reklama

Prawdziwi bohaterowie walczyli w przegranej sprawie

Maciej DomagałaZaktualizowano 
Mateusz Wróblewski/POLSKA
Z prof. Pawłem Wieczorkiewiczem, historykiem, o sensie powstania warszawskiego, rozmawia Maciej Domagała


Uważa Pan, że powstanie warszawskie nie miało sensu. Dlaczego?

Powstanie było największą tragedią i klęską w najnowszej historii Polski. Nie osiągnięto żadnych celów, a skutki ogromnych strat odczuwamy do dzisiaj.

Czy powstanie nie było jedynym wyjściem w tamtej sytuacji?
Możliwy był inny scenariusz, o którym z resztą część dowódców AK mówiła. Mianowicie wystąpienie przeciwko Niemcom w momencie, kiedy pierwsze sowieckie czołgi przejadą mosty na Wiśle, a wojska sowieckie będą wkraczać do Warszawy. Wtedy sytuacja byłaby dość trudna, ale Józef Stalin prawdopodobnie nie odważyłby się utopić całej stolicy we krwi i zagnać akowców do łagrów, powtarzając scenariusze Wilna i Lwowa.

Czyli, Pańskim zdaniem, powstanie wybuchło zbyt wcześnie. Dowódca AK, gen. Tadeusz "Bór" Komorowski obawiał się, że po natarciu Sowietów będzie już za późno. Wojska niemieckie skoncentrują siły na zachodnim brzegu Wisły, udaremniając szanse skutecznej walki powstańców.
Tak, ale przy siłach, którymi dysponowała AK, skuteczna walka z Niemcami była możliwa przez 1-2 dni. Nie dłużej. Dlatego trzeba było ją wywoływać dopiero, kiedy Sowieci byli już na drugim brzegu Wisły - inny moment nie miałby sensu. Data 1 sierpnia była natomiast czystym awanturnictwem.
Czy można było w ogóle uniknąć powstania?
Tak, istniał drugi scenariusz. Zakładał powstrzymanie się od powstania i przyjęcie armii sowieckiej z pozycji gospodarza. Czy wówczas mielibyśmy proces szesnastu, czy tak łatwo i gładko aresztowano by przywódców powstania? Czy Sowietów stać byłoby na wszczęcie walki z sojusznikami w Warszawie? Śmiem wątpić.

W 1944 roku Sowieci nie wahali się użyć przemocy na Kresach. Dlaczego nie powtórzyliby podobnego scenariusza w Warszawie?
Warszawa była stolicą przyszłej Polski, a miasta na Kresach zostały utemperowane przez Sowietów w 1939 roku, uważali je za swoje. Warszawy nie można było zamknąć przed korespondentami z Zachodu. Represje odbywałyby się więc na oczach świata. Z całą sympatią dla Wilna i Lwowa - te miasta były daleką europejską prowincją. Natomiast Warszawa była już sercem Europy.

I Stalin rzeczywiście przejąłby się opinią światową?
Nie miałby wyjścia. Był jeszcze w dalszym ciągu bardzo zależny od opinii światowej. Bez angielskich i amerykańskich dostaw, bardzo trudno byłoby mu skończyć wojnę.

Czy powstanie nie wybuchłoby samoistnie, nawet bez zgody dowódców?
Ta opinia jest absolutnie nieprawdziwa. Rozmawiając z prawdziwymi kombatantami AK, wielokrotnie zadawałem to pytanie i za każdym razem słyszałem odpowiedź: byliśmy żołnierzami. Gdyby padł rozkaz "nie strzelać", to zaciskalibyśmy zęby i nie strzelali.

Co z komunistami? Mogli zacząć powstanie pierwsi, wykorzystując nastroje społeczne.

Rzeczywiście, takiego wariantu obawiał się "Bór" Komorowski. Tylko, że komuniści nie mieli praktycznie siły i ich wystąpienie Niemcy stłumiliby w pół dnia.

Dla AK nie było szansy na porozumienie ze Stalinem i wspólną walkę z Niemcami?
Powstanie miało być argumentem przetargowym w rozmowach ze Stalinem. Tylko, że tym argumentem Stalin zupełnie się nie przejął, z czego nie zdawali sobie sprawy przywódcy polityczni, czyli otoczenie gen. "Bora" Komorowskiego i Stanisława Mikołajczyka. Szef rządu ponosi ogromną odpowiedzialność za klęskę, ponieważ pozwolił dowódcom w kraju podejmować samodzielnie decyzję o wybuchu Powstania. Stosunkowo najmniejszą winę ponosi Komorowski, ponieważ działał pod ogromnym wpływem generałów Leopolda Okulickiego i Tadeusza Pełczyńskiego. Duża część oficerów protestowała do samego końca.

W tym okresie łączność była bardzo utrudniona. Czy przywódcy powstania mieli pełną świadomość sytuacji?
Nie. Powstanie wybuchło 1. sierpnia dlatego, że na naradę sztabową dowództwa AK ktoś przyniósł niesprawdzony meldunek, że czołgi sowieckie pojawiły się na Pradze. To był jeden meldunek. Było pełno możliwości sprawdzenia tych doniesień i dowódcy wojskowi, którzy na podstawie plotki podejmują kluczową decyzje strategiczną dyskwalifikują się jako oficerowie sztabowi. W dowództwie panowała atmosfera histerii i naty-chmiastowej walki za wszelką cenę, którą to atmosferę wprowa-dzali Okulicki i Pełczyński. Taje-mnicza jest tu rola gen. Okulickiego. Przybył do Polski z rozkazem Naczelnego Wodza Kazimierza Sosnkowskiego, żeby za wszelką cenę nie dopuścić do wybuchu powstania w Warszawie, ale zrobił dokładnie na odwrót. Sprzeniewierzył się rozkazom. W armii, w normalnej sytuacji za takie zachowanie grozi sąd wojenny. Rola Okulickiego jest tu przedziwna i nie umiem wyjaśnić jego zachowania.

Dlaczego Naczelny Wódz nie chciał dopuścić do powstania?

Przede wszystkim nie było czym walczyć. Uzbrojenie z Warszawy poszło na Kresy. Wprost nieprawdopodobne, że z taką ilością broni podjęto decyzję o rozpoczęciu walk. Jeżeli już nawet przyjmiemy tak, jak twierdził gen. Pełczyński, że trzeba było przelać krew, bo ta krew oczyści naród i stworzy symbol polskich Termopili, to pod Termopilami spartański wódz Leonidas poległ. Generałowie Okulicki i Pełczyński, zamiast siedzieć w bunkrach, powinni walczyć. Gdyby zginęli - od niemieckiej kuli lub z własnej ręki - można by patrzyć na nich w innych kategoriach. Nie jak na ludzi, którzy są winni największej polskiej klęski w XX w.

Może to dyplomaci, a nie dowódcy są winni klęski? W końcu upadek powstania spowodowany był postawą Sowietów, których nie przekonano do współdziałania.

Zawiodła zarówno dyplomacja jak i strategia. Za decyzje o powstaniu nie odpowiadają szeregowi żołnierze AK. Za cenę życia starali się spełnić niewykonalne rozkazy. Z kijami, bez broni, biegli na niemieckie karabiny maszynowe. Człowiekiem, który zachował zimną krew był gen. Sosnkowski, który do końca sprzeciwiał się powstaniu. Gen. Anders określił na gorąco powstanie jako "zbrodnicze szaleństwo".

Bardzo krytycznie ocenia Pan decyzję o wybuchu powstania. Jak przyjmują takie słowa kombatanci?
Cała moja najbliższa rodzina uczestniczyła w powstaniu. Żyje jeszcze moja przyrodnia siostra, która walczyła jako snajperka na barykadach i jest jedna rzecz, która zawsze mnie bardzo porusza.
Dla ludzi, którzy przeżyli 63 dni Powstania, są to najważniejsze dni w życiu. Nic ważniejszego ich później nie spotkało. Ta erupcja bohaterstwa okaleczyła ich na całe życie.

I nigdy nie usłyszał pan od nich złego słowa?
Gdy rozmawiam z żołnierzami, którzy walczyli na barykadach, a nie przesiedzieli Powstanie w kuchniach polowych, to moje poglądy - krytyczne wobec samej idei - znajdują u nich poparcie. A nawet jeżeli nie, to możliwa jest merytoryczna dyskusja.

Nie umniejsza Pan bohaterstwa tych ludzi?

Nie. Postawa dowództwa spowodowała, że walczyli w przegranej sprawie. Co nie zmienia faktu, że byli prawdziwymi bohaterami.

Flesz - nowi marszałkowie Sejmu i Senatu, sukces opozycji

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 2

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gumba

Młodzi zawsze rwą się do bitki. Zadaniem dorosłych jest powstrzymać i ukierunkować nadmiar energii młodych. W każdych warunkach. Nie dopuścić do masakry. Dziś młodzi biją się na stadionach. Może to i lepiej.

Z
Zofia

by zaspokoić kompleksy dowódców AK. W warunkach pokoju nigdy nie zrobiliby kariery bo strategii wojsowkej nie mieli pojecia, doskonale wiedzieli, że zryw nie ma sensu, a mimo to zmusili tysiące dzieci ( 12,14 czy 18 lat - to jeszcze dzieci), by gineły. Montera, Bora-Komorowskiego i innych panów odpowiedzialnych za te rzeź powinniśmy teraz sądzić a nie skałdać im hołd.

Dodaj ogłoszenie