Prof. Andrzej Zybertowicz: Grozi nam załamanie demokracji i triumf autorytaryzmu [WYWIAD]

Agaton Koziński
Prof. Andrzej Zybertowicz -  socjolog Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu. Doradca prezydenta Andrzeja Dudy i szefa BBN Pawła Solocha. Autor wielu książek, w tym „W uścisku tajnych służb. Upadek komunizmu i układ postnomenklaturowy”, „III RP: kulisy systemu”
Prof. Andrzej Zybertowicz - socjolog Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu. Doradca prezydenta Andrzeja Dudy i szefa BBN Pawła Solocha. Autor wielu książek, w tym „W uścisku tajnych służb. Upadek komunizmu i układ postnomenklaturowy”, „III RP: kulisy systemu” Bartek Syta
Świat gwałtownie zmieniają cztery procesy: globalizacja, zmiany technologiczne, nadprodukcja informacji i zmiany około dżenderowe. Bez zahamowania tych procesów grozi nam koniec demokracji - mówi prof. Andrzej Zybertowicz.

„Szczyt NATO w Warszawie okazał się wielkim sukcesem” - ile w tym zdaniu opisu rzeczywistości, a ile politycznego PR-u?
Miejmy nadzieję, że najpewniejszego z testów, czyli potrzeby militarnego reagowania, nie będzie. Swoją drogą, jeśli do poważnego testu nie dojdzie, może to znaczyć, że czynnik odstraszania - a taką rolę miał ten szczyt także pełnić - działa.

Tyle, że ustalenia szczytu dotyczyły jednak klasycznych form działań militarnych, gdy tymczasem formy zagrożeń się zmieniają. Pojawiają się zagrożenia hybrydowe, przemoc symboliczna, wojna informacyjna. NATO umie także na nie zareagować?
Ale w istocie ten szczyt był kontrofensywą NATO także w wojnie hybrydowej. Prowadzi się ją, żeby osłabić wolę oporu przeciwnika, a nawet pozbawić go możliwości oporu. Rosja tak postąpiła na Krymie i przy ataku na wschodnią Ukrainę. W reakcji na to doszło do szczytu Sojuszu w Newport. Tam dużo mówiono o podwyższeniu gotowości NATO do reagowania na różnego rodzaju zagrożenia. Tyle, że to była gotowość głównie papierowa.

W Newport powstał projekt stworzenia „szpicy”, czyli grupy wojsk NATO gotowych do szybkiego przesunięcia w przypadku konfliktu. Jednak szybko okazało się, że przerzut jej na wschodnią flankę jest technicznie niemożliwy.
Szczyt w Newport uświadomił pewną wcześniejszą niezborność Paktu - w sumie zrozumiałą po tylu latach pokoju - dlatego po dokonaniu przeglądu podjęto pierwsze kroki w kierunku kontrofensywy. Przełomowe pod tym względem było lutowe posiedzenie ministrów obrony krajów NATO w Brukseli.

Na nim przyjęto decyzje, które formalnie zostały zatwierdzone podczas warszawskiego szczytu.
Tak, wtedy ustalono, że Sojusz będzie stosował doktrynę odstraszania w praktyce i w tym celu zdecydowano rozmieścić cztery samodzielne grupy batalionowe na terenie wschodniej flanki. Ale do tego by nie doszło, gdyby nie rozpoczęto kontrofensywy informacyjnej wobec Rosji. Przecież w czasie aneksji Krymu Zachód był całkowicie bierny, kompletnie nie wiedział, jak się w tej sytuacji odnaleźć.

Warszawski Szczyt NATO zakończył rozlazłość Sojuszu. I oznacza koniec rozlazłości kontrwywiadu

Po dłuższych dyskusjach zdecydował się wprowadzić sankcje gospodarcze.
Dopiero w ostatnich miesiącach opinia publiczna i elity Zachodu przestały w kółko powtarzać: nie możemy sobie pozwolić na drażnienie Rosji. Nastąpił wyraźny odwrót od formuły „business as usual”. I w NATO, i w Unii powołano specjalne komórki do walki z rosyjską wojną informacyjną, bowiem Zachód uświadomił sobie, że wcześniej w tej wojnie przegrywał. Szczyt NATO na szczeblu politycznym dopiął tę kontrofensywę.

Ale podczas tego samego szczytu - jak podał „Financial Times” - premier Grecji otwarcie mówił, że nie należy eskalować i że trzeba wrócić do dialogu z Rosją. Miesiąc temu Rosjanie bili się na ulicach Marsylii, zachowywali się jak oddział specjalny działający na tyłach wroga. Czy na tego typu zagrożenia NATO też znajduje odpowiedź?
We Francji regularnie występują niepokoje społeczne, przez lata prorosyjskie lobby biznesowe i kulturowe w tym kraju były silne, a kampanie dezinformujące przynosiły efekty już od czasów zimnej wojny. Na to jeszcze nakładają się niskie notowania francuskiego prezydenta osłabiającego jego pozycję. Rosjanie zawsze korzystają ze słabości drugiej strony.

NATO skupia się na przesmyku suwalskim, podczas gdy Rosja skupia się na takich działaniach jak te w Marsylii, czy przemoc symboliczna w stylu Nocnych Wilków jeżdżących po Polsce.
Nie zapominajmy o jednym - wojna hybrydowa może przynosić pewne efekty, ale w ostatecznym rozrachunku decydują czołgi i samoloty, nie nawet najbardziej skuteczna dezinformacja. Rozstrzyga zdolność do powstrzymania i odparcia uderzenia, jak to się dziś mówi, kinetycznego. Dlatego właśnie kwestia obrony przesmyku jest tak ważna. Rosjanie mogą robić zadymy we Francji, albo nawet w Hiszpanii, Portugalii, ale jeśli nie wyjdą poza takie operacje, to wiele nie zyskają. Definicje wojny hybrydowej są dość szerokie.
Bo i możliwości tego typu działań są ogromne.
Jedna z definicji mówi, że jest ona prowadzona w taki sposób, aby nie można było łatwo ustalić, kto i dlaczego podejmuje działania zaczepne, by nie było jasne, czy w ogóle mamy do czynienia z agresją. Weźmy skrajny przykład: zabójstwo polityka. Gdy padnie on ofiarą zamachu, od razu widać czyjeś sprawstwo. Próbuje się ustalić autorstwo zamachu i motywacje. Ale jeśli zginie w wypadku? Pojawia się duże pole niejasności, czy rzeczywiście doszło do nieszczęśliwego splotu okoliczności, czy też ktoś ów wypadek zaaranżował.

Tak jest w przypadku okoliczności śmierci generała Sikorskiego w Gibraltarze.
Albo Marka Karpia, byłego dyrektora Ośrodka Studiów Wschodnich. W takiej sytuacji natychmiast z jednej strony mogą pojawić się dzikie teorie spiskowe, z drugiej lęk i poczucie bezradności.

Dyskusje o tym, kto kierował ciężarówką, która uderzyła w samochód Marka Karpia, trwają do dzisiaj.
Na tym właśnie polega istota posunięć w ramach wojny hybrydowej. Ona wytwarza duże pole niejasności, co sprawia, że trudno jest uznać, w którym momencie należy zdecydowanie się przeciwstawiać; i komu właściwie? W tym kontekście warto podkreślić jedną z decyzji szczytu, która mówi, że cyberprzestrzeń także będzie broniona przez NATO - podobnie jak inne przestrzenie Sojuszu. Od tego szczytu może się zdarzyć tak, że agresja w cyberprzestrzeni będzie wyczerpywać warunki artykułu 5. Traktatu Północnoatlantyckiego. Ma to służyć zawężeniu swobody manewru w wojnie hybrydowej.

Ostatnie lata pokazały, że Rosjanie potrafią prowadzić wojnę hybrydową wychodząc poza wszelkie schematy, czym skutecznie zaskakują NATO. Czy Sojusz jest w stanie reagować na taką nieschematyczną formę agresji?
Od dawna kreatywność Rosji idzie w kierunku działań agenturalno-manipulacyjych - pod względem rozwoju gospodarczego nie radzą sobie całkowicie. Odpowiedzią na takie zagrożenia musi być właściwa polityka. Jeśli jakaś władza określa warunki ramowe swego działania, deklarując, że celem jest utrzymanie standardu „ciepłej wody w kranie”, to nawet takie posunięcia jak Nocne Wilki mogą stać się niebezpieczne. Ale jeśli władza deklaruje gotowość zdecydowanego działania, to niektóre zagrożenia w ogóle się nie rozwiną - bowiem od samego początku następuje zdecydowana kontrakcja.

Nocnych Wilków do Polski jako pierwszy nie wpuścił Grzegorz Schetyna, gdy był ministrem spraw zagranicznych.
A teraz NATO patrzy na tego typu zagrożenia coraz bardziej całościowo. Wysyła w ten sposób jasny komunikat: starych metod już nie powtórzycie z takim powodzeniem, musicie wymyślić coś nowego, aby nas zaskoczyć.

Czy NATO będzie umiało zareagować, gdy Rosja znów zaskoczy nieszablonowym ruchem?
Do niedawna Sojusz słabo pojmował naturę systemu władzy panującego w Rosji. Pod tym względem Polska bardzo wyraźnie różni się od Zachodu. My z powodu słowiańskiej bliskości i długich związków historycznych lepiej rozumiemy, jaka jest dynamika rosyjskiego systemu, jesteśmy niejako naturalnymi ekspertami od niego. Dlatego Polska powinna wykreować na Zachodzie nasze autorytety od Rosji. Dziś w naszym kraju tłumaczymy i wydajemy książki zachodnich ekspertów i powołujemy się na nie. Powinno być odwrotnie.

Myśli Pan o tym, by wypromować prof. Andrzeja Nowaka na znanego na całym świecie specjalistę od Rosji?
To jeden z przykładów. Generalnie zależy nam na tym, żeby na świecie ugruntowała się opinia, że w Polsce są autentyczni znawcy tematu, po których opinie warto sięgać. Należy planowo tak ich promować, by stali się międzynarodowymi autorytetami. Do tej pory tego nie robiono, tymczasem Polacy mają unikalną w skali świata kompetencję w zrozumieniu tego, co się dzieje w Moskwie. Tak jak Polacy przez długi czas mieli w tajnych służbach USA zasłużoną opinię specjalistów od krajów Bliskiego Wschodu - co było efektem dobrze rozwiniętej tam siatki wywiadowczej jeszcze w czasach PRL.
Efektem tego była choćby Operacja Samum w Iraku w 1990 r.
Tak. Chodzi o to, żeby teraz Polska zdobyła na świecie opinię znawcy tematyki rosyjskiej. Byśmy obraz Polaków-Rusofobów, zastąpili reputacją Polaków ekspertów od strefy post-sowieckiej. W Rosji trudno jest prowadzić operacje penetracyjne - ale akurat Polakom może to przyjść łatwiej niż Amerykanom, czy Francuzom. Mam również nadzieję, że w ciągu kilku lat zbudujemy wspólnotę analityczną, która będzie komunikować Zachodowi bieg spraw w państwach na wschód od Polski. Zajmować się tym będzie właśnie tworzone nowe Centrum Badań nad Bezpieczeństwem w Akademii Sztuki Wojennej (dawnej Akademii Obrony Narodowej - przyp. red.).

Jakiej reakcji na szczyt NATO spodziewa się Pan ze strony Rosji?
Podejrzewam, że będzie tak jak zwykle w podobnych sytuacjach: na poziomie retoryki publicznej będą dość agresywni, natomiast na poziomie konkretnych ustaleń operacyjnych będą zachowywać się pragmatycznie.

Czyli nie wyjdą poza ostre komunikaty?
Na początku raczej nie. Choć trzeba uwzględniać to, że spora część elit rosyjskich padła ofiarą własnej propagandy uprawianej jeszcze od czasów komunizmu. Im się naprawdę wydaje, że NATO planuje zaatakować Rosję - w połowie lat 80. minionego stulecia uznano, że Sojusz planuje prewencyjne uderzenie na Układ Warszawski - i myślą nadal w takich kategoriach. Tymczasem NATO rozumuje w innych kategoriach: „ma wyzwania, nie ma wrogów” - jak powiedział Andrzej Duda w czasie szczytu. To oznacza, że Sojusz tworzy system odstraszania, ale nie definiuje wroga, którego chciałby zniszczyć.

NATO to organizacja świata zachodniego - zdefiniowana wąsko, obejmująca tylko kwestie związane z obronnością, polityką zagraniczną. Jaki wpływ na nią będzie mieć poważny, szeroko się rozlewający kryzys polityczno-cywilizacyjny Zachodu?
Rzeczywiście, zagrożeń widać sporo. Sądzę jednak, że każde z nich samo w sobie, pojedynczo nie jest dramatycznym problemem - nawet Brexit nie jest zagrożeniem, z którym Europa nie jest w stanie się uporać. Do poważnego kryzysu dochodzi dopiero wtedy, gdy wiele zagrożeń zbiega się w jednym czasie. W takiej sytuacji dochodzi do przeciążenia informacyjnego, by tak rzec, przebodźcowania sytemu społecznego, z którym elity UE mogą sobie nie poradzić.

To jest nie tyle kwestia przeciążenia, co decyzyjności. Zachodowi grozi sytuacja, w której do władzy dojdzie grupa populistycznych polityków - nie przygotowanych do radzenia sobie z tak złożonymi problemami.
Niedecyzyjność lub marna decyzyjność jest pochodną przeciążenia informacyjnego. Każdy system może się załamać w sytuacji przeciążenia - a w dzisiejszych warunkach system przekazu (narracyjny) można łatwiej zadławić niż osłabić psychicznie silnego przywódcę politycznego. Dam teraz przykład z polskiego politycznego podwórka.

Takie przykłady są zawsze najlepsze.
W Polsce właśnie wchodzą w życie dwie zmiany, które niepokoją sporo osób - mówię o ustawie antyterrorystycznej oraz ponownym „podpięciu” prokuratury generalnej pod ministra sprawiedliwości. Można na nie patrzeć przez pryzmat zagrożeń praw obywatelskich - na świecie są przykłady pokazujące, że nadmierna koncentracja władzy bywa ryzykowna. Ale można też na to spojrzeć jako na element konsolidacji polskiego państwa w obliczu zagrożeń, które mogą się niekorzystnie skumulować. Nasze, tzw. środowisko bezpieczeństwa w ostatnich latach bardzo się popsuło: niekontrolowane migracje, terroryzm, kłopoty ze strefą euro, groźba Grexitu.
Mamy już Brexit, który może mieć mocno degradujący wpływ na sytuację w Europie. A w kolejce już czekają populiści w Austrii, Holandii, Francji.
W takiej sytuacji lepiej jest, gdy nasze państwo konsoliduje swoje instrumenty działania, niż żeby funkcjonowało jako zbiór luźno rozrzuconych różnych korporacji sektorowych. W taki sposób system władzy w Polsce układała Platforma - i ta jej systemowa słabość, paradoksalnie, była źródłem aż ośmiu lat ich rządów. Donald Tusk nie interesował się ani armią, ani służbami, korporacją prawniczą, ani spółkami skarbu państwa. Uznał, że one się będą same rządzić - gdy tymczasem częściowo się degradowały.

Ale też Polska nie jest samotną wyspą - jeśli Europa się rozchwieje, to nawet skonsolidowana władza w kraju nie będzie w stanie zapanować nad sytuacją.
Europa potrafi przechodzić przez kryzysy. Dowiodła tego wiele razy - choćby wtedy, gdy Francuzi i Holendrzy odrzucili projekt eurokonstytucji w 2005 r., czy gdy Irlandczycy nie zgodzili się przyjąć traktatu lizbońskiego w 2008 r. Podobnych sytuacji w historii UE było niemało. Tak samo Brexit nie musi być tak wielkim wstrząsem, jak głoszą niektórzy.

Za każdym razem były to pojedyncze zdarzenia, takie bąble na gładkiej tafli jeziora. Tymczasem Brexit pojawia się w sytuacji, gdy jezioro przestało być spokojne.
Owszem, wcześniej nie było takiej kumulacji niekorzystnych zjawisk. To efekt tego, że mamy coraz więcej problemów z demokracją właściwie w całym świecie zachodnim. Demokracja wtedy działa prawidłowo, gdy wyborcy rozumieją świat, w którym żyją. Wtedy ich głosy się uśredniają w racjonalne reagowanie na wyzwania. Tymczasem dziś obserwujemy cztery nakładające się na siebie procesy, które sprawiają, że wyborcy nie są już dłużej w stanie przy urnie podejmować racjonalnych decyzji.

Jakie procesy ma Pan na myśli?
Po pierwsze, globalizacja. Teraz inwestor na giełdzie w Tokio może decydować o losach całych branż w Afryce - a ten człowiek w Japonii nawet nie widzi, jakie efekty przynosi jego działanie. Po drugie, szybka zmiana technologiczna, która sprawia, że cały czas musimy szybko się uczyć nowych narzędzi, których zasad działania nie pojmujemy. Po trzecie, przeciążenie informacyjne. Ciągły dostęp do internetu sprawia, że odbiór wiadomości jest szybszy niż kiedykolwiek wcześniej i skokowo powiększyła się liczba źródeł tworzących informacje. Rodzi się zgiełk informacyjny, który utrudnia dokonywanie sensownych wyborów. Wbrew obietnicom wcale nie jest łatwiej ustalić, który polityk kłamie, a który nie - właśnie z powodu tego info przeciążenia, gdyż bardzo trudno dokopać się do prawdy.

Donald Tusk trafnie skomentował, że dziś kłamstwo w polityce stało się potężnym narzędziem używanym bardzo powszechnie.
Wie, co mówi. I czwarty proces - zmiany około dżenderowe, które sprawiają, że stałe układy odniesienia, stare tożsamości drżą w posadach. Niedawno znajomy mi opowiadał, że jego syn, studiujący w Australii, zastanawiał się, jaką właściwie tożsamość chce wybrać, czy woli być kobietą, mężczyzną, czy transem etc. Łącznie procesy te wytwarzają głęboką dezorientację wyborców - a w takiej sytuacji najłatwiej odnajdują się populiści. Bez spowolnienia tych czterech procesów, demokracja może tego nie wytrzymać. Zacznie triumfować autorytaryzm.

Nie widzę polityków w Europie, którzy widzą problem w ten sposób.
Mądrze powiedziała Madeleine Albright podczas wystąpienia przy okazji szczytu w Warszawie. Cytuję z pamięci: „Możemy nie cenić Donalda Trumpa, ale nie wolno nam ignorować ludzi, którzy go popierają”. Możemy się wkurzać na tych, co głosowali za Brexitem, ale nie możemy nie zauważać przyczyn, którego do takiego głosowania ich skłoniły. Elity powinny zacząć słuchać głosu rozsądku Albright. Ktoś taki jak grupa Bilderberg - bo zdaje się, że to oni mają pewne klucze do decyzji na świecie - powinien zrozumieć, że należy zahamować te cztery procesy, które zmieniają świat nazbyt gwałtownie.
Na razie mam wrażenie, że elity polityczne skupiają się tylko na upychaniu rzeczywistości do ram, które sprawdzały się 10 lat temu. Nie dostosowują się do współczesności.
Tak, nie tylko wyborcy nie rozumieją nowej rzeczywistości, ale także sami rządzący. Świat przestał być przejrzysty, choćby dlatego, że trudno ocenić, który z licznych procesów zmian będzie wiodącym. Z tej pułapki można jednak wyjść, tylko jak najwcześniej trzeba o tym rozmawiać. Albo czeka nas Wielkie Spowolnienie, albo kres demokracji. Tymczasem proszę zobaczyć, co się stało na przykład z mediami w Niemczech. One z powodu politycznej poprawności przestały reagować na sytuacje groźne, nie są już czujnikiem ostrzegającym przed problemami - a taką rolę media powinny odgrywać. Ale już w naszej części regionu chyba wygląda to inaczej. I w mediach, i wśród polityków, którzy mają świadomość, że w Europie potrzebne są zmiany, gdyż obecny model rozwoju się wyczerpał.

Ciągle o tym słyszę, że nasza część Europy jest inna, lepsza - ale jakoś nie widzę dźwigni, za pomocą której mogłaby ona zmienić Zachód.
Bo musimy się nauczyć stosować różnego rodzaju narzędzia, pozwalające promować nasz punkt widzenia.

Właśnie wróciłem z Bratysławy. W tamtejszym hotelu dla gości były wyłożone tylko niemieckie dzienniki.
Niemcy umiejętnie prowadzą swoją politykę kulturalną oplatania naszego regionu swoimi instytucjami. My jeszcze tego nie potrafimy. Przecież nawet nie ma infrastruktury transportowej na linii Bałtyk-Morze Czarne, czy Bałtyk-Adriatyk. Ale ten region ma duży potencjał, tylko trzeba go uruchomić, także poprzez budowę potrzebnej infrastruktury.

Wcześniej wspomniał Pan o potrzebie konsolidacji władzy. Bardzo ostro atakuje Was za to Jadwiga Staniszkis, twierdząc, że Wasz obóz kompletnie nie rozumie nowoczesnej, usieciowionej koncepcji władzy i próbujecie jej przeciwstawić hierarchiczny model rządów. Archaiczny i - by sięgnąć po słowa Staniszkis - „bolszewicki”.
Obserwacja Jadwigi Staniszkis jest ahistoryczna. Na tworzenie sieci władzy może sobie pozwolić bogaty, który wie, że w tej sieci jego pozycja i tak będzie dominująca. Hegemon w postaci Niemiec może głosić, że sieciowość to najlepszy system władzy - bo on wie, że kluczowe zasoby finansowe, najważniejsze decyzje o alokacji zasobów i tak są w gestii Berlina. Mając wcześniej gwarancję pełnej kontroli nad całą hierarchią władzy, można sobie pozwolić na sieć.

Czyli w Europie władza nie jest usieciowiona? To pozór?
Nie, oczywiście, że taka sieć władzy istnieje. Ale proszę zobaczyć, jak ta euro-sieć reaguje, gdy tylko pojawia się zagrożenie. Choćby sytuacja z polskimi kierowcami w UE. Polskie firmy spedycyjne bardzo dobrze sobie radzą na rynku europejskim, w związku z tym duże kraje Unii uruchamiają hierarchiczne struktury i za pomocą nowych regulacji prawnych chcą ograniczyć konkurencję ze strony naszych przewoźników.

Regulacje Francji i Niemiec wymierzone w polskich kierowców stoją w sprzeczności z unijną swobodą przepływu ludzi i usług. Podobne zgrzyty wewnątrz UE widać co chwila. Widzi Pan jakąś naturalną tamę, które by zatrzymała coraz bardziej rozsypujący się Zachód?
Taką ramą może okazać się właśnie NATO. Sojusz może zahamować to rozsypywanie się Zachodniej Europy. Napięcie w stosunkach z Rosją już przyczyniło się do rewitalizacji Sojuszu - a teraz on może się okazać sposobem na odnowę Unii.

Unii podmywanej przez populistyczne partie, które w większości utrzymują bliskie relacje z Kremlem.
Rosyjskie sukcesy w wojnie informacyjnej brały się stąd, że zachodnie służby kontrwywiadowcze bardzo osłabły. Ukierunkowano je głównie na zwalczanie terroryzmu, a nie na zwalczanie rosyjskiej i azjatyckiej agentury wpływu. Warszawski szczyt przypieczętował koniec rozlazłości NATO. Powinno to oznaczać także koniec rozlazłości służb kontrwywiadowczych krajów, które do Sojuszu należą. A w dłużej perspektywie także klęskę partii populistycznych w Europie.

FLESZ: Kiedy będzie wiosna? Zwierzęta dają sygnały.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 13

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

s
skrzekot

ma rację jak się pomyli

G
Gabriel

Ciemnota przez Ciebie przemawia, z pewnością nawet nie rozumiesz kodo należy uważać za lewaka ?

G
Gabriel

Pan Prof. zatrudniony w Kancelarii Prezydenta aby dobrze doradzać i tego się Pan Prof. podjął ?
Obecnie straszy Pan nas, że pożegnamy się z demokracją ?

R
Radwan

Toż czemu nie pójść w stronę demokracji bezpośredniej ?! Ci którzy poszli, dobrze lądują...

G
Gość

to najwieksi zbrodniarze i wrogowie ludzkości.
Nieważne czy są Nowocześni czy zaKODowani czy tylko POtłuczeni. Wszyscy poiwinni być zniszczeni

r
rymera

Z ostatnim zdaniem zgadzam sie prawie w pelni ( koniec parti populistycznych w Europie ) czyli PiS-u ,lepiej szybciej jak dluzej.

G
Gość

Jeśli ten głos zawsze ma ojciec, wówczas jest wyłącznie despotyzm, który nie ma z demokracją nic wspólnego.
Czy komisarzy Unii powinni w demokracji wybierać koleżki, czy tylko wyborcy... No więc, panie profesorze, pańska
demokracja, i pomimo szacunku do pana, jest wprost utopią i takąż filozofią. Przewodnik stada decyduje co jest dla stada właściwym, a nie konsylium filozofów. Jeśli przewodnik, szef firmy, postępują niewłaściwie, ginie stado i firma

p
podatnik

Demokrację w PRL'u bis miał wprowadzać prezydent Duda ale tego nie robi! Tak więc nie może nastąpić załamanie czegoś, czego nie ma!

w
wasz moralny budzik

Każdy imam, klecha i rabin to zło wcielone!
Zdelegalizować każdą sektę (religię)!

C
Ciekawy

Dość spójna analiza tylko jakie będą z tego wnioski? Piłsudski-bis? Nie ten wymiar postaci i nie te czasy...

K
Karolina

A nie kolektywne decyzje i takaż,rozmydlona odpowiedzialność. Naczelnik też nie mógł poradzić sobie z identycznym partyjniactwem,rozdrapywaniem państwa. Dopiero przy pomocy dekretów i wzięciu lewactwa z endecją za pysk wyprowadził Kraj na prostą. Jeden z nich traktujący korupcję, malwersacje jako sabotaż i zbrodnię na krwioobiegu państwa zagrożony najcięższymi karami z KS włącznie,przepadkiem mienia i praw publicznych odstraszał jako paragraf przez całą komunę afera mięsna/. Dopiero transformatory znieśli go razem z karą śmierci mając w perspektywie bezkarne dojenie budżetu gdzie i jak się da.

g
gość

Panie profesorze, nie ma obawy; nie grozi nam, NIEZAISTNIAŁA NIGDY demokracja, więc nie musimy się martwić o jej koniec. Nie ma obawy!

Co to, według pana, jest demokracja?

Czy demokracja, to ustrój, w którym NIC do powiedzenia nie mają TYLKO ci, którzy są większością tego świata, czy jakiegoś państwa?

Jaka "klasa" ludności świata i Polski stanowi większość? Czy, zdaniem pana, są to wszelkie MOŻNE "elity" tego świata i Polski, czy raczej są to ci, którzy tę ZAMOŻNOŚĆ, tych "elit" WYPRACOWUJĄ ciężką pracą?

Sam pan widzi, że o koniec demokracji nie musimy się martwić, bo, "NA SZCZĘŚCIE", KONIEC ŚWIATA nie dopuści nigdy do jej zaistnienia!

A
Administrator

To jest wątek dotyczący artykułu Prof. Andrzej Zybertowicz: Grozi nam załamanie demokracji i triumf autorytaryzmu [WYWIAD]

A
Amerykanin

i znowu pan profesor ma rację, szkoda tylko że służy polskiemu napoleonowi

Dodaj ogłoszenie