Polskie kino komediowe ma kaca, ale polskich gustów nie da się łatwo zmienić

Lucjan Strzyga
materiał promocyjny
Udostępnij:
Medialno-towarzyską awanturkę wokół "Kac Wawa" Łukasza Karwowskiego można by potraktować pobłażliwie jak kłótnię w filmowej rodzinie, gdyby nie była odbiciem wielu zjawisk w tzw. polskim kinie. Trójwymiarowa komedyjka dla mało wymagających stała się nagle katalizatorem eksplozji długo skrywanych branżowych emocji.

Najpierw fakty. Oto znany krytyk filmowy Tomasz Raczek napisał na swoim blogu, że pójście na "Kac Wawa" to strata pieniędzy i że "film jest jak choroba, jak nowotwór złośliwy: zabija wiarę w kino i szacunek dla aktorów". Można oczywiście zapytać Tomasza Raczka, dlaczego akurat film Karwowskiego pobudził go do tak ostrej reakcji, skoro pewnie widział już dziesiątki podobnych gniotów, ale ostatecznie każdy może pisać, co mu w duszy gra. Nawet ktoś, kto zajmuje się zawodowo krytyką filmową.

Czytaj również: Twórcy filmów kontra krytycy. Barbara Białowąs: Ta recenzja jest tabloidowa [VIDEO]

Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Zagrzmiał współproducent i współscenarzysta "Kaca..." Jacek Samojłowicz i skarżył Raczka o złamanie etyki dziennikarskiej poprzez nawoływanie do bojkotu dzieła. Argument, którego użył: "Krytyk może wypowiadać się negatywnie na temat filmu, ale nie powinien nawoływać do jego bojkotu", stała się natychmiast przedmiotem słownych przepychanek zainteresowanych i można to uznać za naturalne wyładowanie emocji na obu biegunach tego specyficznego środowiska. Barwne, ale niewnoszące nic do istoty sporu.

Czytaj również: "Kac Wawa": Producent odcina się od pozwu Jacka Samojłowicza
Samojłowicz zrobił jednak coś więcej - zagroził pójściem do sądu w celu odzyskania milionów, które rzekomo miał stracić w wyniku Raczkowych kpinek. I to jest warte uwagi, bowiem stanowi swoisty precedens. Oczywiście od strony prawnej wygląda to humorystycznie i świadczy tylko o tym, że Samojłowicz opuszczał w szkole logikę, ale dowodzi też, że Samojłowicz znajduje się w stanie nazywanym przez filozofów stanem "zdziwienia rzeczywistością". Jak to bowiem jest możliwie - zastanawia się zapewne pan wiceproducent - że na "Kac Wawa" pofatygowało się dotąd niespełna sto tysięcy widzów, skoro podobne komedyjki, kręcone nad Wisłą niemal masowo, sprzedają się rewelacyjnie?

Ci, którzy widzą w każdej sprawie drugie dno, i na to mają odpowiedź. Samojłowicz uprawia po prostu PR, używając do tego celu nazwiska znanego krytyka. Nie ma tu mowy o jakiejś fundamentalnej kłótni, ot zwykłe nieporozumienie w wielkiej filmowej familii, jaką stanowią filmowcy, krytycy i widzowie. W sprawę "Kac Wawa" ochoczo wmieszali się celebryci, swoje mądrości wygłaszają tzw. środowiskowe osobistości, można zatem uznać, że napędzona tym zgiełkiem widownia pójdzie koniec końców do kina i Samojłowicz wyjdzie na swoje.

Czytaj również: "Kac Wawa" - rozmawiamy ze scenarzystą filmu

A szkoda, bo przez moment zapowiadało się, że czeka nas ogólnonarodowa dyskusja nad kilkoma problemami toczącymi polskie kino, choćby nad jego żenującym poziomem, nad mało przejrzystym mechanizmem finansowania, wreszcie nad rolą zblatowanej krytyki, która przypomina tubę propagandową skumplowanych reżyserów.
Tomasz Raczek ma oczywiście rację, drwiąc z filmu "Kac Wawa". To wyjątkowy przykład na to, jak można - uważając się za filmowców - zademonstrować brak umiejętności. Ale gdzie był Raczek, gdy na ekrany wchodziło "Ciacho" Patryka Vegi, "Weekend" Cezarego Pazury, albo "Wyjazd integracyjny" Przemysława Angermana, by ograniczyć się tylko do głośnych tytułów z ostatniego czasu? Dlaczego nie protestował, gdy w kinach wyświetlano "Baby są jakieś inne" Marka Koterskiego, arcydzieło na poziomie obciachu? Dlaczego filmowy pięknoduch obudził się w nim dopiero przy filmie Karwowskiego, różniącym się od powyższych tylko stężeniem żenady?

Czytaj również: Twórcy filmów kontra krytycy. Barbara Białowąs: Ta recenzja jest tabloidowa [VIDEO]

Kto wie, może Raczek wyjaśni nam to wszystko w kolejnych odsłonach bloga, a może uzna, że swoje w uzdrowieniu jakości polskiej komedii już zrobił. I wychynie ze szklanej wieży, gdy Jacek Samojłowicz zabierze się po raz kolejny do rozbawiania rodaków, kręcąc na przykład "Kac Wawa 2"? Na razie krytyk dyskontuje spór z Samojłowiczem inaczej: udziela 15-procentowego rabatu klientom swojego wydawnictwa Latarnik, którzy podadzą przy zakupie hasło "kacwawa".

Można by rzecz zakończyć stwierdzeniem, że oto cnota zatriumfowała. Ale sprawa ma też inną twarz. Mianowicie taką, że Samojłowicz nie jest samobójcą i nie robi nic przypadkowo. "Kac Wawa" także zrobił nie dlatego, że lubi ekranowe idiotyzmy, ale po prostu zrealizował społeczne zamówienie. Tak, proszę państwa, w Polsce istnieje zapotrzebowanie na filmy dla ćwierćinteligentów. Nie na pełne wydumanego patosu traktaty Wajdy czy Krauzego, ale siermiężne komedie z golizną w tle, na których można porechotać bez obawy, że uronimy coś ważnego z koszarowego bełkotu bohaterów.

Czytaj również: "Kac Wawa": Producent odcina się od pozwu Jacka Samojłowicza
Kino jest bowiem zabawą ludyczną, nie narzędziem filozofowania. Śmiech wywołuje się tutaj prostymi środkami: ktoś się wywróci, ktoś komuś da w mordę albo - z czego jest najwięcej uciechy - wskoczy do cudzego łóżka. Kino ma bawić, a nie moralizować, a już tym bardziej dokonywać społecznych wiwisekcji, jak chciał towarzysz Lenin. W tym sensie Samojłowicz doskonale wie, jaki fach wybrał i na czym ma zarabiać pieniądze.

Nie wierzą państwo? To popatrzmy na statystykę. "Ciacho", historyjkę o środowisku opóźnionych umysłowo policjantów, w premierowy weekend obejrzało 215 tys. widzów, a po trzech tygodniach blisko 600 tys. "Weekend", gangsterska ballada bez ładu i składu: otwarcie 280 tys., później pół miliona amatorów; "Wyjazd integracyjny", opis erotycznego galimatiasu na korporacyjnej imprezie: otwarcie 270 tys., do dziś milion, "Baby są jakieś inne", gadka-szmatka dwóch frustratów o kobietach: po dziesięciu dniach projekcji ponad pół miliona chętnych, ogólna liczna widzów prawie 800 tys. Porażka frekwencyjna "Kac Wawa" to nie efekt braku popytu na taką rozrywkę, ale wyjątkowo nieudolnej promocji. W tym sensie zrozumiała jest złość Samojłowicza na wybrzydzającego Raczka.

Czytaj również: "Kac Wawa" - rozmawiamy ze scenarzystą filmu

Gustów filmowych Polaków nikt systematycznie nie bada, skądinąd może i dobrze, mogłoby się bowiem okazać, że znajdujemy się mentalnie na poziomie Trzeciego Świata. Socjologowie orzekliby zapewne, że nasza filmowa estetyka jest gdzieś między zamiłowaniem do dziecięcych bajek a perwersją, jak to bywa u osobników prymitywnych. Jako bywalcy kin wzruszamy się na "Listach do M.", a jednocześnie z uciechą śledzimy, jak w "Wyjeździe integracyjnym" goła Glinka biega po hotelowych korytarzach goniona przez gołego Karolaka.

Słowem, dryfujemy w stronę pojmowania rozrywki na sposób niemiecki, gdzie - niezależnie od filmowych koniunktur - i tak najpopularniejsze są produkcje o chutliwych tlenionych blondynach, pizzy i krowich odchodach. Z czego wniosek, że Jackowi Samojłowiczowi bezrobocie nie grozi jeszcze długo.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

k
kinoman
nie warto
Dodaj ogłoszenie