Polskie schabowe są the best

Izabela Pałucha
W Anglii zajada się rybą z frytkami i jajami na bekonie. W Polsce - żurkiem i pierogami z jagodami. Ale zarówno tam, jak i tu Kevin Aiston ma ogromną słabość do piwa.

Że gotowanie i jedzenie może być przyjemnością dla duszy i ciała, odkrył jako wychowanek domu dziecka. Wtedy właśnie, zamiast rywalizować z rówieśnikami, wolał spędzać czas w kuchni - jego azylu - na obserwowaniu wyczynów kucharza Hollisa. Dziś kuchnia to dla niego nie tylko azyl, ale całe królestwo.

Jesteś współautorem książki kucharskiej "Europa w kuchni". To znaczy, że lubisz gotować?

Uwielbiam. I chyba trochę się na tym znam. Zanim zostałem zaproszony do udziału w tym projekcie, odbyłem - myślę, że można tak to nazwać - rozmowę kwalifikacyjną.

Kazano Ci coś upichcić?

Otóż nie. Praktyka nie była potrzebna. O tym, czy ktoś na gotowaniu się zna, świadczy już sam sposób, w jaki się o kuchni wyraża. Jak masz do czynienia z inżynierem rakietowym i chcesz się przekonać, czy jest naprawdę dobry, nie musisz wcale kazać mu projektować rakiety. Wystarczy, że z nim pogadasz, i wyjdzie, czy się zna na rzeczy, czy tylko udaje. Z kuchnią jest podobnie.

W książce napisałeś, że do gotowania przekonałeś się w domu dziecka.
Wychowywałem się w nim przez 14 lat. Jako 10-latek zaprzyjaźniłem się z kucharzem Hollisem, który gotował dla nas wszystkich. Hollis i kuchnia były dla mnie odskocznią od nieciekawej rzeczywistości tego domu. Szczególnie kiedy dostrzegłem, że życie tam to walka o miejsce w hierarchii. Ja nie miałem na przepychanki ochoty. Unikałem bójek. Uciekałem do kuchni. Hollis sadzał mnie na krześle, podawał książkę kucharską, pokazywał, jak się gotuje,i w ten sposób rozbudzał we mnie pasję. W książkach kucharskich bardzo podobały mi się zdjęcia potraw i nieoczekiwanie z jednej pasji zrodziła się kolejna - zainteresowanie fotografią. Kupiłem aparat i robiłem zdjęcia potraw, które sam przyrządzałem. Założyłem nawet album, w którym notowałem swoje przepisy z datą i przyklejałem zdjęcia. To była moja pierwsza książka kucharska (śmiech).

Skoro lubisz gotować, pewnie lubisz też jeść. Wymień przysmaki, które od razu przychodzą Ci na myśl.
Pierogi z jagodami i ze śmietaną, żurek w chlebie, barszcz czerwony, bigos i oczywiście kotlet schabowy. Na trasie Kraków - War- szawa jest karczma z wiejskimi potrawami, w której zawsze się zatrzymuję. W niej jadłem chyba najlepszy kotlet w życiu. Większy od talerza, ale nie rozbity młotkiem na papier, lecz gruby i soczysty. W ogóle uważam, że najsmaczniejsze dania kuchni polskiej można spotkać w przydrożnych drewnianych zajazdach. Przepadam też za polskim nabiałem: twarogiem, serami, mlekiem. W Anglii mleko jest wodniste, a w polskim czuć gęstość. Ale za nic nie wypiję go w postaci zsiadłej czy kefiru. Zdecydowanie nie mój smak!

Wymieniłeś same polskie dania! Czyżby nasza kuchnia smakowała Ci bardziej niż angielska?
Broń Boże! Angielskie jedzenie kocham i znam je bardzo dobrze. Zanim trafiłem do Polski, jadłem je non stop ponad 20 lat. Polską kuchnię ciągle jeszcze odkrywam. Zaraziłem też miłością do niej moją rodzinę z Anglii. Na początku, kiedy bliscy przyjeżdżali do mnie, zaczynali od pytania: "Gdzie jest McDonald?". Ja natychmiast zabierałem ich do zajazdu albo sam tłukłem w domu kotlety i podawałem je z sosem ciemnym lub jasnym. O żadnych hamburgerach nie mogło być mowy.

Jesteś mięsożercą?
Nie tylko. Jem dużo warzyw i owoców. Uwielbiam ryby i owoce morza. Z rybnych dań najbardziej lubię sushi. Do tego stopnia, że nauczyłem się je przyrządzać. Dużo chodziłem do japońskich sushi-barów i obserwowałem, jak przygotowują je sushi-majstrowie. Na drugi dzień w domu próbowałem ich naśladować. Na początku była klapa - nie byłem tak precyzyjny jak oni, wszystko mi się rozklejało. Żeby sobie pomóc, zacząłem kupować książki o sztuce robienia sushi. Zamykałem się w kuchni nawet na cztery godziny i kleiłem. Nie zrażałem się. Myślę, że dziś jestem w tym naprawdę niezły. Mam profesjonalny zestaw desek, miseczek, pałeczek i noży przywieziony z Japonii.

Kuchnia jest Twoim azylem?
Zdecydowanie. Podczas gotowania mogę pomyśleć o innych, ważnych sprawach. Wykorzystuję ten czas również twórczo - zastanawiam się np. nad nowym scenariuszem kabaretowym. Ale najczęściej się relaksuję. To zdecydowanie mój obszar i moje królestwo.

Żona w kuchni nie ma nic do powiedzenia?
Oczywiście, że ma. Tyle tylko, że żona jest obecnie na etapie uczenia się gotowania. Studiuje pilnie książki kucharskie. Ona traktuje przepisy bardzo dosłownie. Jeśli jest napisane, że trzeba dodać 5 dag masła - tyle dodaje. Ja staram się jej uzmysłowić, że książkowe receptury należy traktować jako wskaźnik i nie przywiązywać się do nich. To przyjdzie z czasem. Jak na razie, kiedy odwiedzają nas znajomi, ja dla nich gotuję, a żona w tym czasie ich zabawia. Ostatnio, kiedy wpadli, zrobiłem świetne burrito.

Przejdźmy do kuchni angielskiej. Mówi się, że jest kiepska.

Nie zgodzę się z tym. Owszem, w Anglii nie wszystko musi wszystkim smakować. Ale tak jest z kuchnią na całym świecie. Możesz trafić na coś, co jest po prostu źle przygotowane. Wszystko zależy od tego, do jakiej restauracji się wejdzie. Obcokrajowcy, którzy narzekają na angielskie jedzenie, prawdopodobnie nie mieli do czynienia z dobrą angielską knajpą, lecz z miejscem nastawionym na masowego turystę. A, jak wiadomo, w barach dla mas liczy się przede wszystkim czas, nie jakość. To może wypaczać wyobrażenie o każdej kuchni, nawet najbardziej wyrafinowanej.

Anglicy jedzą ponoć bardzo kalorycznie od samego rana? Z czego składa się typowe angielskie śniadanie?
Z grzanek, dużej ilości masła, jajek sadzonych - przynajmniej dwóch. Do tego kaszanka smażona w plasterkach, bekon, pieczarki, pomidory, kilka kropel tabasco. Fasola w sosie pomidorowym z puszki. Trochę curry i dużo keczupu. Na takim zestawie można przetrwać do samego wieczora.

I chcesz powiedzieć, że w Anglii jada się na dzień dobry tak codziennie?

Niektórzy wybierają płatki kukurydziane na mleku albo owsiankę z dużą porcją cukru. Za to już w południe są tak głodni, że muszą coś przekąsić.

Rybę z frytkami?
To dla Anglika ukochany zestaw. Bary, w których można zjeść fish and chips, są w Londynie na każdym rogu. Jak byłem mały, mogłem na okrągło jeść rybę z frytkami. Pamiętam też, że wtedy sprzedawano ją zawiniętą w gazetę. W pewnym momencie zaostrzenia unijne zabroniły takich praktyk ze względu na higienę. Ale frytki z białej serwetki już nie smakują tak jak te z aromatem farby drukarskiej (śmiech). Dlatego któregoś razu, jeszcze jako nastolatek, poszedłem z kolegami na rybę z frytkami i w wyrazie buntu pod barem ostentacyjnie przełożyliśmy porcje we własne gazety.

A jak jest z angielską herbatką? Słyszałam, że to mit.
W języku angielskim mamy słowo tea, które oznacza herbatę albo podwieczorek. I rzeczywiście, po pracy, ok. 17, mamy tea, czyli coś małego na ząb, np. gorący kubek albo słynną kanapkę z frytkami w tostach. Oczywiście można zjeść herbatniki i popić herbatą, ale stwierdzenie, że codziennie o 17 Anglik wszystko rzuca i zasiada do herbaty, jest przesadzone. Anglik w domu nie zaproponuje gościowi herbaty. To Polacy piją jej znacznie więcej: do śniadania, obiadu, kolacji, kiedy są chorzy - z malinami albo z miodem i cytryną. Gwarantuję, że Anglicy chętniej sięgną po kawę czy piwo.

Skoro jesteśmy przy piwie… Podobno w Anglii masz pub i sprzedajesz w nim też polskie piwa?

Zgadza się. Sprzedaję Tyskie i Lecha. To pierwsze Anglicy niebywale sobie cenią. Ja także się do nich zaliczam. Znajomi śmieją się, że jestem "tyskoszem". Nie wyobrażam sobie życia bez piwa. Najlepiej mi ono smakuje - jak to mówimy w Anglii - "zasłużone po pracy". Prawie każdy Anglik po pracy wpada na jedno piwo lub dwa do swojego pubu, w którym ma stałe miejsce oznaczone imienną tabliczką, a nawet kufel. W moim ulubionym barze w Chelsea też mam kufel. Wisi na najwyższym haku nad barem, bo niższe zajmują kufle stałych klientów. Gdy barman widzi, że wchodzę, od razu chwyta za mój i nalewa to, co lubię. W Anglii mówimy też, że drugie piwo zawsze smakuje lepiej niż pierwsze, bo pierwsze opłukuje kufel zdjęty dopiero co z półki i ma mniej intensywny smak. Ale drugie ma już smak idealny.


Zapiekanka pasterza

Składniki: 700 g mielonej jagnięciny, 2 ząbki czosnku, 2 cebule, 3 łyżki mąki, 250 ml bulionu (np. warzywnego), sól, pieprz, 700 g ziemniaków, 100 ml mleka, 40 g masła

Wymieszać mięso ze zmiażdżonym czosnkiem, solą i pieprzem na patelni rozpuścić łyżkę masła i zeszklić na nim posiekaną cebulę dodać mięso i cały czas mieszając, usmażyć na złoto dosypać mąkę, zalać mięso bulionem gotować 30 min, aż bulion zgęstnieje pokroić na kawałki ziemniaki i ugotować je w osolonej wodzie ziemniaki rozgnieść na gładką masę, dodać trochę masła, mleko, sól i pieprz dno żaroodpornego naczynia wyłożyć mięsem, rozprowadzić na nim ziemniaczane purée i posmarować z wierzchu masłem (można też posypać wierzch zapiekanki startym żółtym serem zapiekać w temp. 200 st. C, aż skórka będzie złocista (około 40 min).

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie