Polska nie była krajem bez stosów. Polowanie na czarownice trwało do XIX w. [NASZA HISTORIA]

Anita Czupryn
Globalne polowanie na czarownice nie ominęło Rzeczypospolitej. Ostatnie przypadki procesów o czary miały na ziemiach polskich miejsce w XIX w.

Czarownice, wiedźmy - kobiety, które wiedziały więcej. Znały się na ziołach i potrafiły leczyć. Służyły swoją wiedzą społeczności, ale też budziły zabobonny lęk. Uważano, że mają wielką moc. I to je zgubiło. Torturowano je, zabijano, palono w majestacie prawa.

Choć o Polsce mówi się, że była to ziemia, na której nie płonęły stosy, że szaleństwo polowań na czarownice u nas się nie zakorzeniło w porównaniu z tym, jak wyglądało to w całej Europie Zachodniej, to jednak mamy sporo przykładów tych niechlubnych wydarzeń.

Procedury sądowe przyszły do Polski z Niemiec: oskarżoną o czary, zadanie kołtuna, zadanie diabła, rzucenie uroku kobietę sadzano na specjalnej ławie tortur, nie mogła stopami dotknąć podłogi. Kat rozbierał ją prawie do naga (wstyd przyrodzenia miał zostać zakryty). Kobietom golono włosy (bo we włosach diabeł się gnieździ), nakłuwano im ciało, aby przekonać się, czy są tam miejsca, które diabeł znieczulił. Szukano jego znamion: pieprzyków, blizn, a potem dopiero przychodziły właściwe, straszne inkwizycyjne tortury. Same narzędzia tortur oznaczone były bogobojnymi hasłami, które często polewano wodą święconą. Sposobów na to, aby kobieta przyznała się do wszystkiego, było wiele. I wszystko, co zrobiła, było dowodem przeciwko niej. Jakby tego było mało, wiedźmom konfiskowano majątek w całości.

Co prawda Sejm Rzeczypospolitej w 1543 r. oddał sprawy o czary pod jurysdykcję Kościoła, w głównej mierze jednak zajmowały się nimi świeckie sądy miejskie.

Obliczenia badaczy z wielką ostrożnością podają liczbę straconych kobiet - od kilku do kilkudziesięciu tysięcy. Samych udokumentowanych procesów znaleziono 10 tys. Ale też w wielu miejscowościach odbywały się samosądy, które nigdy nie zostały zapisane w żadnych kronikach.

Pierwsze procesy o czary odbyły się w diecezji kaliskiej. W 1580 r. Barbarę z Radomia skazano na spalenie. Cztery lata później kobieta oskarżona o czary musiała opuścić miasto. Miejskie akta podają też, że w 1616 r. spalona została znachorka ze Stawiszyna.

Do nasilenia procesów przyczyniły się księgi - tłumaczenie słynnego dzieła "Młot na czarownice", którego w Polsce dokonał Stanisław Ząbkowic z Krakowa. Treści księgi chętnie popularyzowali księża w swoich kazaniach.

Stąd też Kalisz nie był jedyny. W 1652 r. w Opalenicy sąd miejski o czary oskarżył Maruszę Staszkową z Jastrzębnik. Zginęła spalona na stosie.

W 1660 r. posypały się kolejne procesy i zapłonęły kolejne stosy. Zawyrokowano: Ewa Kałuszyna to czarownica. Podobnie: Jadwiga Rybaczka, Katarzyna Moskwina, Agnieszka Odrobina, Dorota Mielkowa. Liczba procesów wzrosła zwłaszcza w XVII w. Śląsk, który w tamtym czasie nie należał do Polski, również był miejscem, gdzie toczyły się procesy i palono czarownice. Dość dobrze udokumentowana jest historia czarownic z Kolska, który nazywany jest nawet polskim Salem (w amerykańskim miasteczku Salem w 1692 r. śmierć poniosło 21 osób). Dokumenty, które się zachowały, podają, że to właśnie w Kolsku w latach 1664-1669 spłonęło najwięcej osób na całym Śląsku.

Zaczęło się od choroby dziedziczki kolskich włości - żony właściciela Kolska Johanna Christopha von Kittlitza. Miała ona zachorować na suchoty. O leczenie poproszono miejscowe zielarki. Przybyła Anna Viliborn z pobliskiej wsi Jesiona. Zaaplikowała stosowne leki, ale choroba się pogorszyła. Kto puścił plotkę o tym, że za chorobę odpowiedzialny jest szatan, dziś nikt nie dojdzie. Ale za to powołano specjalny trybunał, którego zadaniem było znalezienie sługi szatana. Taką zgodę wydał sam właściciel Kolska.

Pierwszym podejrzanym stał się Adam Kubish, woźnica z Jesiony, który lubił wiedzieć, co w trawie piszczy, zwykle był najlepiej poinformowany, jeśli chodzi o ploteczki i skandale. Zawezwano go przed trybunał. Milczał do momentu, kiedy nie dostał batem. Prędko więc wymyślił historię o domniemanych sabatach, na które trafiał we wszystkie pierwsze czwartki miesiąca i w zapusty. Opowiadał, że widział tam kilkaset osób, ale wśród nich zapamiętał niejaką Specht-Michel, która ponoć miała zakopać kości zmarłych pod progiem domostwa, aby dziedziczkę trafiła choroba. Inna miała tańczyć z czarnym jegomościem, jeździć na brunatnym koniu, pod drzwi dworu w brązowym wywarze z ziół, zakopać substancję, żeby łaskawa pani dostała choroby i uschła. Kolejne kobiety nie dość, że tańcowały ze Złym, to jeszcze dysponowały smoczym zielem, aby je zakopać przy krużganku we dworze dziedzica. No i oskarżył też zielarkę Annę Villborn. To ona miała ukryć zioła "chorobotwórcze z zemsty za to, że nie dostała wynagrodzenia za swoje leki".

***

Więcej o polowaniu na czarownice w Polsce przeczytasz w najnowszym wydaniu „Naszej Historii” - już w kioskach

Nowa, kwietniowa Nasza Historia jest już w kioskach. Zapraszamy do zapoznania się z tematami wszystkich naszych wydań regionalnych:

Nowa, kwietniowa NASZA HISTORIA
TUTAJ - w serwisie prasa24.pl mogą Państwo już teraz, nie ruszając się z domu, kupić e-wydanie Naszej Historii lub zamówić prenumeratę: PRASA24.PL

Zapraszamy także na profil Naszej Historii na FACEBOOKU i do obserwowania naszego konta na TWITTERZE.

Tweety użytkownika @naszahistoria

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie