Piskorski: Tusk i Platforma mają szansę wygrać wybory po raz trzeci

Dorota Kowalska
Piskorski: Tusk nie wybiera się ani do Brukseli, ani na emeryturę
Piskorski: Tusk nie wybiera się ani do Brukseli, ani na emeryturę Bartek Syta/Polskapresse
O echach afery Amber Gold, słabej opozycji, której brak pomysłów, karierze Romana Giertycha, szybkim końcu Solidarnej Polski i o przyszłej koalicji, w której znaleźć się może SLD - mówi Paweł Piskorski, szef Stronnictwa Demokratycznego, w rozmowie z Dorotą Kowalską.

Afera Amber Gold to koniec Donalda Tuska?
Zdecydowanie nie. Mam wrażenie, że Donald Tusk ma wyjątkową zdolność przełykania tego rodzaju problemów. Bez żadnego kontekstu osobistego, ale spływają one po nim jak po kaczce. Zwłaszcza że nie ma wewnątrz PO nikogo dostatecznie silnego, żeby to wykorzystać. Gdyby np. sprawa jego syna dotyczyła innej osoby, dawno już Tusk by ją zgilotynował. Przecież wystarczały znacznie bardziej błahe preteksty, by eliminować ludzi. No, ale sam Tusk się nie "zetnie", a nikt inny w PO, w obawie o swoją głowę, sprawy nie podniesie. Zwłaszcza że nie odbija się ona drastycznie w sondażach. Jak sprawa dotyczyła syna Zyty Gilowskiej, to był to "niezdrowy priorytet lojalności rodzinnej nad polityczną", jak syna Tuska, to "nie można przecież decydować o życiu dorosłego człowieka za niego". Do momentu, kiedy premier nie zrobi jakiegoś poważnego błędu, także Amber Gold nie zachwieje jego pozycji.

Jak Pan myśli: premier zlekceważył notatkę ABW, ta notatka była nieścisła czy może jednak ostrzegał syna przed pracą dla Marcina P.?
W tej sprawie mam wrażenie, że Tusk jest niewinny. Przestrzegał syna, do czego przyznał się publicznie, prawdopodobnie na podstawie tego, co się mówiło. Na rynku wiadomo było, że Amber Gold z tego rodzaju wysokością zwrotu z kapitału i inwestycjami, które pozornie polegają na tym, że firma skupuje i przechowuje złoto, to wydmuszka. Taką wiedzę lub przynajmniej poważne podejrzenie miał każdy, kto choć trochę zna się na rynku. Do Tuska takie informacje, może nawet prywatne przestrogi, musiały również docierać, zwłaszcza że matecznikiem tej firmy był jego Gdańsk. Myślę, że premier przestrzegał swojego syna na podstawie ogólnej wiedzy, nie notatki ABW. Nie zdziwiłbym się, jeśli powiedziałby coś w rodzaju: "Lepiej od nich trzymaj się z daleka. Nie wiadomo, co to za goście i czy nie chcą cię wykorzystać". Zwłaszcza że Tusk nie takie już rzeczy widział i wie, że nazwisko syna może być użyte przeciw ojcu. Tak się w końcu też stało. Do wypowiedzenia takiej ogólnej przestrogi nie potrzebna jest tajna wiedza. Relacje osobiste między Donaldem Tuskiem a Michałem Tuskiem są prawdopodobnie takie, że syn mu powiedział: "Co ty mi tu, ojciec, gadasz, ja sam o swoim życiu będę decydować". Tu należy uszanować prywatność. To ich sprawa.

Ale chyba zupełnie inną sprawą jest raport ABW, który premier Tusk dostał?

Giertych chce »ucentrowić« swój wizerunek. Do tej pory miał image osoby skrajnej. Postanowił to zmienić przez to,że staje się głównym adwokatem PO i zbliża się do Platformy. Ale nie wejdzie do niej

Zgadza się. Wydaje mi się, że albo się z nim nie zapoznał, albo zapoznał się pobieżnie. Nie dziwię się zresztą, dostaje takie ilości pism z klauzulą "tajne", że bardzo ciężko byłoby, aby sam to wszystko przeglądał. Pewnie robią to urzędnicy, którzy mają do tego uprawnienia. Tu, moim zdaniem, błędu nie popełnił. Nie mógł na podstawie takiego tajnego pisma wystąpić publicznie i np. przestrzec inwestorów. Tak z resztą, jak myślę, nie robi tego również w sprawie innych firm, od których korespondencje dostaje, a my o tym nawet nie wiemy. Jeśli premier na podstawie raportu służb mógłby takim wystąpieniem zniszczyć dowolną firmę, to byłoby niezwykle łatwe pole do nadużyć. Cieszę się, że żyjemy w kraju, w którym takich metod się nie stosuje. Myślę jednak, że błąd popełnił w innym miejscu. Stawiając się na jego miejscu, jako premier, po przeczytaniu takiego raportu, spotkałbym się z ministrem sprawiedliwości i ministrem finansów i zapytał, czy w tej sprawie nie grozi tąpniecie, do którego w końcu doszło. Prawdopodobnie takie ryzyko zostałoby potwierdzone i znacznie lepiej można by wtedy na nie się przygotować. Zaniechanie dotyczy więc, moim zdaniem, nie braku wypowiedzi publicznej, ale braku działań osłonowych.

Będą kolejne dymisje w związku z Amber Gold, mam tu na myśli ministra Jarosława Gowina, szefa ABW Krzysztofa Bondaryka czy prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta?
Gowin na pewno zostanie. Tuskowi pasuje taka pozycja, jaka zawsze mu pasowała - grania skrzydłami. Pozycja, w której jest jedyną osobą, która zróżnicowane, szerokie środowisko dzisiaj Platformy, wcześniej innych partii, może pogodzić. I nawet jeśli ktoś go kontestuje, to wciąż pozostaje jedynym do zaakceptowania przez wszystkich. Taki był przecież cel usunięcia wszystkich innych, którzy mogliby mieć w PO szeroko akceptowani. Dlatego żadnej dymisji czy odsunięcia Gowina się nie spodziewam, bo jest Tuskowi bardzo potrzebny do tej układanki. Jeśli chodzi o dymisję pozostałych osób, to podzieliłbym je na dwa segmenty: w jednym jest tylko jedna osoba, a w drugim - wszystkie pozostałe. Jednoosobowym segmentem pozostaje Krzysztof Bondaryk. Informacje o tym, że Tusk zamierza go usunąć albo ograniczyć jego wpływy, słychać od dwóch lat.
Ale ponoć Bondaryk za dużo wie, aby go usuwać.
Tak, ale słyszymy pogłoski o odsunięciu Bondaryka przynajmniej od czasu afery hazardowej. Z jakiegoś powodu Bondaryk jest nieusuwalny, a wprost przeciwnie, myślę, że nawet krytyczne słowa Tuska o ABW nie dotyczyły szefa agencji. Wydaje mi się, że Bondaryk pozostanie na swoim stanowisku mimo tych wszystkich wróbli, które ćwierkają, że zostanie odstawiony na boczny tor. Pozostałe dymisje są pochodną tego, co się będzie działo. Tusk wielokrotnie stosował metodę "wyrzucania z sań, które gonią wilki", jakichś osób po to, aby opóźnić pogoń albo się jej pozbyć. Zależnie od tego, czy temat będzie żył, czy nie, kolejne osoby zostaną zdymisjonowane lub nie. Ale nie sądzę, aby plan zwolnionych już był przygotowany. Tusk będzie postępował pragmatycznie, zdymisjonuje, jeśli będzie taka potrzeba.

Komisji śledczej oczywiście nie będzie?
Nie, komisja śledcza byłaby dla Tuska zabójcza. Nie dlatego, że jest jakaś gigantyczna afera między premierem, jego synem a Amber Gold, bo jak już mówiłem, uważam Tuska w tej sprawie za osobę niewinną i stawałbym w jego obronie, ale dlatego, że komisja śledcza jest zawsze dewastująca. Jej prace nie poszłyby w kierunku badania reakcji Tuska na korespondencję z ABW, a w kierunku badania gdańskich relacji środowiska Platformy. Oni tam rządzą od powstania PO, a nawet wcześniej, tylko pod innymi szyldami. To byłoby dla Tuska bardzo ciężkie, bo to nie jest daleki Wrocław, od którego premier mógł się odciąć, ale jego matecznik. Donald Tusk zrobi wszystko, aby komisja śledcza nie powstała.

Mówił Pan przed chwilą o szerokiej Platformie, nie boi się Pan, że sprawy światopoglądowe, chociażby projekt ustawy o in vitro, ją podzielą?
Na tę kwestię, w moim przekonaniu, trzeba spojrzeć z trochę innej strony. Staram się myśleć jak Donald Tusk, obserwując go przez wiele lat. Otóż to jest sprawa kompletnie wtórna. Podstawowe teraz pozostaje pytanie, z kim Platforma będzie rządzić po następnych wyborach. Inne kwestie zajmowały Tuska w pierwszych miesiącach tego roku, kiedy poparcie dla PO spadło do dwudziestu paru procent, a generalnie wszystko, co się działo, nie udawało się Platformie i Tuskowi. Tak było do Euro. Mistrzostwa Europy w piłce nożnej odwróciły tę tendencję, a PO wróciła do poprzednich notowań. Opozycja wciąż ma kompletną niezdolność zagrożenia Tuskowi. I nawet jeśli - paradoksalnie - rząd Tuska nigdy nie był tak niepopularny, podobnie jak sam premier, to nadal nie odbija się to na jego rządach. Dzisiaj Tusk zdaje sobie kluczowe pytanie, z kim po następnych wyborach przyjdzie mu rządzić. Zakłam, że zadaje sobie to pytanie także personalnie.

Więc, Pana zdaniem, nie wybiera się do Brukseli?
Moim zdaniem nie. Nie wybiera się ani do Unii Europejskiej, ani na emeryturę. Nadal będzie rządził, a ze swojej obietnicy odejścia wycofa się banalnie. Powie, iż ludzie przyszli do niego i powiedzieli: "Donaldzie, ratuj! Tylko ty jesteś w stanie nas pogodzić, zebrać!". To co miał niby zrobić? Został - dla dobra kraju i swojej partii. Tusk chce rządzić trzecią kadencję, jak kanclerz Kohl, ale zdaje sobie sprawę, że z PSL nie stworzy już w Sejmie większości. Będzie potrzebował trzeciego partnera. I tym trzecim partnerem, na co wszystko wskazuje, będzie Leszek Miller. Palikot byłby może nawet w sensie ideologicznym lepszy, zakładając, że te same partie wejdą do parlamentu, jednak łatwiejszy, bardziej obliczalny i posiadający lidera o mniejszych ambicjach jest SLD.
Leszek Miller jest mało ambitny?
Jego ambicją jest pokazanie, że potrafił wrócić do współwładzy, nie władzy. Na zakończenie, bo sam publicznie mówił, że formalnie jest na emeryturze, zostałby wicepremierem, co byłoby ukoronowaniem jego powrotu i w ogóle pobytu w polityce. Jeśli więc Tusk myśli o wzięciu władzy z SLD, musi mieć pewność, że to posunięcie nie rozwali mu Platformy, że grupa posłów na znak protestu nie odejdzie z PO i nie dojdzie do porozumienia na przykład z jakimś zreformowanym PiS. Musi więc na początku zlokalizować potencjalną opozycję. Powiem tak: jeśli jest opozycja, która groziłaby mu sprzeciwem, wypowiedzeniem posłuszeństwa w przypadku koalicji z SLD, to dobrze znać jej skład wcześniej, tak by nie umieszczać tych osób na listach. Jeśli jednak te osoby powiedzą: "Donaldzie, w sprawach makropolitycznych masz rację, jeśli dojdzie do porozumienia z SLD, nie będziemy protestować, ale nie zmuszaj nas do głosowania wbrew naszemu sumieniu w sprawach in vitro", to Tusk będzie wniebowzięty, "będzie w domu", bo sprawy ułożą się po jego myśli. Pamięta pani ten żydowski kawał o wprowadzeniu kozy do domu?

Nie.
Kozę się wprowadza do domu po to, żeby po tygodniu ją wyprowadzić i poczuć ulgę, że jej nie ma. I tu jest podobnie: wprowadza się problem in vitro, części prawicowej frakcji grozi się zmuszeniem do głosowania wbrew jej sumieniu i elektoratowi, by potem powiedzieć: "Macie rację, niech każdy głosuje zgodnie ze swoim sumieniem". I tak się skończy, pani zobaczy! Tusk osobiście będzie podgrzewał atmosferę, jego zaplecze będzie mówiło, że musi być przy tym głosowaniu dyscyplina, a on w ostatnim momencie - oczywiście, jeśli będzie miał pewność, że środowisko konserwatywne nie ucieknie mu w czasie tworzenia koalicji z SLD - machnie ręką. Wielkodusznie powie: "Nie zmuszamy, głosujcie, jak chcecie". Prawicowa frakcja odetchnie i wszyscy będą szczęśliwi.

Jak się Panu podoba opozycja w kontekście afery Amber Gold? Padają propozycje rządu fachowców, nazwiska następcy Tuska.
W przypadku wojny pozycyjnej przykładem jest tu pierwsza wojna światowa, niektóre jej fragmenty opisuje się poprzez sumę drobnych potyczek. I uważam, że w tej chwili obserwujemy taką wojnę pozycyjną. Nie ma przełomu, a poszczególne środowiska próbują jedynie zaistnieć w mediach. A to Polska Solidarna wysuwa nazwisko Cymańskiego, który miałby zostać premierem...

Właśnie, nie zdziwiła Pana ta propozycja? Biedny poseł Cymański, chciałoby się powiedzieć.
Też osobiście bardzo go lubię. Ale z całym szacunkiem, najdelikatniej mówiąc, to propozycja ratunkowa. Leszek Miller otrąbiający teraz program ekonomiczny, który w zasadzie jest przepisaniem tego, co było w kampanii francuskiej socjalistów, też nie jest przekonujący. To drobne wojenki, które nie mają żadnego znaczenia. Dlatego nie dziwię się opozycji, że usiłowała wywołać temat komisji śledczej, bo ona mogła być poważnym problemem dla Tuska. Ale w sytuacji kiedy nie da się przekabacić PSL, te wszystkie działania opozycji są jak szturm na dobrze okopane wojska wroga.
Nie mają pomysłu na Tuska?
Nie mają. Opozycja PiS-owska miota się. Próbuje wywołać dyskusje gospodarczą o nie najwyższym zresztą poziomie. Pojawia się Jarosław Kaczyński ze swoim exposé, które ma wyprzedzać drugie exposé Tuska, i robi to tylko po to, aby w komentarzach pojawiało się porównanie do tego, co powiedział. A jednocześnie poszczególni posłowie PiS usiłują zakłócić ekshumację osób, które zginęły w Smoleńsku, i przy tej okazji się pokazać. I jeśli jeszcze Kaczyński ze swoim exposé dotarł do bardziej umiarkowanego elektoratu, to postępowanie posła Macierewicza czy pani Fotygi podczas ekshumacji przywołuje "smoleńską twarz PiS". Uważam, że po tej stronie nie ma żadnego realnego pomysłu, co zrobić. A po drugiej - nadal głównym wyznacznikiem sytuacji, moim zdaniem, bardzo szkodliwym, jest rywalizacja Janusza Palikota i Leszka Millera o to, któremu się uda zdominować drugiego.

A nie dziwi Pana, że Palikota nie ma? Dzisiaj wszystkie ugrupowania opozycyjne wychodzą z jakimiś propozycjami, mniej lub bardziej udanymi, ale jednak, a Ruch Palikota milczy.
Też mnie to zastanawia. W ramach tego ceremoniału sporu - toczenia lokalnych wojenek o niedużej wartości, pomysły, które rzucał Palikot, zawsze zwracały uwagę. Nie wiem, dlaczego w tej chwili milczy. Nie sądzę, aby odpuścił tę rywalizację. Tam jest inny problem: Palikot nie zna odpowiedzi na podstawowe pytanie, czy ma mieć twarz liberałów, czy socjalistów. Po bardzo lewicowym kongresie, który się odbył 1 maja i w którym główną rolę grał Piotr Ikonowicz, mówiąc rzeczy, jakich nie powstydziłby się ruch komunistyczny w Europie, nastąpiły spadki sondażowe. Myślę, że teraz Janusz Palikot zastanawia się, czy nadal rywalizować o liderowanie na lewicy, z ryzykiem, że nie przyciągnie zbyt dużo elektoratu Platformy, czy może trzeba pójść w tym kierunku, z którego był znany kiedyś - kierunku bardziej liberalnego. Nie wiem, czy Palikot zna już odpowiedź na to pytanie. Po jego milczeniu i braku inicjatyw wnioskuję, że jeszcze jej nie zna.

Nie ma Pan wrażenia, że tego czasu Palikot ma coraz mniej, bo ostatnie sondaże pokazują jasno, że dzisiaj ani Palikot, ani Solidarna Polska by do Sejmu nie weszły?

Jeśli nie wydarzy się nic nadzwyczajnego, jakiś kataklizm, to Platforma, mimo słabego rządzenia, jest na prostej drodze do osiągnięcia najlepszego wyniku w następnych wyborach parlamentarnych

To trochę co innego. Solidarna Polska jest w tle PiS. To prosta rywalizacja: Solidarna Polska wie, że rywalizuje o ten sam elektorat co PiS i nie jest w stanie przekonać wyborców, że warto zagłosować na mały PiS, a nie na duży. Natomiast Palikotowi trzeba oddać sprawiedliwość, bo znalazł niszę, zabierając i trochę elektoratu lewicy, i trochę elektoratu Platformie. Wyznacznikiem tej niszy był antyklerykalizm, hasła wolnościowe. To było coś nowego. Takie partie - z wolnościowym, często antyklerykalnym przekazem - w Europie istnieją. Ale, jak mówiłem, Ruch Palikota tkwi w ideologicznym rozkroku, nie zna odpowiedzi na fundamentalne pytania, co wiąże się pewnie także z bardzo zróżnicowanym składem jego klubu. W Ruchu Palikota są przecież ludzie o bardzo liberalnych poglądach, ale są także tacy, którzy mówią, że liberalizm to największe zło.

Mówi się, że największy dramat Palikota to jego drużyna.
Znam tylko kilku posłów Ruchu Palikota i mam o nich całkiem dobre zdanie. Nie wiem, jak jest z innymi. Natomiast powtarzam - Palikot musi wiedzieć, w którym kierunku idzie, bo na razie sygnały, jakie wysyła do wyborców, są sprzeczne. Ale i tak jest w znacznie lepszej sytuacji niż Solidarna Polska, bo ta jest tylko mniejszą kopią PiS, Palikot nie jest mniejszą kopią ani PO, ani SLD.
I co zrobią politycy Solidarnej Polski po wyborach, odejdą z polityki?
Takie samo pytanie zadawano sobie przed wyborami w związku z politykami PJN. Część wróci do partii matki...

Ale chyba Ziobro i Kurski do Jarosława Kaczyńskiego nie wrócą?
Ziobro i Kurski, moim zdaniem, są całkowicie przekreśleni u Jarosława Kaczyńskiego. Ich tak naprawdę mógłby uratować dobry wynik Ziobry w wyborach prezydenckich, ale kalendarz jest tak ułożony, że wybory prezydenckie są po wcześniejszych ważnych wyborach - europejskich i samorządowych. Solidarna Polska, wzorem PJN, w tych wyborach polegnie i rozejdzie się po kościach. Część polityków wróci do swojego prywatnego życia i pracy, część znajdzie się w PiS, bo nie sądzę, aby poszli do Platformy Obywatelskiej.

A wyobraża sobie Pan Romana Giertycha w PO?
Nie. Roman Giertych na pewno nie będzie w Platformie Obywatelskiej. Ani PO tego nie chce, ani nie chce tego sam Giertych. On chce "ucentrowić" swój wizerunek. Do tej pory miał image osoby skrajnej, o skrajnych poglądach, z którą w ogóle nie da się rozmawiać. W związku z tym postanowił to zmienić, ale nie poprzez udzielanie wywiadów czy napisanie książki, ale przez to, że staje się głównym adwokatem PO i zbliża się do Platformy. Nie wejdzie do niej, ale sam fakt, że tak blisko z Platformą współpracuje, odbierany jest przez opinię publiczną jako jego zbliżanie się do centrum. Nawet nieżyczliwi mu kiedyś dziennikarze zaczęli mówić o ewolucji i wysokim poziomie intelektualnym. Kiedyś dla nich nie do pomyślenia. Efekt osiągnięty.

Ale czemu to ma służyć, jeśli nie zamierza wracać do polityki?
Jeśli ma nie wracać do polityki, to służy reklamie jego kancelarii.

To wszyscy wiemy.
Jeśli zaś miałby wracać do polityki, to rozsądne ruchy i zbieżne z interesem Platformy, zwłaszcza prawicowej części PO. Dlaczego? Dlatego, że dzisiaj Platforma ma zamkniętą koalicję na prawo od siebie. Jeśli dojdzie do wyborów, jak mówiliśmy wcześniej, to prawdopodobnie Platforma będzie musiała wejść w sojusz z SLD. Natomiast dla Platformy idealna byłaby sytuacja, gdyby miała niezbyt silnego, ale kilkuprocentowego partnera po prawicowej stronie sceny politycznej. To ona miałaby pole manewru i twardziej mogłaby negocjować z lewicą.

Więc wyobraża Pan sobie nowe ugrupowanie na prawicy, w którego skład weszliby chociażby politycy PJN?
Dzisiaj nie. Ale po porażce Solidarnej Polski i kolejnej porażce PiS, która wydaje się nieuchronna, tak. Politycy prawicy będą zadawać sobie pytanie, czy pozostać na niewielkiej łodzi, którą steruje nadal Jarosław Kaczyński, czy próbować czegoś innego, i wydaje mi się, że wielu wybierze tę drugą opcję. Platforma takie działania może stymulować i być życzliwa nowym rozwiązaniom. Osłabią one Kaczyńskiego, a im dadzą możliwość wyboru. Słabsza będzie też pozycja Leszka Millera w jego negocjacjach z Platformą przy tworzeniu następnego rządu. Dzisiaj to political fiction, ale dla wielu osób próba tworzenia takiego tworu politycznego może być racją bytu. To dopiero rok 2015.
Bierze Pan po uwagę możliwość oddania władzy przez Jarosława Kaczyńskiego, bo taki bieg wydarzeń w political fiction też można przecież założyć?
Kluczowym problemem dla Kaczyńskiego jest następca. On nie ma następcy. Pomijam już pytanie, czy byłby psychologicznie w stanie podzielić się z kimś władzą. Ale Kaczyński jest w pułapce, bo silne osobowości z jego otoczenia, trochę jak w przypadku Tuska, zostały wycięte lub wypadły. W związku z tym Kaczyński skazany jest na przewodzenie, bo nie ma komu oddać władzy. W moim przekonaniu prezes PiS nie będzie chciał odchodzić, a jeśli chciałby, to groziłoby to całemu temu środowisku zapaścią. Z całym szacunkiem do osób, które mógłby teraz wyznaczyć ręcznie jako przyszłych liderów, to każde takie wyznaczenie będzie sztuczne. PiS będzie też coraz bardziej podatny na konkurencję po prawej stronie sceny politycznej.

Czyli nie ma Pan wątpliwości, że kolejne wybory wygra PO, a premierem będzie Donald Tusk?
Jeśli nie wydarzy się nic nadzwyczajnego, jakiś kataklizm, to PO mimo słabego rządzenia jest na prostej drodze do osiągnięcia najlepszego wyniku w następnych wyborach. A to w praktyce oznacza, że tylko wokół niej może tworzyć się koalicja. Chyba że, jak podkreślam, nastąpi jakieś niespodziewane i porządne tąpnięcie, bo ciosy, jakie otrzymała PO w ostatnich miesiącach, nie rozbiły jej. Gładko to po niej spłynęło. Nie wierzę też, żeby nastroje w wyniku kryzysu tak się pogorszyły, że "ulica" zmiecie władzę.

Więc?
Jedynym politycznym ruchem, który bez nadzwyczajnego wydarzenia, mógłby zmienić sytuację, jest połączenie opozycji na lewo od Platformy na wspólnej liście. Jak pokazują europejskie przykłady w podobnych sytuacjach, tylko koalicja sięgająca od liberalnego centrum po socjalną lewicę przełamywała dominacje partii konserwatywnych. W polskich warunkach to też byłoby możliwe. Na pewno Stronnictwo Demokratyczne byłoby tym zainteresowane. Wymagałoby to jednak, po pierwsze, mądrości i kompromisowości liderów, a po drugie - rozsądnego tworzenia programu do przyjęcia dla tak różnych środowisk. Doskonałym wstępem do określenia takiej wspólnej ramy programowej jest forum dyskusyjne, które odbywa się na zaproszenie Kwaśniewskiego i Cimoszewicza. Pozostają jednak inne problemy umiejętnie podsycane przez PO. Temu przecież miało służyć wrzucenie tematu więzień CIA w momencie, kiedy wydawało się, że porozumienie jest już bliskie. Wrzucone, przetoczyła się burza i już po porozumieniu. Nadal jednak uważam, że tylko taka formuła może zmienić dominację PO w bardziej zrównoważoną scenę polityczną. Jeśli nie, to premier Tusk może spać spokojnie.

Wideo

Komentarze 7

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

p
pikuś
Dziwie sie poważnym dziennikarzom, że przeprowadzają wywiady z osobą, która dla uzyskania korzyści kłamała. Tylko dzięki układom z ludźmi związanymi ze służbami specjalnymi takich jak Olechowski i czy Czempiński, sądy i prokuratury są wobec Piskorskiego dziwnie bezradne. Ale widocznie, że niektórzy dziennikarze pewnie są w jakiś sposób związani z takimi ludźmi, bowiem w przeciwnym razie nie kreowaliby Piskorskiego na eksperta.
A
Andrzej Baran
„…Minister zdrowia Arłukowicz postanowił twardymi danymi liczbowymi wykazać, że Centrum Zdrowia Dziecka jest fatalnie zarządzane. Kto nim tak fatalnie zarządza? Otóż jest to jeden z 16 szpitali instytutów podlegający Ministerstwu Zdrowia. Z przerażeniem przeczytałem, że aż 15 z nich jest na krawędzi bankructwa. Najwyższe zadłużenie ma Centrum Zdrowia Matki Polki – 260 mln zł, CZD – 200 mln itd. Można by śmiało powiedzieć, że minister wskazując brak pomysłu na reformy tych placówek, praktycznie mówił o swoim resorcie. A przecież to samo ministerstwo ma mnóstwo rad dla samorządów, jak powinny walczyć z długami szpitali.

A wywiad bardzo ciekawy.
i
inka
też wygrał - w kasynie, pamiętacie?
p
pitbull
Liczba uprawnionych do głosowania: 30 762 931 osób. Frekwencja wyborcza: 48,92%. Zatem osób głosujących: 15 049 225. Procent głosów ważnych to: 95,48%. Czyli głosów fałszywych jest 4,52%. Natomiast kwotowo, to aż 680 225 głosów fałszywych. Reasumując: Jeśli urnami wyborczymi będą dalej dziurawe pudła z Żabki lub Biedronki, albo te z okresu PRL, wtedy PiS przegra każde kolejne wybory.
O
Obserwator internetu
Przed PO jest jeszcze jedna sprawa. Rozliczyć Piskorskiego za tunel równoległy do Wisły przy moście Świetokrzyskim !!! Po co ? Trzypasmówka mostu kończy sie wąziutkim jednym pasem pod górę ul. Tamką
do Śródmieścia. Ponad to wykonawcy przygotowali super niespodziankę. zalania tego tunelu. Bez powoływania Komisji Sejmowej - sprawdzić prawidłowość wszystkich działań w tej inwestycji. Koniecznie umieścić tunel w ksiedze rekordów Geenes'a.-
n
niewierzacy ateusz
"Średnia płaca w Polsce wynosi 3,6 tys. zł brutto, czyli ok. 2,5 tys. zł netto. Jednak przeciętna krajowa to marzenie 65% zatrudnionych w Polsce. Obecnie mamy rekordowo wysoką liczbę pracujących - ponad 16,5 mln osób. Prawie 50% pracujących w Polsce zarabia mniej niż 2,5 tys. zł brutto, czyli 1808 zł netto. Co dziesiąty pracujący otrzymuje pensję minimalną, czyli 1111 zł na rękę. " a peowskie urzędasy sobie żyją "W Ministerstwie Gospodarki średnia pensja liczona z trzynastką wynosi 6,1 tys. zł. W podległym mu Polskim Centrum Akredytacji (PCA) wynagrodzenia są średnio o 2 tys. zł wyższe." dobiero gdy 90% prsacująch będzie zarabiać poniżej średniej krajowej a połowa będzie tyrać za najniższą krajową to rodacy wybiorą się długą podróż po rozum do głowy
c
cezar
Jedno jest dla mnie pewne. "Pełowski" Titanic tonie. Szczury zaczynają uciekać i zaczynają zabezpieczać sobie tyły. Dobrze poinformowane szczury...
Trudno nie zauważyć, że najprawdopodobniej ktoś przełożył wajchę i uznał, że Donka należy odstrzelić. Zgrał się już i zapętlił okrutnie. Nie wyrabia ani emocjonalnie, ani intelektualnie. W oczywisty sposób, traci kontrolę.

Ciekawe ile w tym roboty Pałacu Dużego, a więc postpeerelowskich służb, którym Bredzisław służy od lat ochoczo? Ciekawe gdzie w tym wszystkim sytuuje się Grzesiu Schetyna? I ciekawe w którą stronę obróci się palikociarnia? Nie możemy zapominać, że i Grzesiu Schetyna, i ten szczęp z Biłgoraja to prezydenccy kolesie. Ba! Przyjaciele...

Nie można także wykluczyć, że i klan Pawlaka, wbije Donkowi nóż w plecy w odpowiednim momencie. Wszak Waldek Cyborg zna się na tej robocie jak nikt a wybory na szefa PSL-u ma za sobą...
Dodaj ogłoszenie