Polskie haute couture podbija Zachód [GALERIA]

Anna J. Dudek
Marzenia się spełniają. Karolina Słota poznała swojego idola. A idol nosi koszulki jej marki
Marzenia się spełniają. Karolina Słota poznała swojego idola. A idol nosi koszulki jej marki MATERIAŁY PROMOCYJNE
Z polską modą jest lepiej niż 10 lat temu, ale to nie oznacza, że dobrze. Pokutujemy za lata komunizmu, płacimy za rozdęte ego projektantów i wciąż wolimy sieciówki. Są jednak ludzie, którzy ciężko pracują, by to zmienić. Młodzi polscy projektanci, których docenia świat.

Moda ma zły PR. Niby wszyscy chcą dobrze wyglądać, niby śledzą nowinki i już nauczyli się przez lata, że przykurzone skarpetki wystające z sandałów to zły zestaw. Niby. Ale poza garstką fascynatów prenumerujących "Vogue", ludzie wciąż traktują modę jak targowisko próżności, a za wyznacznik statusu uważają torbę z wielkim logo Dolce&Gabbana. Wolą to niż awangardowe ubrania polskich projektantów. Błąd.

- W Polsce panuje pogląd, że moda to błahe zajęcie i niepoważny temat. Wszystko jest ważne, od polityki po mamę Madzi. A moda to, co rozumieją wszyscy na świecie, potężny biznes - mówi "Polsce" Michał Zaczyński, krytyk mody i zastępca redaktora naczelnego "Fashion Magazine". - W Polsce wciąż w powijakach po 20 latach od zmiany ustrojowej. Nie myśli się o tym, że to gałąź biznesu, w którą warto inwestować, że może dać miejsca pracy, nakręcić gospodarkę, a do tego poprawić wizerunek kraju za granicą - dodaje.

Wizerunek kraju za granicą skutecznie poprawiają ambitni polscy projektanci. Ania Kuczyńska, jedyna projektantka, którą podczas zeszłorocznej wizyty w Polsce kojarzyła Carolina Herrera. Bartek Michalec i Łukasz Laskowski z Zuo Corp., którzy ubierają m.in. wokalistkę Peaches. Twórca marki Maldoror Grzegorz Matląg, który sprzedaje swoje ubrania za granicą, a o którym krytycy mody mówią, że to nadzieja polskiej sceny modowej i doskonały towar eksportowy. I, choć to zupełnie inna półka, dwie przebojowe dwudziestolatki Areta Szpura i Karolina Słota z Local Heroes, o których zrobiło się głośno po tym, jak w ich bluzie pojawił się Justin Bieber. One, jak same zaznaczają, żadnymi projektantkami nie są. Miały pomysł. Pomysł chwycił, a one wykorzystały swoje pięć minut. Świetnie się przy tym bawiąc.

Nie umiemy szyć, ale mamy Justina
- Umiecie szyć? - pytam. - Nie. W ogóle mało co umiemy. To, co robimy, jest totalnie spontaniczne i wciąż mało profesjonalne. Powoli się wszystkiego uczymy, ostatnio nasz księgowy zrobił nam szkolenie z VAT-u - jak dla dzieci, z wykresami i kolorowymi strzałami - śmieją się.

Ich bluzy i koszulki z nadrukami "Doing real stuff sucks" (slogan pochodzi z tytułu bloga, który przez kilka lat prowadziła Areta) zaczęły robić furorę w sieci po tym, jak w bluzie z tym hasłem pojawił się kanadyjski wokalista Justin Bieber. Dziewczyny mówią, że wtedy sprzedaż wzrosła im o kilkaset procent. To nie przypadek, że ulubieniec nastolatek założył ciuchy Local Heroes. Karolina spędziła dziesiątki godzin na szukaniu w sieci jego adresu. Znalazła, wysłała list, swoje zdjęcie z tatuażem "Never say never" (tytuł piosenki Biebera) i kilka sztuk ich ubrań. Czekały na odpowiedź na Twitterze, żeby dowiedzieć się, czy paczka doszła. Odpowiedzi się wprawdzie nie doczekały, ale są zawzięte. Karolina wybrała się do Madrytu, żeby spotkać się ze swoim idolem. Oczywiście miała na sobie koszulkę Local Heros, Bieber skojarzył, że chyba ma w domu coś podobnego. Efekt, poza pamiątkowym zdjęciem, natychmiastowa rozpoznawalność marki i znacząco zwiększona sprzedaż.
Lista wokalistów, do których, zachęcone sukcesem fortelu z Bieberem, planują wysłać swoje produkty, jest dłuższa. Znajduje się na niej między innymi Rihanna i dziewczyna Justina Selena Gomez. Ale do Justina Biebera Karolina ma szczególny sentyment. - To chłopak z małego miasta, który sam do wszystkiego doszedł. Z chłopaka grającego za parę dolarów na ulicy stał się światową gwiazdą. Ja pochodzę z Zamościa, w głębi duszy ciągle jestem dziewczyną z miasteczka, której rodzice powiedzieli kiedyś, że jeśli mi się nie uda w Warszawie, zawsze mogę tam wrócić - mówi połowa duetu Local Heroes.
Dziewczynom, które wprawdzie do kilku lat funkcjonują w modowym światku (Areta była stylistką w kilku magazynach, Karolina jest fotografką), do dorosłego życia i wielkiej mody wcale się nie spieszy. Robią swoje coraz bardziej popularne T-shirty i cieszą się życiem. Branża im kibicuje. - Podoba mi się to, co robią dziewczyny, bo pokazuje rozwarstwienie rynku - mówi Maldoror. - Jest miejsce i dla projektantów pracujących tak jak ja, i dla dobrych pomysłów, które koncepcyjnie są między ciuchami z sieciówki a seriami projektantów - dodaje. Wtóruje mu Ewa Kosz, redaktor naczelna "Ultra", konsultantka modowa w agencji PR Cohn&Wolfe oraz członkini rady programowej OFF Out Of Schedule w ramach łódzkiego tygodnia mody.
- To chwilowy wybuch popularności. Jeśli dziewczyny, które zresztą znam i im kibicuję, będą umiały wykorzystać tę reklamę, jaką zapewnił im Justin Bieber, mogą zbić na tym majątek. Tego im oczywiście gorąco życzę - mówi.
A same "lokalne bohaterki" mówią tak: - Ludzie wolą teraz kupować rzeczy polskich projektantów niż ciuchy sieciówek, to się zmienia na plus - mówi Karolina. - Zwłaszcza w Warszawie - dodaje.

W pracowni Maldorora
Na trzecim piętrze kamienicy przy Poznańskiej w Warszawie swoje mieszkanie i pracownię ma Grzegorz Matląg. Wprawdzie obciął swoje długie pomarańczowe włosy, ale charakterystyczny jest nadal. - Maldoror jest najciekawszy - mówi Zaczyński. - Gdybym miała wybrać kilku polskich projektantów, o których na pewno będzie głośno także w Europie, to Maldoror jest w czołówce - potwierdza Ewa Kosz. Takiego samego zdania jest stylista Konrad Fado. - Maldoror robi odjechane rzeczy, które mają świetny krój. Są doskonale uszyte, świetnie wykończone i bardzo oryginalne, co zresztą jest wspólną cechą awangardowych polskich projektantów - mówi.

Spodziewałam się pana projektanta z przerośniętym ego, a zastaję sympatycznego, skromnego chłopaka, który stara się dystansować od środowiska, w którym funkcjonuje.- Środowisko jest nadęte. Cały wizerunek projektanta i świata mody jest w Polsce skrzywiony, co jest winą mediów. Nie próbuje się pokazać użytkowej strony mody, tylko bankiety, celebrytki na bankietach i w pierwszych rzędach na pokazach mody, a o istocie mody właściwie nikt nie pisze - mówi projektant. Czuje się też pokrzywdzony, bo on na swoją renomę pracuje od lat, a rynek psują celebryci, którym wydaje się, że skoro mają rozpoznawalne gęby, to i projektowanie pójdzie im równie dobrze, jak bywanie na bankietach. - Projektowanie to ciężka praca. I tak, oburzam się, kiedy słyszę, że pani Roma Gąsiorowska, pani Grycan czy Michał Piróg nagle biorą się za projektowanie. Bo są znani? - pyta retorycznie.

Nie jest w tym poglądzie odosobniony, bo takiego samego zdania jest Michał Zaczyński. - Ambicje Grycanki czy Piroga dotyczące projektowania to śmiech na sali - mówi. - To szkodzenie rynkowi, bo pokazuje społeczeństwu, że moda to nic poważnego, zabawa. Ja sam ostatnio zażartowałem na Facebooku, że niebawem pojawi się moja debiutancka kolekcja. Ponad setka ludzi klikała "lubię to" i słała gratulacje. Powszechnie więc uważa się, że każdy może być projektantem - mówi poirytowany.
Maldororowi do śmiechu nie jest. Narzeka na celebrytów, dziennikarzy, którzy nie odróżniają satyny od tafty, i młodych projektantów, którzy za swoje debiutanckie kolekcje żądają bajońskich sum, bo wydaje im się, że skoro są "projektantami", to mogą.

- Nie mówię, że designerskie ciuchy powinny być tanie. Sam nie lubię tanich ubrań, bo uważam, że są słabej jakości. Dobry materiał, przemyślana konstrukcja i staranne wykończenie, nie mówiąc już o czasie poświęconym projektowi, muszą kosztować . Inną sprawą jest to, że debiutanci często żądają astronomicznych cen za zwykły T-shirt, bo uważają, że skoro się narobili, to teraz niech ludzie płacą - mówi.

Projektant dodaje, że media też zamiast rzetelnie pisać o modzie i edukować ludzi w kwestii kultury ubioru, zajmują się wzajemną adoracją i śledzeniem kreacji Grycanek. Kiedyś studiował ogrodnictwo, dlatego pytam go, dlaczego, skoro jest tak źle, nie rzuci projektowania i nie zajmie się ogrodnictwem.

- Bo jest źle, ale jest coraz lepiej. Bo jest ogromne zainteresowanie polskimi projektantami. Bo skoro sytuacja się powoli poprawia, to ja chcę być tu wtedy, kiedy będzie naprawdę dobra. Kiedy Polacy zaczną kupować porządne rzeczy rodzimych projektantów, bo zaczną mieć dość tego, że wszyscy wyglądają jak klony. Do tego sytuacja zmierza, i z tego trzeba się cieszyć. Choć, fakt faktem, z mody w Polsce, niebędącej tandetnymi sukniami dla celebrytek, wciąż trudno wyżyć - podsumowuje.

Samo Zuo Corp.
Gustem Polaków nie są też zachwyceni Bartek Michalec i Łukasz Laskowski, którzy tworzą markę Zuo Corp., która najpierw podbiła wybiegi łódzkiego tygodnia mody, by stamtąd prostą drogą trafić w gust i do kieszeni coraz większej grupy wiernych klientów marki. - Dużo się poprawiło, ale ciągle nie jest najlepiej. Polakom brakuje odwagi w ubieraniu się, nie lubią bawić się modą. Panie ciągle lubią ubierać się albo w namioty, albo na ,,przy ciasno". Polacy w ogóle nie potrafią zestawiać kolorów, faktur i długości. Niestety wciąż mamy problem z aktualnością trendów, coś co było jakiś czas temu modne na Zachodzie, u nas dopiero się przyjmuje - mówi Łukasz Laskowski. Dlatego chcieli stworzyć unikatowy projekt modowy, w którym stawiają na jakość wykonania i designu, ale w przystępnej cenie, by na ich ubrania każdy mógł sobie pozwolić.

Owa "przystępność" cen to kwestia dyskusyjna, bo nie każdy może sobie pozwolić na sukienkę za kilkaset złotych. A w takich granicach oscylują ceny i u Maldorora, i w Zuo Corp. Dlaczego? Bo jakość, podobnie jak unikalne wzornictwo, kosztuje. - Jeśli sukienka kosztuje tysiąc złotych, to płacimy i za projekt, i za czas, który projektant poświęcił tej sukience, i materiał. Ale to sukienka, która, w przeciwieństwie do tych z sieciówek, przez kilka sezonów będzie się nadawała do noszenia i, co dla Polaków coraz ważniejsze, nie będzie w niej chodziła co druga spotkana na ulicy osoba - mówi Maldoror. A Bartek Laskowski dorzuca: Chcieliśmy stworzyć markę oferującą niszowy design, na który w Polsce jest ogromne zapotrzebowanie, ale profesjonalną, ze sposobem prowadzenia jak odzieżowe sieciówki. Udało się. Branża i prasa przyjęły nas ciepło, podobnie jak klienci.
Na razie w charakterystycznych ubraniach sygnowanych Zuo Corp. można zobaczyć gwiazdy na polskich salonach. Projektanci już planują podbój innych rynków. - Odzywają się do nas zagraniczne showroomy, zwłaszcza po tym, jak pokazaliśmy 19 czerwca kolekcję premium. Czekamy jednak, aż zbudujemy sobie odpowiednie zaplecze finansowe. Na razie ubieramy wokalistkę Peaches, nasze projekty bardzo jej się podobają, a prywatnie naprawdę się polubiliśmy, ale nie chcemy przestrzelić. Nie ma nic gorszego niż falstart - mówi Laskowski.

Peaches ubrali przy okazji projektu albumu, gdzie znane gwiazdy i postaci świata mediów z Polski i zagranicy pojawiają się w sesjach zdjęciowych w wybranych ubraniach z kolekcji. Album fotografują najlepsi polscy fotografowie, to taka ich artystyczna interpretacja marki. - Peaches to nie jedyna postać z zagranicznego show-biznesu, która ma w swojej szafie ciuchy z metką Zuo corp., ale o tym opowiemy bliżej premiery albumu - dodaje.

W butiku Zuo na Brackiej można kupić płaszcze, które są tylko niewiele droższe od tych w Zarze. - Różnica, poza jakością, jest taka, że w Zarze są tysiące takich samych egzemplarzy, a w Zuo szyją krótkie serie - mówi Konrad Fado. A Laskowski tłumaczy, że od początku przyświecała im idea dostępności. - U nas cena zależy od ilości, odszytych sztuk, użytych komponentów itd. Odszywamy nasze produkty w profesjonalnej szwalni, to przy dużej ilości zamówień pozwala nam na zejście z kosztów. Mamy też specjalne, bardzo drogie produkty, w linii premium. W ostatniej kolekcji z głównej linii mamy sukienkę wartą 35 tys. zł, ceny nie wzięliśmy z kosmosu. Materiał, z którego jest uszyta, kosztuje krocie, to specjalny jedwab, który wygląda z bliska jak śnieg i jest bardzo gruby (suknia waży ok. 50 kg!), do tego kryształy i koronka z jednej z francuskich manufaktur, do tego została uszyta ręcznie - to powoduje, że musi być taka droga.

To oczywiście kwestia dyskusyjna - jeśli rzecz jest z drogiej tkaniny, jest świetnie uszyta, to taka cena wydaje się być jedynie odrobinę zawyżona. Jeśli kilkaset złotych kosztuje T--shirt, który jest niepowtarzalny, to zapewne jest wart swojej ceny. - Ale to czyste dywagacje, gdy nie mówimy o konkretnych przykładach. Młodzi projektanci dyktują wysokie ceny, bo mało rzeczy im się sprzedaje. Mało rzeczy im się sprzedaje, bo mają zbyt wygórowane ceny - koło się zamyka. Rynek weryfikuje ceny bardzo szybko - mówi Ewa Kosz. Mówi, że cieszy się, że coraz więcej osób ubiera się w polskie marki.

Jest dobrze, ale zawsze może być lepiej. - Z drugiej strony rynek na indywidualną modę dopiero się kształtuje, odbiorcy nadal poszukują, projektanci muszą przetrwać ten ciężki okres, bo inaczej nie przetrwają na rynku. A ci, którzy znikają - cóż, na rynku też jest miejsce na supernovy - konkluduje Ewa Kosz.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie