PiS, partia rewolucji, zaczęła buksować w miejscu jak samochód w piachu

Piotr Zaremba
Piotr Zaremba
Piotr Zaremba Polska Press
Obóz rządowy znalazł się na groźnym zakręcie. Może faktycznie szybsze wybory parlamentarne są dla niego jedyną szansą?

Kiedy napisałem, że afera KNFwywołała w wąskim kierownictwie PiS dyskusję na temat ewentualności przedterminowych wyborów parlamentarnych, pojawiły się pełne nerwowości zaprzeczenia. Minister spraw wewnętrznych Joachim Brudziński miał na Twitterze pretensje, że połączyłem właśnie jego z tym pomysłem. Samej informacji, że rozmawiano o tym, skądinąd nie podważał.

Ucieczka do przodu?
Możliwe, że ten kierunek myślenia został zarzucony. - Można to zrobić w jeden sposób, przez nieuchwalenie w terminie budżetu. Taki trick sam w sobie źle wygląda. Nie wydaje się aby debata wokół tak zwanej afery KNF miała nam szkodzić przez wiele miesięcy. Wszystko co najgroźniejsze zostało już ujawnione - powiedział mi wczoraj znaczący polityk PiS.

Rozumiem, że partia mająca pełnię władzy, bezpieczną większość parlamentarną, zawsze będzie miała psychologiczną trudność z podjęciem takiej decyzji. Choć zarazem nie wiem, na ile wierzyć tym zapewnieniom.

Jeśli ktoś by się do takiego manewru szykował, zadbałby, aby zrobić to z zaskoczenia. Czy takie pokusy nadal nie powracają? Jarosław Kaczyński przez lata żył w przekonaniu, że trzeba to było zrobić na początku 2006 roku, kiedy sondaże wróżyły PiS samodzielną większość - a musiał się borykać z problemem niechcianej koalicji. Przesądziła wtedy obawa, że na nowej kampanii skorzysta jako twarz obozu budzący coraz większe niezadowolenie premier Kazimierz Marcinkiewicz.

Teraz coś się jednak stało. PiS już stracił w następstwie nagrania ujawnionego przez milionera Leszka Czarneckiego 5 procent. Zarazem wciąż może liczyć na pierwsze miejsce i rządy, choćby w koalicji. Szef klubu PO Sławomir Neumann wróżył ostatnio w Polsacie wielomiesięczny serial z kolejnymi ujawnianymi nagraniami. Czy tak będzie? Nie wiadomo. Ale na Polakach debata o dziwnej rozmowie szefa KFN Marka Chrzanowskiego, wraz z mocną tezą o pisowskim układzie i zdarzeniami towarzyszącymi (zatrudnienie syna ministra Mariusza Kamińskiego w Banku Światowym) jakieś wrażenie jednak zrobiła.

Dochodzi argument nie związany już z tą historią. Przeświadczenie, że wybory europejskie będą dla PiS trudniejsze - ze względu na ich tematykę, jest przyjmowany przez wszystkich. Z jednej strony zmobilizują nadprogramowo elektorat wielkomiejski, po raz kolejny mobilizowany groźnymi wizjami Polexitu. Z drugiej mogą być okazją do ekspansji marginalnych do tej pory środowisk narodowych.

Agenda sparaliżowana
Szybkie wyłonienie nowego parlamentu oddaliłoby groźbę frondy z prawej strony, której Kaczyński zawsze się obawiał, ale teraz obawia się szczególnie. Skłócony z Ruchem Kukiza poseł Marek Jakubiak, nie ukrywający intencji budowania czegoś na emocjach eurosceptycznych i hurrapatriotycznych, nie miałby czasu ani paliwa na zrealizowanie swojego planu przed tworzeniem nowego rządu.
Zarazem jest jeszcze inny powód dla którego ucieczka do przodu mogłaby się okazać zbawienna. Oto od dłuższego czasu PiS panujący nad agendą, także z powodu swoich kolejnych przedsięwzięć, traci dynamikę, ba został zepchnięty do defensywy. Trzyletnie już rządy wystawiają go na kolejne sztychy wynikłe ze zużycia się władzy i sporej dawki arogancji. A nie bardzo jest czym to przykrywać. I nie bardzo wiadomo jakie cele wskazywać - własnemu wiernemu elektoratowi i tym kilkunastu procentom, które przyłączyły się z różnych przyczyn, choćby z powodu hojnej polityki socjalnej.

Partia Jarosława Kaczyńskiego właśnie poniosła kolejną bolesną porażkę. Własnymi rękami musiała pogrzebać ważny fragment tak zwanej reformy sądownictwa, w obawie przed niekorzystnym wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Jest to rejterada racjonalna - orzeczenia TSUE nie da się obejść, a warto było uniknąć kampanii europarlamentarnej w jego cieniu. Ale jest to rejterada budząca żywe opory po prawej stronie - wynika to z wszystkiego, od wystąpienia „krnąbrnej” posłanki Anny Siarkowskiej po wrzawę w internecie. Posłance można pogrozić palcem. Wyborcom dużo trudniej.

Takich porażek może być więcej, a na dokładkę paraliżuje to agendę na najbliższe miesiące. Nie da się już przeprowadzić niczego rewolucyjnego. Rewolucja, łamanie lub przejmowanie instytucji, zostało skompromitowane na długo. Także pomysły kolejnej hojności wobec wyborców muszą być limitowane. Budżet musi wytrzymać to co rozdano do tej pory, często zresztą słusznie i z dobrą intencją. Gdy dodać decyzję sprzed kilku miesięcy aby wygasić wszelkie kontrowersje ideologiczne (nauczka z „czarnych protestów”) pozostaje administrowanie, kosmetyka i retoryka. Też nie do końca wiadomo jaka retoryka. Antyelitarna, skoro elity w różnych starciach odnoszą zwycięstwa?

Czystki nie będzie
Tabloidy tradycyjnie wróżą zmiany w rządzie. Ale choć pewnie przydałyby się one premierowi Morawieckiemu, aby mieć ekipę bardziej sterowną, a na dokładkę zapewniłyby igrzyska mediom, odwracając uwagę od kłopotów, nie bardzo w nie wierzę. Bo czystka przed samymi wyborami może też być uznawana za potwierdzenie zarzutów opozycji. Tak zawsze rozumował Donald Tusk. Jarosław Kaczyński przejął to myślenie i chyba narzucił je Morawieckiemu.

Owszem, kilku ministrów pewnie odejdzie, jeśli zostaną wystawieni do europarlamentu i zdobędą mandaty. Ale przecież nikt nie będzie dymisjonował Beaty Szydło, zanim to się stanie. Byłoby to działanie na niekorzyść nie tylko jej samej, ale i szans wyborczych całej partii.

Nie rozstrzygnie się zapewne nawet żaden z konfliktów frakcyjnych. Zbigniew Ziobro może być znienawidzony przez premiera, ba sam Kaczyński może mu nie ufać, ale jest on ważnym koalicjantem podtrzymującym obecną większość sejmową. No i co może ważniejsze, pokrzywdzony, mógłby się zemścić. Uczestnicząc w nowym prawicowym przedsięwzięciu. W czasie swojego samodzielnego bytowania jako lider Solidarnej Polski próbował krytykować PiS z prawej strony (choćby w kwestii relacji z Ukrainą). Teraz z pewnością urwałby partii rządzącej kilka procent głosów - występując jako „nieprzejednany”, choćby w relacjach z Brukselą.

Pozostaje wciąż emblematyczną postacią „dobrej zmiany”. I ciężko byłoby na niego za cokolwiek zwalić winę, nawet w szeptanej propagandzie. Owszem, to on firmował podważoną przez TSUE reformę sądów. Ale strategię nie cofania się pod presją Unii układał osobiście Jarosław Kaczyński, z udziałem premiera Morawieckiego, ba i prezydenta Dudy.

Także w sprawie reformy KNF nikt ministra sprawiedliwości na niczym nie złapał. Już prędzej prezesa NBP Adama Glapińskiego - na obronie Chrzanowskiego z jego dziwnymi rozmowami. Ale Glapiński, pomijając już, że mocno chroniony przepisami konstytucji, to osobisty wybór Kaczyńskiego.

Magiczne słowo: pat
W sprawie samej afery KNF zanosi się na pata. Politycy PiS prywatnie narzekają na „nielojalność” Chrzanowskiego i sugerują, że chronił on interesy Czarneckiego - choćby zwalniając jego banki z płacenia podatku bankowego. Problemem ma być więc nie pisowska rewolucja, a słaby człowiek, który ją zdradził. Oczywiście bezpieczniej byłoby takiego człowieka rozliczyć, bo dziś źle to wygląda. Ale chyba cała czas przeważa obawa przed zbyt gwałtowną szamotaniną , bo wciąż nie wiadomo, czyją rękę jeszcze by się złapało.
Pojęcie „pat” opisuje też nienajgorzej cały stan obozu rządowego. Który wciąż może się powoływać na stare zasługi, ale musi pamiętać, że elektorat łatwo się przyzwyczaja do otrzymanych dobrodziejstw i miewa słabą pamięć.

Dziś obóz rządowy będzie raczej przytłoczony własnymi pokusami w konsumowaniu zdobyczy. Nowych okazji do konsumpcji dostarczą zdobyte sejmiki czy tworzone w ramach pracowniczych planów emerytalnych fundusze inwestycyjne. Możemy zobaczyć zaskakujące widowisko - PiS, partia rewolucji, buksująca w miejscu niczym samochód w piachu. Coraz słabiej reagująca na oskarżenia, zdezorientowana. Nawet mediów, które to wykorzystają nie sposób ukarać - pani ambasador USA właśnie przed tym przestrzegła, mając z pewnością na uwadze amerykańską inwestycję w TVN.

Oczywiście ataki drugiej strony bywają zupełnie surrealistyczne - przykład opisywania wypowiedzi wicepremiera Glińskiego jako antysemickiej. Polityk PiS ma być antysemitą, bo porównuje własny obóz do nękanych nazistowską propagandą Żydów - niezręcznie, ale przecież nie w intencji ich dotknięcia. Tyle że w Polsce można dziś powiedzieć wszystko. Nic już nikogo nie dziwi.

Za to opowieść o zachłannym obozie władzy staje się coraz bardziej przekonująca, i nie pomoże powtarzanie: „Wy jeszcze większe paskudy” - pod adresem Platformy i PSL. Nawet podkupienie pojedynczego radnego w sejmiku śląskim nie wyglądałoby tak strasznie, gdyby nie całe tło.

Ale co najważniejsze, ten opis zachłannego PiS staje się bardziej sugestywny, gdy nic go nie równoważy. Żadne ciekawe rządowe inicjatywy, żaden ruch w kierunku tej czy innej grupy społecznej. Donald Tusk tak łatwo wysunął się na czoło społecznego zaufania dzięki samym słowom - właśnie na tle tej pustki. Można przypominać, że sam Tusk rządził przez osiem lat głównie słowami, a nie przedsięwzięciami, które po nim zostaną. Ale, powtórzmy, pamięć wyborców bywa pamięcią kurzą.

POLECAMY:

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

e
emigrant
pazdziernikowej chyba tylko, no i z jednakowym efektem za jakies pol roku.....
Dodaj ogłoszenie