„Prawdziwe święto teatru – „Człowiek z La Manczy” w Dramatycznym

Piotr Zaremba
Modest Ruciński (Don Kichot), Krzysztof Szczepaniak (Sanczo Pansa) Krzysztof Bieliński/materiały prasowe
Po premierze „Człowieka z La Manczy” Dale’a Wassermana w warszawskim Teatrze Dramatycznym widziałem euforię i radość publiki (na sali Adam Michnik, wielu aktorów, ludzi teatru, a bliżej tylnich rzędów niżej podpisany). Wszyscy rozradowani, najwięksi zwyczajowi malkontenci nie mają tym razem złego słowa do powiedzenia. Powtarza się formułka „To święto teatru”. Gdzieś na boku jakiś „człowiek teatru” przypomina, że to jednak tylko musical ze swoimi nieśmiertelnymi prawami, że tu czy ówdzie odkrywamy prawie hollywoodzkie przesłodzenia (utwór był zresztą filmowany), że niektóre deklamacje, zwłaszcza z finału, łatwo przewidzieć.

– Może, ale warto czasem wrócić do takiej swojej piaskownicy wyobraźni – odpowiedział na te szemrania po kątach w popremierowym zgiełku Krzysztof Szczepaniak, sceniczny Sanczo Pansa. Czyli warto stać się na chwilę niemal dzieckiem. Popieram. Też tam byłem, też tej iluzji gorąco klaskałem. Zwłaszcza, że wpisuje się ona w naszą szerszą potrzebę.

Zaczęło się od fascynacji utworem „Przemyślny szlachcic Don Kichote z La Manczy”, jaką przejawiał amerykański pisarz Dale Wasserman, mnie kojarzący się przede wszystkim ze świetną sceniczną adaptacją „Lotu nad kukułczym gniazdem”. Autorem tekstu pierwotnego był naturalnie Miguel de Cervantes, który napisał go blisko końca swojego życia, a na początku wieku XVII.

To chyba jeden z najsławniejszych utworów świata, choć zaryzykuję twierdzenie, że od wielu lat mało kto go tak naprawdę czyta. Ale wprowadził do powszechnego obiegu archetyp: postać tyczkowatego, odrealnionego, błędnego rycerza walczącego z wiatrakami, oraz jego trzeźwego sługi Sanczo Pansy. Donkiszoteria wciąż funkcjonuje jako dyżurne przysłowie.

Wasserman przeczytał tę powieść w dwóch tomach dopiero podczas swojej podróży do Hiszpanii w roku 1959. Ale przerobił ją najpierw na sztukę dla telewizji pod tytułem „Ja, Don Kichot”. Potem kiedy starał się o wystawienie jej w teatrze, dowiedział się, że musi postawić na musical. Stąd muzyka Mitcha Leigha i piosenki Joego Dariona. Mimo wszystko uznawano „Człowieka z La Manczy” za dzieło… zbyt intelektualne. Sukces odniósł ów musical na Broadwayu dopiero w roku 1965. Jeszcze większym był film Arthura Hillera z Peterem O’Toole i Sophią Loren, z roku 1972.

Wasserman połączył kawałek opowieści o samym Cervantesie z historią jego powieściowego bohatera. Poeta miał za sobą istotnie wiele przygód i zwrotów akcji. Naprawdę znalazł się w więzieniu. Nie doczytałem się, czy naprawdę więziono go z polecenia Świętej Inkwizycji, ale to pasowało i Amerykanom, i naszej liberalnej inteligencji. Zresztą jak Hiszpania to Inkwizycja. Według scenariusza w więzieniu broniąc się przed współwięźniami opowiada im swój utwór, który nabiera wręcz wolnościowej wymowy.

Nabiera naturalnie po odpowiednich fabularnych retuszach. Prawda, że jak napisał w programie teatralnym Jakub Kasprzak, Don Kichot jest per saldo symbolem ludzkich marzeń. Ale w pierwszej warstwie utworu Cervantes nabija się z rycerskiego mitu i z samego swojego bohatera. Tu zaś choć mamy na początku bitwę z wiatrakami, tekst Wassermana jest dla niego bardziej wyrozumiały.

Z pierwotnego dzieła Cervantesa zapamiętałem choćby scenę: Don Kichot staje w obronie chłopca chłostanego przez pracodawcę. Kiedy odjeżdża nie potraktowany poważnie, chłopiec obrywa jeszcze bardziej. Wszystkie jego interwencje są daremne i absurdalne. To poza wszystkim opowieść o dobrych intencjach, które obracają się albo przeciw samemu Kichotowi, albo co gorsza przeciw ludziom, którym powodowany nakazem walki ze złem, próbuje pomagać.

W musicalu poniekąd taką sytuacją jest jego obrona dziewki Aldonzy branej przez niego za idealizowaną Dulcyneę. U Cervantesa to tylko imię, mit. W „Człowieku z La Manczy” ma realną postać. Wymowę kompletnej nieskuteczności wystąpień rycerza osłabia jednak finał i morał tej nowej wersji. Bo intencjonalne dobro staje się dobrem jeszcze większym.

Podobnie poprzerabiał Wasserman inne wątki. Sanczo Pansa powieściowy jest prozaiczny i kieruje się własnym interesem. Ten musicalowy kocha swojego pana. Wszystko jest bardziej spójne, ale też mniej pesymistyczne, ciepłe. Nieprzypadkowo Dramatyczny powierzył reżyserię Annie Wieczur-Bluszcz. I jej inscenizacje teatralne, i nawet film „Być jak Kazimierz Dejna”, takie właśnie były. Ludzi, którzy będą wybrzydzać, spytam: a czy nie warto czasem sobie przypomnieć, że dobro istnieje? Za samo to trzeba i pani reżyser, i teatrowi podziękować.

A gdzie mamy to święto teatru? Ano w perfekcyjnym wykonaniu. Śmiano się czasem z Dramatycznego, że ma ambicje teatru muzycznego, ale jego spektaklom tego czy owego nie dostaje. Śmiano się przesadnie, ale akurat „Człowiek z La Manczy” ostatecznie grzebie ten mit.

Mamy orkiestrę pod batutą Adama Sztaby, i mamy melodyjne standardy pamiętne choćby z filmu. Urocze wdziękiem stylizowanej na hiszpańską, a w pewnym momencie nawet arabską, muzyki. Ale mocne także bardzo równym śpiewaniem piosenek przez wszystkich, podkreślę przez WSZYSTKICH aktorów. Mamy uroczą scenografię Ewy Gdowiak. I mamy konia i osła wykreowanych metodą animacji. Mamy znakomitą choreografię Anny Iberszer, aktorki grającej zarazem ognistą rolę Mauretanki. I znów trzeba podkreślić: dobrze ruszają się tu WSZYSCY.

Ten popis amerykańskiej perfekcji zaspokaja nasze potrzeby estetyczne. Moje w każdym razie na pewno. A równocześnie raz jeszcze wrócę do musicalowej konwencji prezentowanych tu emocji. Ja przecież niby widzę szwy, Dostrzegam jak osiąga się efekt swoistego „szantażu emocjonalnego”. Wiem, co autorzy i inscenizatorzy robią, jakich słów i gestów używają, żeby wycisnąć nam z oka łezkę. I jednak się wzruszam tym, co doskonale znane, wiele razy ćwiczone. Tu już zwykła techniczna sprawność nie wystarczy. W tym tekście musi być dodatkowa porcja poezji.

Wielka w jej wydobyciu zasługa dobrze prowadzonych aktorów. Modest Ruciński, świeży nabytek Dramatycznego, ma fizyczne warunki Don Kichota. Wiedziałem, że jest muzykalny. Nie widziałem, że umie tak pięknie operować barytonem (a może już basem) niemal jak z operetki. Podczas dialogów tak świetnie moduluje swój głos i tak idealnie uprawia grę ciała, że nagle szalony rycerz staje się nam bardzo bliski. To wielki popis nie tylko biegłości warsztatowej, ale i ludzkiej charyzmy aktora.

Krzysztof Szczepaniak jako sługa Sanczo…. Cóż. Zastanawiam się, co napisać. Ten facet tyle już umie, że może nawet stawiałbym przed nim jeszcze trudniejsze zadania aktorskie niż to. Bo taka rola to dla niego właściwie samograj. Z drugiej strony o ilu aktorach w Polsce powiemy z pewnością, że gdy trzeba połączyć komiczny talent, odpowiednią porcję ludzkiej empatii i duże talenty wokalne, z pewnością nie zawiodą? O nie tak znów wielu. Na niego postawiłbym zaś każdą sumę. U niego każde zgarbienie pleców, skrzywienie ust, modulacja głosu, coś znaczą. On opowie nam kilka historii w jednej postaci z zawiązanymi oczami i spętanymi nogami. Teatr to ON.

Anna Gajewska jako Dulcynea ma może odrobinę mniej donośny głos od tych dwóch panów, a przecież tak duży potencjał dramatyczny, że kupujemy ją od razu. I chcemy niemal od pierwszej chwili układać dla niej hymny jak Don Kichot.
Z wielką satysfakcją trzeba wymienić kolejną rolę Mateusza Webera. Parę lat temu wtłaczany w rolę bladych amantów, trochę ginął w cieniu wulkanicznego Szczepaniaka. Szybko zaczął jednak wykazywać wielki talent aktora charakterystycznego . Tu jest jako skromny duchowny, Padre, sympatycznym komentatorem zdarzeń, a przecież umie przykuć do siebie uwagę. No i jak wspaniale śpiewa!

Wianuszek ról drugoplanowych zasługuje na odnotowanie. Tomasz Budyta jako Oberżysta, Mariusz Drężek jako Doktor Carasco, Waldemar Barwiński w kilku rolach, przede wszystkim znakomitego groteskowego Cyrulika, Małgorzata Rożniatowska jako gospodyni w oberży i jako ciotka na zamku, Anna Gorajska jako Antonia – wszyscy oni znajdują sposoby aby wyryć swoje piętno na tej historii. Piszę to z tym większą satysfakcją, bo nierówności obsadowe bywały w Dramatycznym słabością świetnych skądinąd przedstawień. Tu wszyscy są potrzebni i ważni. Przekaz nikogo nie ginie.

Dyrektor Tadeusz Słobodzianek zwrócił po premierze uwagę na rolę planu trzeciego. Chór Mulników (równocześnie współwięźniów i Maurów) musi się zaprezentować jako pulsujący życiem team, jeden organizm o wielu głowach. Bez tego przedstawienie nie wyjdzie.

I tak się dzieje, są świetni tanecznie, mocni wokalnie tworząc stosowne kontrapunkty, na przykład kiedy przedrzeźniają nieszczęsny romantyczny sentymentalizm Don Kichota. W wielu scenach same ich ruchy w tle, ich interwencje w zasadniczą akcję, tworzą kontekst. Wymieńmy: Zbigniew Dziduch, Sebastian Skoczeń, Piotr Bulcewicz, Kamil Siegmund, Otar Saralidze, Michał Klawiter. Ich udział w aranżowaniu tej historii powinien być dawany za przykład, gdy mowa o zespołowości scenicznego przedsięwzięcia.

Mam nadzieję, że warszawiacy docenią to przedstawienie. Że uznają doniosłość zdarzenia w sali im. Gustawa Holoubka w Pałacu Kultury. Grajcie to jak najdłużej, naprawdę powinien z tego być przebój na lata.

Kilka razy pisałem o umiejętności Słobodzianka prowadzenia teatru dla ludzi. Możliwe, że opowiadanie bajek jest nie mniej ważną misją jak przybliżanie nam egzystencjalnych dramatów, a na pewno jest czymś bardziej pożytecznym niż wykrzykiwanie ze sceny manifestów.

Skądinąd ta historia Don Kichota, pomimo pewnych fabularnych ułatwień, nie jest tylko bajką. Anna Wieczur-Bluszcz zrobiła z tego coś naprawdę buzującego życiem. Życiem przygody, gagu, groteski, ale i pytań o ludzką naturę. To jest teatr o czymś, nie o wybujałym ego samych inscenizatorów.

Czy w ostateczności to nie jest o tym samym co „Lot nad kukułczym gniazdem”? O przekraczaniu granic marzenia o godnym życiu dla każdego. Zbieżność nazwiska autora-adaptatora nie wydaje się tu więc całkiem przypadkowa. Zawsze się trochę wkurzam, kiedy czyni się z szaleństwa jakąś miarę normalności. Ale tu Padre, wspaniały Mateusz Weber, mówi o Don Kichocie: „Czyż nie jest najmądrzejszym z szaleńców? I najbardziej szalonym z mędrców?”

I ja to kupuję.

Ponad połowa Polaków wierzy w przesądy. Od lat w te same.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie