Tyle że nie pokonała go tylko prawicowa partia Liga Północna Matteo Salviniego, ale także, czy głównie, lewicowy Ruch Pięciu Gwiazd, który od Ligi różni się właściwie wszystkim. Oba ugrupowania łączy tylko protest przeciwko polityce poprzedników, nic więcej.

    Już wiadomo, że Macron podzieli los Renziego, czy francuski prezydent ma jeszcze zdolność od odwrócenia biegu zdarzeń?
    Pytanie bardziej do astrologa niż do mnie. Bo w polityce niczego się nie da przesądzić ze 100-procentową pewnością. Nawet jeśli widać przesłanki do rewolucji, to wcale nie ma pewności, że ta rewolucja wybuchnie.

    Rewolucją określał Macron swój ruch - taki był tytuł jego książki.
    Wiadomo, że program, z jakim Macron szedł do wyborów, był „od Sasa do Lasa”. To był zlepek różnych idei, choć w sferze gospodarki oparty był głównie na doktrynie neoliberalnej. Osoby o innych poglądach, które znalazły się w jego rządzie, już ustąpiły. Pod tym względem rządom Macrona dobrze nie wróżę. Co nie oznacza, że na pewno wygra pani Le Pen.

    Amerykanie, rozczarowani rządami Baracka Obamy, zdecydowali się na Donalda Trumpa.
    W Europie to tak nie działa. Wyborcy, którzy rozczarowali się politykami liberalnymi, niekoniecznie przenoszą swoje poparcie na partie skrajne. Ostatnie wybory, czy to w Szwecji, czy w Bawarii, pokazują, że partie skrajne wcale nie zaczynają dominować. Dochodzi raczej do drobnych przesunięć, na przykład wyborcy SPD w Niemczech przenoszą głosy na Zielonych, a nie na AfD. Ważne, by wyborca miał alternatywy, bo jak wybory sprowadzają się do plebiscytu pomiędzy liberałami i populistami, to populiści mają większą szansę na przejęcie steru rządów.

    Ale może się skończyć totalnym chaosem - jak w Szwecji, gdzie głosy podzieliły się równo między kilka partii i przez trzy miesiące nie udało się stworzyć koalicji rządowej. Pewnie odbędą się tam kolejne wybory.
    Ten chaos to nowa rzeczywistość. Widać go i w polityce wewnętrznej poszczególnych krajów, i w sprawach międzynarodowych. Na ostatnim szczycie G20 przywódcy najważniejszych państw świata nie byli w stanie wypracować porozumienia w żadnej istotnej kwestii. Specjalnie nie wiemy, jak tłumaczyć ten chaos, bo podręczniki mówią o ładzie, czy bezpieczeństwie międzynarodowym, a w rzeczywistości jest odwrotnie. Różne typy na tym chaosie będą robić karierę i pieniądze, to bardzo niepokojące, ale tak, niestety, się dzieje, gdy na czas nie koryguje się wcześniej popełnionych błędów w polityce i gospodarce.



    Niedawno wydał Pan książkę „Kontrrewolucja”, w której próbuje Pan uporządkować obecną rzeczywistość. I wskazuje Pan w niej na błędy demokracji liberalnej, na to, że liberałowie poszli o most za daleko.
    Nie tyle poszli za daleko, co raczej skręcili w bok i tym samym odeszli od swoich ideałów. Nie można realizować idei wolności w świecie narastających nierówności. Wolność w takim świecie jest iluzją dla większości obywateli, których nie stać na edukację, zmianę pracy czy nawet na migrację.

    Thomas Piketty w „Kapitale XXI wieku” wskazywał na druzgocący wpływ kapitału spekulacyjnego.
    Ale to nie populiści dopuścili do jego rozpowszechnienia się. Populistów można winić za wiele rzeczy, lecz przy władzy w ostatnich latach byli (neo)liberałowie. To oni odpowiadają za nieskuteczną i niemoralną politykę migracyjną, to oni napadli na różne kraje bez mandatu ONZ i nawet stosowali tortury. To wszystko były działania prowadzone przez „oświecone” rządy centroprawicowe czy centrolewicowe.


    RUPTLY/x-news

    1 »

    Czytaj treści premium w Polsce Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (1)

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Idź na wybory

    Jaras-Łódź (gość)

    Zgłoś naruszenie treści

    Idź na wybory ! Bo mochery-oszołomy po mszy pójdą stadnie. Parlament Europejski -bogata emerytura.Polska to władza dla kumpli w spółkach państwowych.
    35% to MOCHEROWY beton. Na szczęście...rozwiń całość

    Idź na wybory ! Bo mochery-oszołomy po mszy pójdą stadnie. Parlament Europejski -bogata emerytura.Polska to władza dla kumpli w spółkach państwowych.
    35% to MOCHEROWY beton. Na szczęście gramialnie opuszczający ten ziemski padół. Za kilka lat kościoły będą puste.
    Wyrosło pokolenie głupków nie znających wojny, podatnych na manipulacje populistów. Hanna Stadnik ps. "Hanka" brała udział w Powstaniu Warszawskim. Walczyła na Mokotowie jako łączniczka i sanitariuszka w Pułku "Baszta" Kompanii "O2" porucznika "Withala". Weteranka była pytana na antenie TVN24, wspomniała ojca Lecha i Jarosława Kaczyńskich, Rajmunda. Po wybuchu Powstania Warszawskiego dowodził 7. drużyną 2. plutonu kompanii K 1 Pułku "Baszta". Hanna Stadnik przypomniała sytuację, gdy Lech Kaczyński wygrał wybory w Warszawie, środowisko powstańcze gratulowało Rajmundowi.
    - Powiedział: "moim dzieciom nie wolno dać władzy, bo zniszczą każdego, kto będzie od nich lepszy, bo są złośliwi" - powiedziała Hanna Stadnik. - Ojciec, jeśli to mówi, to wie, co mówi.
    Kazmierz Kutz
    Do tego dojść musiało. Po przemianie ustrojowej musiała dojść do głosu długo tłumiona polska głupota. Dochodziła do głosu powoli, w miarę dzielenia się ludzi na demokratów i nacjonalistów. Przybrała na sile po katastrofie pod Smoleńskiem, zwłaszcza że wolnorynkowy liberalizm nie nadał właściwego priorytetu dziedzinom duchowym, także naukom o walce polskiej demokracji. Zaś edukację oddał w ręce kleru.
    To był kardynalny błąd Tadeusza Mazowieckiego, który teraz wydaje swoje owoce. Szkoła, po indoktrynacji komunistycznej, weszła w indoktrynację katolicką. Laickość systemu edukacyjnego stała się fikcją. Polski zaśmierdły nacjonalizm zaboru rosyjskiego zmieszał się z prymitywnym katolicyzmem i powstała ideologiczna mieszanina potrawy teraz realizowanej pod nazwą „dobrej zmiany".zwiń

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Nie przegap

    Wideo