Prof. Artymowicz: Zespół Macierewicza nie przedstawił żadnego dowodu. Prezentuje tylko czcze gadanie

Anita Czupryn
O teoriach alternatywnych dotyczących przyczyn katastrofy smoleńskiej i błędach zespołu Antoniego Macierewicza z profesorem Pawłem Artymowiczem, lotnikiem, fizykiem i astrofizykiem z Uniwersytetu w Toronto, rozmawia Anita Czupryn

Jaki to impuls spowodował, że zajął się Pan badaniem katastrofy smoleńskiej?
Było kilka impulsów. Oprócz tego, że jestem naukowcem, jestem też pilotem. Natychmiast po katastrofie, kiedy jeszcze wszyscy byliśmy w szoku, z napływających do Kanady informacji starałem się ułożyć obraz tego, co się mogło stać, opierając się na moich doświadczeniach lotniczych. Nie była to pierwsza katastrofa, którą się interesowałem. Jako pilot czytywałem namiętnie raporty NTSB - amerykańskiej komisji badania wypadków komunikacyjnych. To może się wydawać dziwne. Dlaczego piloci się tym interesują, czyżby podobnie jak kierowcy, którzy zatrzymują się na autostradzie, chcąc popatrzeć na wypadek? To nie to samo. Bardzo ważne jest, aby pilot czytał raporty z wypadków...

... i uczył się na błędach?
Tak jest. Za późno jest uczyć się na swoich, jeśli popełni się grube błędy. Dlatego do pilotów w Kanadzie rozsyłane są co miesiąc biuletyny z dokładnymi opisami raportów kanadyjskiej komisji po to, żeby się uczyli na błędach innych. To był pierwszy impuls. Mam też doświadczenia z własnego latania, które nie były tak niebezpieczne, ale dotyczą latania nieprzepisowego i bez widoczności. To niestety się zdarza pilotom, że przekraczają przepisy i robią coś, co ich zaskakuje, i okazuje się, że to było bardziej niebezpieczne, niż myśleli. Miałem taki przypadek podczas lotu w chmurze, z 10 lat temu, kiedy byłem jeszcze świeżym pilotem. Leciałem nad granią gór w Kalifornii i lot mógł się zakończyć źle. Wleciałem w chmurę ze świadomością, że to będzie przekroczenie przepisów, ale krótkie, wydawało mi się bezpieczne, leciałem już tą trasą w jedną stronę, znałem teren. Okazało się to niebezpieczne, bo mgła, w której się znalazłem, w pewnym momencie miała prześwit i zobaczyłem, że jestem kilkadziesiąt metrów od masztu radiowego. Gdyby był on na mojej drodze, a nie z boku, gdyby był wyższy, nie miałbym czasu zareagować i byłoby to samo co w Smoleńsku - zabrakłoby mi tych potrzebnych kilku metrów i ułamków sekund. Osobiste doświadczenie spowodowało, że tę katastrofę przeżywałem i rozkładałem na czynniki pierwsze od strony pilotażu. Starałem się wczuć w sytuację pilotów i zrozumieć, co się działo w kokpicie i w umyśle pilota dowodzącego. Moje początkowe domysły potwierdziły w większości późniejsze transkrypty i wyniki dochodzeń. W smoleńskim locie doszło do kumulacji wielu błędów, niektórych bardzo poważnych, zarówno z winy pilotów, jak i niewłaściwych procedur i wyszkolenia obowiązujących w rozwiązanym już 36. Specjalnym Pułku Lotnictwa.

Założył Pan bloga, bo zaczęło się pojawiać coraz więcej teorii, które Pańskim zdaniem niewiele mają wspólnego z logiką i fizyką?
To prawda, choć nie była to jakaś moja reakcja na znane koncepcje profesora Biniendy dotyczące niezłomnego skrzydła, bo one pojawiły się wkrótce potem. Ale to nakierowało mnie na nurt badania teorii alternatywnych. Okazało się, że nie są odpowiednio zakorzenione w fizyce, często są z nią sprzeczne. Na przykład proponowana teoria wybuchów brutalnie łamie zasadę zachowania pędu.

Teorie alternatywne uważa Pan za kłamstwa o katastrofie smoleńskiej?

Pomyłki i tylko jeśli świadomie powtarzane raz za razem, kłamstwa. To są teorie, które starają się wyjaśnić tę katastrofę jako wynik nieczystego zagrania: zamach, wybuchy. Są to teorie, które nie zgadzają się z setkami dowodów przedstawionymi przez komisje badania wypadków lotniczych. A te określiły dość jednoznacznie i w podobny sposób przyczyny tego wypadku. Najważniejszą przyczyną było zejście poniżej dozwolonej wysokości przez pilotów. Cały szereg innych błędów i pomyłek musiał się nałożyć, aby do tego doszło, ale bezpośrednią przyczyną było złamanie żelaznej reguły, potrójnego czerwonego światła, którym jest wysokość określona jako minimalna wysokość zniżania. Notabene, jej przekroczenie to nie jest decyzja pilota, nawet gdy jest widoczność ziemi, wymagane jest zezwolenie na lądowanie, którego Rosjanie nie wydali.

Wielokrotnie mówił Pan, że nieważne jest to, co się stało po tym, jak skrzydło samolotu uderzyło w brzozę, tylko co działo się wcześniej.
Jeżeli nie chcemy opaść poniżej 100 metrów - a to była uzgodniona z punktem dowodzenia na lotnisku Siewiernyj wysokość minimalna zniżania - w samolocie tej masy, wielkości, trzeba zacząć działać już wyżej, na wysokości 120 metrów trzeba już zacząć wyrównywać lot. Pamiętajmy, że opadanie samolotu było dwa razy za szybkie w tamtym czasie, ponieważ piloci weszli na ścieżkę zniżania za późno...

Dlaczego tak się stało?
To była pomyłka związana z tym, że piloci nie mieli dużego doświadczenia z lataniem na to lotnisko, a załoga była niezgrana. To się może zdarzyć, ale nie musi prowadzić do katastrofy. Obrali tak czy owak sposób podejścia do lądowania, który był niezgodny z instrukcją obsługi, co powodowało bardzo szybkie opadanie. Nie podjęli, z jakichś przyczyn, których do końca nie znamy, zasadniczej, nakazanej prawem lotniczym akcji, nie zaprzestali opadania na wysokości stu metrów. Mimo że warunki pogodowe raportowane przez ich kolegów z płyty lotniska były pięciokrotnie gorsze od ustawowych minimów i szanse na lądowanie były znikome. Zgodnie z praktyką dozwoloną w 36. pułku, ale niezgodnie z regułami lotnictwa cywilnego, posługiwano się także niewłaściwym rodzajem wysokościomierza, który w nierównym terenie spotęgował zagrożenie. Wszystko to jest opisane w raportach, nie tylko zeznania świadków, ale też zapisy w skrzynkach rejestratorów, które były wyprodukowane i odczytane przez producentów w trzech krajach: Polsce, Rosji i USA. Nie ma tu więc absolutnie mowy o żadnym przekłamaniu, pomyłce czy fałszerstwie. Piloci przez dość długi czas mieli szansę uratowania samolotu nawet po złamaniu wysokości minimalnej, ale ta szansa nie została wykorzystana mimo komendy punktu dowodzenia "horyzont 101", co oznaczało tyle, co "natychmiast przejść do lotu poziomego". Nie było z ich strony działania, nie usłuchali wielokrotnych alarmów systemów ostrzegania o niebezpieczeństwie zderzenia z ziemią. Wynurzyli się z chmury na wysokości 20 czy 25 metrów nad podnoszącym się terenem, praktycznie tuż pod poziomem pasa startowego! Wtedy spróbowali uratować siebie i pasażerów najlepiej, jak mogli, robili wszystko to, co pilot może zrobić, ale było za późno. W momencie zbliżenia do feralnej brzozy na wysokości 4-7 m samolot był skazany na katastrofę.

Ale to teorie alternatywne zdobywają w społeczeństwie zwolenników. 40 proc. Polaków wierzy w zamach, a 60 proc. chce powołania międzynarodowej komisji. Przemawiają do nich ustalenia, jakie głosi zespół Antoniego Macierewicza. Potrafi Pan je obalić?
Myślę, że mogę.

Pierwsze: samolot nie uderzył w ziemię, tylko został zniszczony przez siły działające wewnątrz kadłuba i rozleciał się w powietrzu.
Jeżeliby proponowane przez niektórych wybuchy rzeczywiście zaszły tam, gdzie eksperci Macierewicza proponują, że zaszły, wówczas samolot nie zdążyłby się obrócić na plecy. Wszyscy się z tym zgadzają, że w momencie kiedy samolot dotknął skrzydłem i ogonem, a chwilę później kokpitem ziemi, był obrócony na plecy. Nie był w normalnej pozycji, tylko był obrócony o 140-150 stopni, czyli prawie dokładnie kołami do góry. Wiadomo też, że około jednej trzeciej długości skrzydła urwało się na brzozie, w której i wokół której znaleziono odłamki skrzydła. I tutaj przychodzi z pomocą fizyka. Nie ślady chemiczne są najważniejsze, ale fizyka i aerodynamika, czyli to, jak samoloty latają, w szczególności jak latają samoloty uszkodzone tuż nad ziemią, z urwaną końcówką skrzydła. Potrafię to wymodelować, potrafię więc powiedzieć, co się stało za brzozą smoleńską i to w oderwaniu od jakichkolwiek danych, a dopiero na koniec porównać z danymi w raportach. Mogłem w wyniku tego potwierdzić bądź obalić wszystkie te szczegóły opisane w raportach, gdyż fizyki obalić nie sposób. Okazało się, że z fizyki lotu i obrotu samolotu wynika dokładnie to, co zostało opisane w raportach. Zgadza się to z zeznaniami świadków, którzy widzieli, jak był obrócony samolot: polski kamerzysta, Rosjanie, którzy byli w okolicy, jechali samochodem i tuż nad nimi przeleciał ten samolot. Jeżeli doszłoby do wybuchu w samolocie, nie mógłby lecieć tą trasą, którą widzieli świadkowie, nie mógłby też przyciąć drzew na takiej wysokości, pod takim kątem, nie mógłby zakończyć lotu przy takim odchyleniu od ścieżki, którą leciał początkowo, i w takim jak udokumentowany kierunku być skierowany. Hipoteza wybuchowa nie zgadza się też z płaskim ułożeniem samolotu w momencie przyziemienia ani z kształtem i rozpiętością pola szczątków.

Niech pan Macierewicz wytłumaczy, dlaczego czmychnął ze Smoleńska, a zespół pod jego przewodnictwem przez dwa lata działania nie odbył tam ani jednej misji w poszukiwaniu faktów

Drugie: dlaczego nikt nie przeżył? Samolot spadł na podmokły teren.
Każdy wypadek jest inny. Są wypadki, w których ludzie przeżywają, i takie, kiedy nie przeżywają. W Toronto pięć lat temu rozbił się samolot podczas lądowania w trudnych warunkach atmosferycznych. Wieża dawała znać pilotom, że warunki są niesłychanie ciężkie, była silna burza, kapitan przyjął to do wiadomości, lecz kontynuował lądowanie, dokładnie tak jak w Smoleńsku. Wszyscy przeżyli. No, ale samolot przyziemił na pasie nieporośniętym drzewami, nie obrócił na plecy i nie spadł, waląc sufitem w ziemię, jak to się stało w Smoleńsku. Tam sądzę, że najważniejszym elementem, który spowodował, że wszyscy zginęli, było to, że samolot spadł odwrócony. To odebrało pasażerom szansę przeżycia. Używając obliczeń komputerowych, rozważyłem najróżniejsze zachowania pilotów po wynurzeniu się z chmur pod poziomem pasa startowego. Nie znalazłem działania zdolnego zapobiec katastrofie.
Trzecia rzecz, jaką podnoszą w zespole Antoniego Macierewicza: każdy, kto był w Smoleńsku, wie, że był wybuch. Pan w Smoleńsku nie był?
Nie byłem. Znam ludzi, którzy tam byli, i nieprawdą jest, że sądzą, iż był wybuch, ani nawet, że ktokolwiek z nich tak sądzi. Był tam też pan poseł Macierewicz. Bardzo blisko katastrofy. Mógł pojechać i zobaczyć te ślady, które później widzieli inni, którzy tam byli i badali katastrofę. Pan Macierewicz z niezrozumiałych dla mnie powodów, będąc kilka kilometrów dalej, postanowił natychmiast wrócić do Warszawy, zamiast pojechać i zobaczyć to, co można było zobaczyć, powiem drastycznie, kiedy jeszcze ciała jego kolegów nie ostygły - świeże ślady katastrofy niekoniecznie w samym miejscu, gdzie leżeli zmarli, ale na przykład na ścieżce podejścia do lądowania. Potencjalnie bardzo istotne obserwacje i dowody. Niech wytłumaczy przekonująco, dlaczego stamtąd czmychnął, a zespół sejmowy pod jego przewodnictwem przez dwa lata działania nie odbył ani jednej misji do Smoleńska w poszukiwaniu faktów, jak robią to specjalne komitety Kongresu amerykańskiego. Pewien polski wojskowy, jadąc tam, miał w pierwszej chwili mocne wątpliwości; nie wiedział, co będzie sądzić po zobaczeniu śladów. Kiedy je zobaczył - wątpliwości już nie miał.

Kolejna sprawa to pancerna brzoza. Samolot nie mógł, zdaniem zespołu Macierewicza, stracić na niej skrzydła.
Są to wyniki jedynej osoby w zespole parlamentarnym, która ma kwalifikacje naukowe, żeby coś o tym wiedzieć i wypowiadać się na ten temat - prof. Binienda. Niestety, doszedł do błędnych wniosków. Dosyć łatwo to wywnioskować z jego animacji i wyników, jakie pokazuje. Przyjął zły model materiałowy brzozy. Wydaje mi się również, że przyjął zły model materiałowy aluminium i parametry skrzydła, ale to mniejszy błąd, bo o modelowaniu aluminium wiemy jednak więcej. Są lepsze, standardowe modele materiałowe aluminium w tym programie LS-DYNA, którego używa on i wielu inżynierów, już od lat, ulepszając modele aluminium, ponieważ mamy aluminiowe samoloty. Ale od dawna nie robimy już żadnych pojazdów z drewna. Modele materiałowe drewna zawarte w standardowym pakiecie do obliczeń, którego używają inżynierowie, są zbyt prymitywne, żeby oddać realia tego konkretnego wypadku. Brzoza wymodelowana przez prof. Biniendę nie przypomina dlatego w niczym brzozy, którą znamy ze zdjęć i którą badała komisja. Błędny model zaowocował tym, że wymodelowana brzoza znika dosłownie pod uderzeniem skrzydła, co powoduje, że skrzydło nie jest realistycznie obciążone i nie łamie się. Dlatego zapewne prof. Binienda dostaje bez przerwy ten sam wynik, że skrzydło przetrwa niezależnie od tego, jakie wybierze parametry. To typowy błąd, który praktycy zastosowanej metody obliczeniowej znają i wiedzą, skąd to się bierze.

Trudno uwierzyć, że utytułowany naukowiec, prof. Binienda, mógłby tak kurczowo trzymać się błędnej metody.

Wydawało mi się, że to po prostu jest typowy błąd; niektórzy ludzie robiący modele numeryczne za bardzo wierzą komputerowi. I tak mówiłem: uwierzyli komputerowi, pomylili się, nie sprawdzili, jak model pasuje do rzeczywistości opisanej w raportach, widzianej przez wielu ludzi. Teraz minął rok i nie wiem, dlaczego prof. Binienda nadal się tego trzyma. Powinien rozumieć, że jeżeli coś się nie zgadza, jeżeli jego model nie pasuje ani do ułożenia drzewa, ani położenia korony drzewa, która leżała tuż koło pnia, ani jego model nie odtwarza w najmniejszym stopniu struktury przełomu tych wielkich drzazg, które normalne drewno zawsze będzie miało, wtedy trzeba ulepszyć model, a nie rzeczywistość. Profesor próbuje ominąć rzeczywistość, twierdząc, że ktoś ją zafałszował, a rozbieżność którą otrzymał, to właśnie udowadnia. To wbrew metodologii naukowej. Również to, że ukrywa dane wejściowe do programu obliczeniowego, uniemożliwiając inżynierom weryfikację wyników.

Na świecie są rzeczy, które się filozofom nie śniły. Może było tam coś, czego nie potrafimy jeszcze zrozumieć?
Pewne rzeczy można lepiej wyjaśnić. Na przykład, moje prace wskazały, że samolot nie zmienił kursu o 3,5 stopnia na feralnej brzozie (jak proponował raport PKBWL), lecz leciał przez pewien czas prosto. To usuwa hipotezy o niezgodności punktu nr 38 w zapisie rejestratora TAWS z trajektorią samolotu. Obaliłem jedną z głównych tez zamachowych. Dlatego właśnie naukowcy powinni prowadzić prace, które wyjaśnią takie szczegóły, jakich komisje badania wypadków nie rozpatrują. Natomiast nie możemy liczyć, że stanie się tak, że przestanie działać fizyka, prawa natury, które są złamane w tych nieudolnych modelach numerycznych, jakie prezentuje zespół Macierewicza. Nie otrzymano tam zgodności z rzeczywistością, gdyż o nią nie zadbano. Można było je poprawić. Należało je poprawić. Przeprowadzić jeszcze raz i porównać oraz zaprezentować wnioski dopiero później. Zamiast tego prof. inż. Binienda paradoksalnie sądzi, że jego model jest świetny, jest "perfekt", jak mówił w pewnym wywiadzie. Nie wiem, skąd się bierze to dziwne przeświadczenie i jego motywacja, ale tak się w prawdziwej nauce nie postępuje. Ale przynajmniej on coś naprawdę liczył. Jego zespołowi koledzy sądzą, że wystarczy wygłosić wyssane z palca tezy, np. tę o wielopunktowym wybuchu.

Jak Pan wytłumaczy wyskakujące nity, które mają być dowodem na eksplozję?
Na konferencji, nazwanej pierwszą konferencją smoleńską, 22 października 2012 był referat dr. Aleksandra Olejnika z WAT, który opowiedział o tym, jak Wojskowa Akademia Techniczna spotkała się z podobnym problemem. WAT musiał reprodukować i testować strukturę wewnętrzną skrzydeł samolotów. Olejnik opisał, że w czasie badań wytrzymałościowych, kiedy obciąża się strukturę - tak jak to się dzieje w wypadkach - nadmiernie, elementy samolotu łamią się i rwą, a nity są wystrzeliwane ze skrzydła i lecą we wszystkie strony, co jest niebezpieczne dla badających. Trzeba się chować, bo potrafią się w coś wbić. Może to jest wyjaśnienie, a może coś innego, ale hipoteza, że nity są jednoznacznym dowodem wybuchu, nie jest słuszna. Podobnie jest z nieprawdziwymi stwierdzeniami eksperta Macierewicza dr. Szuladzińskiego, że duża liczba fragmentów samolotu na polu rozpadu jest dowodem wybuchów. Domysłów i koncepcji możemy proponować wiele, wśród nich nawet te najbardziej zwariowane. Ale trzeba podać dowody przemawiające za proponowaną koncepcją. I to tym mocniejsze, im bardziej szokująca jest teza. O tej zasadzie sformułowanej przez wybitnego naukowca i przejściowo ministra spraw wewnętrznych Napoleona Bonaparte, P.S. de Laplace'a, nasz minister Macierewicz zapewne nie został poinformowany.

Dowody, jakie przedstawia zespół Antoniego Macierewicza, są fałszywe?
One sensu stricto nie istnieją. Zespół Macierewicza nie przedstawił jeszcze ani jednego dowodu materialnego, ani jednego poprawnego obliczenia na potwierdzenie swych radykalnych wniosków. To, co prezentują jego eksperci, jest czczym gadaniem, nie jest też poważnym naukowym bądź technicznym argumentem.

Dla Pana wszystko w tej katastrofie jest jasne? Nie ma Pan wątpliwości, jeśli chodzi o jej przebieg, skutki?
Żadnych zasadniczych wątpliwości nie ma. Jeśli pani spyta, dlaczego ten czy tamten silnik miał tak, a nie inaczej powyginane blachy, albo dlaczego salonka nr 2 lub kawałek statecznika znalazły się w danym miejscu i stopniu rozdrobnienia - na to pytanie nie potrafię odpowiedzieć i to będzie bardzo trudne do modelowania (choć widziałem pierwsze przymiarki). Do tego brakuje np. danych o drzewach, które stały na rumowisku. Trzeba próbować, ale nie ma żadnej pewności, że wszystko w szczegółach odtworzymy. Natomiast ani przyczyny katastrofy, umiejscowione daleko przed brzozą, która odłamała część lewego skrzydła, ani przebieg tych ostatnich pięciu sekund, o jakich najchętniej mówi w kontekście teorii zamachowych zespół Macierewicza, dla mnie nie stanowią żadnych zagadek. Cała układanka ułożyła się zadziwiająco dobrze, z dokładnością kilku metrów i kilku stopni kąta. Byłem wręcz zaskoczony, jak wszystko dobrze do siebie pasuje.

Nie jest Pan zaskoczony, że tak duży procent ludzi w Polsce, zamiast ekspertom, wierzy w teorie głoszone przez zespół Macierewicza?
I tak, i nie. Trochę to pokazuje braki w edukacji. Jednak, z drugiej strony, dezorientacja jest naturalna w sytuacji, kiedy strona rządowa zrobiła przez dwa, trzy lata niesłychanie mało, żeby odpowiadać na tego typu alternatywne koncepcje i właściwie dopiero teraz zaczyna, miejmy nadzieję, podejmować konkretne kroki, choć niewystarczająco szybko. W moim mniemaniu rząd miał obowiązek zrobić to już wcześniej i szkoda, że nie docenił problemu, który urasta niemal do rangi problemu narodowego.

Profesor Binienda próbuje ominąć rzeczywistość, twierdząc, że ktoś ją zafałszował, a rozbieżność, którą otrzymał, to właśnie udowadnia. To wbrew metodologii naukowej, fizyce i wbrew prawom natury

Po dwóch latach wyszły takie sprawy jak zamiana ciał w trumnach i to, że nie było sekcji zwłok.
To zrozumiałe powody, dla których ludzie zaczynają mieć wątpliwości. Mówimy tu o błędach w procedurach dochodzeniowych i o tym, co stało się po katastrofie. Dla mnie to jednak sprawa osobna od tego, co ją spowodowało. Wątpliwości co do tego, czy to był zamach, czy katastrofa, biorą się m.in. stąd, że ludzie są non stop karmieni wersją sensacyjną, zamachami, wybuchami, przez jedną grupę polityków i stowarzyszone media, które podwoiły nakład. A z drugiej strony, czyli ze strony instytucji państwa, nie było mocnej reakcji przez tak długi czas. Dlaczego? Może to gra polityczna obu głównych partii. A podziały wśród Polaków rosną.

Panu przypięto łatkę człowieka, który pracuje na rzecz oficjalnej propagandy. Co Pan z tego ma?
Satysfakcję i nowych wspaniałych znajomych. Część ludzi w internecie, gdzie komentarze są zazwyczaj anonimowe, oskarża tych, którzy się z nimi nie zgadzają, o najstraszniejsze grzechy. Słyszałem o sobie wszystkie możliwe zarzuty; posypały się, jak ogłosiłem swoją analizę dotyczącą symulacji prof. Biniendy. W tej chwili już tak się znacznie rzadziej dzieje. Na własnym przykładzie widzę, że jeśli dostatecznie długo i racjonalnie tłumaczy się, skąd się bierze swoje wnioski, to ataki ustają. Nie mam z mojej pracy żadnych korzyści, nie jestem też agentem. (śmiech) Nawiasem mówiąc, pamiętam niepokojące doniesienia prasowe o tym, że PiS opłacał dwóch naukowców. Chciałem się dowiedzieć, co się stało w Smoleńsku. Większość celu osiągnąłem, ale nie ustaję w próbach jeszcze dokładniejszego modelowania. Chciałbym m.in. we współpracy ze specjalistami w kraju i za granicą dokonać dokładniejszego modelowania brzozy smoleńskiej i skrzydła. Używając obliczeń numerycznych wykazać, jak błędne są tezy stawiane na temat lotu urwanej końcówki skrzydła, która faktycznie przeleciała 110 m, ale według niektórych nie mogła dolecieć dalej niż 10-12 m. Mam w takich obliczeniach wiele lat praktyki zawodowej, szukam wolnej chwili, by je przeprowadzić. Przybędą też nowe zagadnienia do rozważenia, kiedy wrak wróci do kraju.

Rozmawiała Anita Czupryn

Wideo

Komentarze 52

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

E
Emeryt
przedstawił Antek Teczka Idiota? Zero dowodów. Wydumane jakieś idiotyzmy ludzi, którzy nie mają zielonego pojęcia o wypadkach lotniczych.
M
MH
Ten człowiek mówi o sobie.
c
czytacz
"Prof. Artymowicz: Zespół Macierewicza nie przedstawił żadnego dowodu. Prezentuje tylko czcze gadanie" - przepraszam, ale chciałbym się dowiedzieć gdzie można zapoznać się z dowodami jakie ma na swoje poparcie pan profesor Artymowicz? Czy istnieje jakaś jego dostępna ogólnie praca na ten temat, a jeżeli tak, to gdzie? Bardzo mnie ciekawi sposób widzenia pana profesora.
J
Jan_Pytalski
"To prawda, choć nie była to jakaś moja reakcja na znane koncepcje profesora Biniendy dotyczące niezłomnego skrzydła, bo one pojawiły się wkrótce potem" - no cóż, można mówić o "pancernej brzozie", można i o "niezłomnym skrzydle". Ale chętnie dowiedziałbym się, jakich to błędów wg. pana profesora dopuścił się prof. Binienda? Z dostępnych informacji wynika, że ani metoda którą zastosował, ani sposób przeprowadzania eksperymentu nie spotkały się z ŻADNĄ krytyką naukową (nie licząc oczywiście pana mgr. inż. Hypkiego, który jak rąbał brzozę to się zmęczył). Sądzę, żę najlepiej dochować zasad dyskusji i rzetelności naukowej i poprostu udowodnić wytykane błędy.
s
sceptyk
wystarczy prześledzić kariery aferałów i złodziei.
Do najwyższych stanowisk włącznie.
k
kaśka
W artykule wyraźnie napisano, że Paweł Artymowicz jest lotnikiem i naukowcem, czyli osobą jak najbardziej kompetentną, żeby się wypowiadać na temat tej katastrofy. A kim jest Antoni Macierewicz? Historykiem i politykiem. Dla ciebie oczywiście większym autorytetem jest ten drugi. Znaczy się, zaczadzonyś pisior.
S
Sykstus
Macierewicz czego sie nie dotknie to spi.....li lista wspólpracowników Ub, WSI do dzisiaj płacimy na wyroki sadowe za paskuda,rozwalenie osłony kontrwywiadowczej w Afganistanie naszych żołnierzy wczoraj znowu zaczął sie proces od nowa Smoleńsk a najgorsze to że wciska ludowi ciemnotę jak sobie życzył Kurski
31 węzłowy Burke
A wnioski sami wyciągniemy. Ale Laska tego się boi. Dlaczego ?
j
janusz
Tak-to wina pilotow zwłaszcza że kolejny "ekspert"R.Sikorski zaraz po katastrofie też tak stwierdził...
j
janusz
Tak-to wina pilotow zwłaszcza że kolejny "ekspert"R.Sikorski zaraz po katastrofie też tak stwierdził...
j
janusz
Tak-to wina pilotow zwłaszcza że kolejny "ekspert"R.Sikorski zaraz po katastrofie też tak stwierdził...
j
janusz
Tak-to wina pilotow zwłaszcza że kolejny "ekspert"R.Sikorski zaraz po katastrofie też tak stwierdził...
j
janusz
Tak-to wina pilotow zwłaszcza że kolejny "ekspert"R.Sikorski zaraz po katastrofie też tak stwierdził...
j
janusz
Tak-to wina pilotow zwłaszcza że kolejny "ekspert"R.Sikorski zaraz po katastrofie też tak stwierdził...
j
janusz
Tak-to wina pilotow zwłaszcza że kolejny "ekspert"R.Sikorski zaraz po katastrofie też tak stwierdził...
Dodaj ogłoszenie