Politycy PiS, każący nam się cieszyć z wzięcia przez Niemkę najwyższej władzy w Unii, to zjawisko paradoksalne

Piotr ZarembaZaktualizowano 
Krzysztof Kapica
Premier Mateusz Morawiecki ogłosił swój własny sukces w negocjacjach nad podziałem głównych stanowisk w Unii Europejskiej. Ma on polegać na powstrzymaniu holenderskiego socjalisty Fransa Timmermansa w wyścigu do urzędu przewodniczącego Komisji Europejskiej.

Opozycja replikuje naturalnie, że żadnego sukcesu nie ma, choć nie ma odwagi podważać wyboru niemieckiej chadeczki Ursuli von der Leyen, przeciwnie - cieszy się z niego. Kładzie więc nacisk na inne aspekty unijnej trójpolówki. Choćby na fakt, że w rozdawnictwie stanowisk nie partycypuje nikt z „nowej Unii”. Nawet przewodniczącym Parlamentu Europejskiego został ostatecznie nie polityk bułgarski, jak zapowiadano, a włoski socjalista, na dokładkę opozycyjny wobec swojego prawicowego rządu, który reprezentuje linię bliższą pisowskiej.

Jaka jest prawda o tych kilkudniowych negocjacjach? Bez wątpienia, jeśli w Osace kilku liderów Europy próbowało serio poukładać zawczasu karty, to powtórne ich przetasowanie, między innymi z inicjatywy Polski i innych rządów Europy Wschodniej, jest jakimś precedensem. Wiadomo skądinąd, że polska delegacja pracowała podczas tych nocnych przepychanek naprawdę ciężko. Współpraca Grupy Wyszehradzkiej ponad podziałami ideologicznymi (socjalistyczny premier Słowacji przeciw socjaliście Timmermansowi wraz z polskim, czeskim i węgierskim kolegą innych barw), to wartość sama w sobie, obiecująca na przyszłość. Uczynienie z Holendra symbolu arogancji starej Unii wobec naszego regionu mogłoby mieć jakiś walor pedagogiczny. Choć warto dodać, że sam finał negocjacji nie jest przecież triumfem przejrzystości i czystości unijnych zasad.

A równocześnie… W niemieckiej prasie już pojawiły się sugestie, że cała operacja mogła być grą Angeli Merkel, podobną do facecji rabina z dowcipu, wstawiającego do ciasnej izby kozę i zabierającego ją, żeby wszyscy mogli odetchnąć z ulgą. Rolę kozy miał odegrać Timmermans. Stawką byłby jednak w tym przypadku nie komfort uczestników gry, a sukces dyplomacji niemieckiej. Oto Ursula von der Leyen została przepchnięta rękami nie samych Niemców, a rządów Europy Wschodniej i innych niezadowolonych z obecnych stosunków. Oczywiście w grę wchodziły także i inne czynniki, choćby emocje chadeków, również niemieckich, pozbawianych w pierwszej wersji zwycięstwa. Ale gdyby tak było, to wymiar regionalny tego tricku byłby majstersztykiem nie premiera Morawieckiego, a pani Merkel, nie raz i nie dwa demonizowanej przez pisowski przekaz, a dziś pokazywanej jako dobroczynna strona kompromisu.

Gdyby tak było, cała opowieść byłaby zarazem opowieścią o tym, jak ograniczone są wciąż możliwości rządów nowej Unii. Mogą wybierać między różnymi zestawami „mniejszego zła”. I na dokładkę służyć jako przedmiot najróżniejszych manipulacji. Fakt, że najwyższe stanowiska rozdano wyłącznie między reprezentantami starej Unii, to tylko domknięcie tego wrażenia. Niemka, Belg, Hiszpan, Włoch i Francuzka (jako szefowa banku centralnego Unii) - cóż, widać, kto tu jest gospodarzem.

Politycy polskiej prawicy odpowiadają, że z Donalda Tuska jako przewodniczącego Rady Europejskiej nasz region i tak nie miał pożytku, bo grał on w orkiestrze niemieckiej, a nie regionalnej. Możliwe, tyle że symboliczne postawienie kropki nad „i” trudno traktować jako sukces. Można się oczywiście kontentować samą aktywnością, czynnym udziałem w grze. Pytanie, czy był to udział w prawdziwej rozgrywce, czy w rodzaju prowokacji. Co nie kasuje oczywiście wizerunkowych korzyści. Zawsze można przypominać, że Polska jest współautorką końcowego ułożenia kart. Tylko kolejne pytanie brzmi: na co nam się to teraz przyda? Bo przecież na tekę w Komisji Europejskiej powinniśmy liczyć tak czy inaczej.

Trwa wśród polskich komentatorów gorączkowa debata, czy Niemka na czele unijnej biurokracji to ostateczne domknięcie systemu dominacji tego państwa, czy przeciwnie, zapowiedź gry bardziej otwartej, bo Berlin będzie musiał wziąć odpowiedzialność, a nie kryć się za plecami fasadowych wielkości. Można też próbować opisywać samą przewodniczącą. Była zwolenniczką federalnej Europy, projektu dziś skądinąd mało realnego. To minus, możliwe, że mało istotny w obecnej konfiguracji. Ale też rzeczniczką współpracy z USA, niechętną Putinowi. To plus. Pewien polityk PiS nazwał ją „konserwatystką”. Owszem, jest żoną arystokraty, ale zwolenniczką małżeństw jednopłciowych - taka jest natura niemieckiej chadecji.

Politycy PiS, każący nam się cieszyć z wzięcia przez Niemkę najwyższej władzy w Unii, to oczywiście zjawisko paradoksalne. Takie tony pobrzmiewają i w publicznej telewizji, na co dzień uprawiającej antyniemiecką, dość toporną propagandę. Zarazem warto przypomnieć i to, że Holandia, którą reprezentował Timmermans, była szczególnie twardą zwolenniczką małego unijnego budżetu, czyli ograniczania redystrybucji środków. Berlin jest tu bardziej elastyczny, zainteresowany choćby ekonomiczną współpracą z naszym regionem. Skądinąd w samych Niemczech jej desygnowanie wywołało mieszane reakcje. Świat nie jest czarno-biały. Tyle że bywa tak przedstawiany w codziennej partyjnej nawalance, więc potem ciężko tłumaczyć kolejny zwrot akcji.

Na koniec warto zwrócić uwagę na wypowiedź Donalda Tuska. Który przypomniał, że ten finał wcale nie musi oznaczać końca bijatyki między Komisją Europejską i Polską o tak zwaną praworządność. Nie musi już choćby dlatego, że Timmermans może pozostać wiceprzewodniczącym Komisji. Ale i dlatego, że niekoniecznie muszą nam odpuścić politycy niemieccy. Pani von der Leyen walkę polskiego KOD z polskim rządem postrzegała jako szlachetny pokoleniowy bunt. I pewnie nie zmieniła zdania.

A poza wszystkim takie decyzje pisowskiej władzy, jak przerwanie kadencji dawnej KRS czy większe uzależnienie sędziowskich awansów od woli polityków, naprawdę są kontrowersyjne z punktu widzenia zachodnich wartości. I to liderzy PiS będą musieli coś z tym zrobić. Na razie pozwólmy im się cieszyć z cokolwiek naciąganego sukcesu. Prawda, że mogą z niego wynikać i dobre rzeczy, a premier dowiódł pewnej technicznej biegłości na europejskim polu. Ale to dopiero początek.

POLECAMY W SERWISIE POLSKATIMES.PL:

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

M
Mac

Skoro potraficie się cieszyć z idola na pasku Merkel to co Wam tu przeszkadza ?

Dodaj ogłoszenie