Piotr Zaremba: Dwóch Hamletów, czyli oddajmy teatr aktorom

Piotr Zaremba
Przemysław Stippa to Hamlet po przejściach. Uczy nas życia, choć nie zapanował nad własnym fot. Stanisław Loba/TVP
Dwaj Hamleci: Krzysztof Szczepaniak i Przemysław Stippa są nie tylko najlepszymi teatralnymi aktorami roku 2019. Są artystami wiarygodnymi

Rok 2019 to dla mnie rok szekspirowski. Obejrzałem Obejrzałem w TVP Kultura (widowisko Andrzeja Seweryna „Szekspir forever”, na które kiedyś nie zdążyłem do teatru. Przypomniałem sobie po latach dwa wielkie filmy: „Romeo i Julię” Franka Zefirellego z 1968 roku i „Zakochanego Szekspira” Johna Maddena sprzed 21 lat. Przy obu pociły mi się oczy.

Szekspirowski kosmos

Patrzyłem z podziwem, jak Artur Tyszkiewicz przyrządził ze studentami warszawskiej Akademii „Wieczór trzech króli”. W Lublinie oglądałem, co młodzieżowy teatr Panopticum zrobił z poematu „Lukrecja”, a zrobił coś pięknego. Szekspir wciąż jest obecny, i to w życiu Polaków, nie tylko Anglików. Wiele podstawowych tematów, repertuarowych pozycji, szlachetnych nawyków polski teatr zagubił. A jednak ciągle czerpiemy garściami z JEGO kosmosu: myśli, spostrzeżeń, archetypów.

Jeszcze w grudniu roku poprzedniego kontrowersje wywołała „ Burza” z Teatru Narodowego w interpretacji Pawła Miśkiewicza, z rozlicznymi wtrętami spoza tekstu i poniekąd własnym morałem. Większość recenzentów przyjęła ten spektakl aplauzem, za to okoniem stawał podczas prób sam zespół, co jest zjawiskiem ciekawym. Skądinąd ten zespół zagrał w nim potem świetnie.

Ale najważniejsze, że rok 2019 zaczął się i skończył „Hamletem”. W styczniu Teatr Dramatyczny w Warszawie pokazał bardzo dobrą inscenizację Tadeusza Bradeckiego, na 60-lecie tej sceny. W listopadzie Teatr Telewizji przyrządził ten sam dramat pod kierunkiem Michała Kotańskiego.

Obie te wersje „Hamleta” modni krytycy zlekceważyli. I Bradecki i Kotański spróbowali nam opowiedzieć historię księcia Danii, tak aby zrozumiał ją przeciętny młody człowiek. Ta druga w stosunku do tej scenicznej, odrobinę zbyt ściśnięta czasowo, co osłaniano sloganem: „Hamlet” jak z Netflixa. Ale obie nie miały prawa się zdarzyć, jeśli traktować serio kierunek ewolucji polskiego teatru.

Oczywiście można Szekspira traktować jako tworzywo jeszcze brutalniej, niż zrobił to Miśkiewicz. Maja Kleczewska zaproponowała w 2019 roku eksperymentalnego „Hamleta” w Teatrze Polskim w Poznaniu, gdzie widz decyduje za którą postacią podążyć nie widząc całości. „Słowa nie mają już znaczenia” - to tytuł jednej z recenzji z tego przedstawienia.

Szczepaniak rządzi na scenie

Dla mnie słowa wciąż mają znaczenie. I gdybym miał poszukać roli teatralnej, która w tym roku zrobiła największe znaczenie na mnie, wskazuję na Krzysztofa Szczepaniaka, 30-latka, który zagrał Hamleta w przedstawieniu Bradeckiego, w Dramatycznym. Hamlet został zbanalizowany stereotypami, w jakie wtłoczyła go popkultura. Nie sądziłem, że będę się nad losami księcia Danii jeszcze zastanawiał, ba wzruszał nimi. Szczepaniak to sprawił.

Przed czterema laty znajomy aktor opisał mi z zachwytem jego rolę Arlekina w „Słudze dwóch panów” Goldoniego. Ludzie tej profesji rzadko się nawzajem chwalą, więc pognałem do Dramatycznego. I byłem pełen podziwu dla temperamentu bardzo szczupłego osobnika, który grał w masce, a rozsadzał całym sobą scenę.

Szczepaniak stał się gwiazdą swojego teatru, pomimo młodego wieku. W pewnym momencie wszystkie zawieszone na nim billbordy reklamowały przedstawienia z jego udziałem. Tragikomiczny transwestyta Lola z musicalu „Kinky Boots”, demoniczny Mistrz Ceremonii w scenicznej wersji „Kabaretu”, autystyczny chłopiec w angielskim „Dziwnym przypadku psa nocną porą”. To różne role, ale coś je łączy. Mistrzostwo w transformacji postaci, śmiałe przekraczanie granicy gatunków, mieszanie komedii czy nawet groteski z najczarniejszym dramatem. No i temperament, potężny. Kiedy Szczepaniak wdziera się na scenę, uwaga jest natychmiast skupiona na nim.

W „Wizycie starszej pani” Friedricha Dürrenmatta, świetnym przedstawieniu Wawrzyńca Kostrzewskiego, on pojawiał się w dwóch epizodach: kierownika pociągu i dziennikarza. W rolach głównych grały zasłużenie oklaskiwane gwiazdy Dramatycznego: Halina Łabonarska i Adam Ferency, obsada była świetna. A jednak krótkie etiudy Szczepaniaka, zwłaszcza wygibasy wyszczerzonego dziennikarzyny, wywoływały na sali szmerek. Grał na postaciach jak na najlepiej nastrojonym instrumencie.

Szczepaniak, Hamlet z poczuciem humoru

Co ten facet umie zrobić ze swoim głosem. W telewizyjnych „Listach z Rosji” według markiza de Custine’a Kostrzewski obsadził go w epizodycznej roli rosyjskiego urzędnika wpuszczającego głównego bohatera do carskiego imperium. Do dziś brzmi mi w uszach jego głos wyczytujący z demonicznym uśmieszkiem nazwisko: „Astolphe de Custine!”. Albo pytający prawie żałośnie (choć przed chwilą był arogancki): „To po co przyjechał do Rosji?” Ta wręcz muzyczna kadencja dialogowania to nie przypadek. Szczepaniak jest też aktorem śpiewającym, jego wykonania filmowych piosenek w Klubie Accantus są małymi arcydziełkami. Jest też pilnym adeptem polskiej szkoły dubbingu, stałym uczestnikiem teatrów polskiego radia.

A ileż potrafi uczynić ze swoją twarzą, sylwetką. To mistrz mimiki, często oscylującej na granicy przerysowania, a przecież w ostateczności zawsze utrafiającej w sedno. Jak wiele informacji jest w każdym jego uśmieszku, grymasie kącika ust, zgięciu pleców. Wielu aktorów nauczyło się grać zbyt sucho, syntetycznie. On jest soczysty jak mało kto. Właściwie nie da się powiedzieć, czy jest „ładny” czy „brzydki”, bo za każdym razem jest inny.

W telewizyjnym kabarecie Kostrzewskiego „La la Poland” w najbłahszych postaciach był kimś wyjętym wprost z Gogola. Więc czekamy na jego Sancho Pansę w muzycznej wersji „Don Kichota” - premiera w styczniu 2020. Potem zapewne Mozart w „Amadeuszu”. Aktor sam wybiera sobie role - najambitniejsze. Zasługuje na nie.

Niektórzy kręcili nosem. Ten komediowo-groteskowy Szczepaniak jako Hamlet? Ale właśnie ten jego dorobek pozwolił mu podejść do tej roli jakby od drugiej strony. Pokazać księcia Danii jako człowieka dowcipnego, żonglującego absurdem życia. Stąd takie znaczenie scen udawanego szaleństwa.

Zarazem może żaden z wcześniej przeze mnie oglądanych Hamletów nie był tak pełen sprzeczności. Buzujący z początku wolą życia, przeczył schematowi romantycznego wzdychajły. A jednocześnie tak bardzo był kruchy. Tak skazany na zmiażdżenie przez tryby świata. Choć do końca walczący z tymi trybami. To właśnie wzruszało.

Stippa wymyśla siebie

Kiedy mój werdykt już zapadł, przyszedł na koniec roku 38-letni Przemysław Stippa z Hamletem telewizyjnym . I muszę ich obu umieścić na najwyższym stopniu podium.

Stippa jest inny od Szczepaniaka . Mniej naznaczony repertuarem lżejszym, z mniej oczywistą vis comica, może i w nie tak oczywisty sposób zdobywający prymat na scenie. Choć też nie stroni od transformacji, że przypomnę jego role w lubelskim Teatrze im. Osterwy: Puka ze „Snu nocy letniej” i dziwnie młodzieńczego Wolanda z „Mistrza i Małgorzaty.

Nie śpiewa, a jego kuplety uroczo zblazowanego Księcia z „Zemsty nietoperza” w reżyserii Michała Zadary w Teatrze Narodowym były poniekąd drwiną z samego siebie. Zarazem i on ma piękny, sceniczny głos. Zawsze mam wrażenie, że opowiada mi nim o kruchości człowieczeństwa, nawet kiedy kreuje postaci odrażające, jak sędzia Bragg w „Heddzie Gabler” Ibsena wystawionej także w tym roku przez Kubę Kowalskiego w Narodowym.

Szczepaniak trafił do Dramatycznego, który od początku dbał o wykorzystanie jego talentu (chwała za to Tadeuszowi Słobodziankowi). Stippa jest od lat w Teatrze Narodowym, gdzie nawet przysłowiowych halabardników, grają bardzo dobrzy aktorzy. Ostatnio gra tam dużo, ale w przeszłości szukał spełnienia także poza tą sceną, stąd choćby wyprawy do Lublina, które zawdzięcza współpracy z Arturem Tyszkiewiczem, jednym z najciekawszych polskich reżyserów.

Te wędrówki powodowały, że chyba bardziej niż Szczepaniak musiał wymyślać samego siebie. Symbolem tych poszukiwań jest dla mnie monodram „Jednocześnie” Rosjanina Jewgienija Griszkowca wystawiony w lubelskim Centrum Spotkania Kultur pod batutą Tyszkiewicza jesienią zeszłego roku.

Aktor był jego współtwórcą. Sam wymyślił swoje miny pod „Cold song” Purcella w wykonaniu Klausa Nomi. Co więcej, sam wybrał ten utwór. Rzadko widziałem na scenie tak syntetyczny opis ludzkiej bezradności. Pośród opowieści o banalnych sytuacjach i obserwacjach doprowadzony nimi do szaleństwa anonimowy bohater obnażał człowieka z całą jego kruchością (to słowo powraca). Gubił się pośród absurdu życia.

Stippa czyli bilans pokolenia

Monodram został koncertowo niezrozumiany. Miał zagorzałych wielbicieli (ja widziałem go cztery razy), przeniesiono go do Teatru Telewizji. Zarazem pisano o nim lekceważąco, uznano za kiepski tekst „o niczym”. To dowód na to, że sztuka bywa jednak przestrzenią komunikacji bardzo indywidualnej. Że szuka się w niej pokrewnych dusz. Ja miałem wrażenie, że wiem, o co aktorowi chodzi. Że Stippa mnie gdzieś prowadzi. Potrafiłbym to „gdzieś” opisać.

Jego Hamlet jest inny niż ten Szczepaniaka, nieco osłabiony redukcją tekstu (on sam się z tym nie zgadza zachwalając syntetyczność). Tamten z Dramatycznego był młodzieńczy. Ten Stippy - starszy (posrebrzono aktorowi włosy), gorzki, od początku nastawiony, pomimo miotania się, na przegraną. Korzystający z okazji aby coś nam powiedzieć o świecie. To Hamlet nauczyciel, choć tak bardzo nie umie zapanować nad własnym życiem. Sprzyjała temu realizacja dramatu w telewizji, pełna zbliżeń. Twarz Stippy daje ogromne możliwości intymnej rozmowy z widzem.

Koncept trochę pokoleniowej wypowiedzi, w imieniu ludzi, którzy dobiegają czterdziestki i dokonują bilansu życia, spodobał się aktorowi. Wracał do tego wątku łącząc z innymi rolami, gdzie podsumowania były przy wszystkich fundamentalnych różnicach jakby wspólne. Rzadko kiedy ktoś, kto ma niby grać, co i jak każą mu inni, tak bardzo panuje nad własnym przekazem.

Szczepaniak jest może Hamletem bardziej totalnym, w trzygodzinnym przedstawieniu prawie nie schodzi ze sceny. Za to Stippa zaprezentował nam w tym roku efektowny wianuszek innych ról, także telewizyjnych. Kiedy był pisarzem w „Znakach” Jakubowskiego, ofiarą inżynierii społecznej złego świata, to sama jego obecność na ekranie miała w sobie- tak wtedy pisałem - coś metafizycznego. Do roli kuzyna Jęzorego w „Małym dworku” Witkacego- Englerta pasował jak nikt, niosąc nam parodię romantycznej nadwrażliwości, cienką i zarazem okrutną. I mimo tego okrucieństwa to najbardziej zabawna jego rola, jaką widziałem. Nawet w epizodzie Widma w wielkim, pełnym gwiazd „Weselu” Wyspiańskiego -Kostrzewskiego dawał się zapamiętać.

Nie wiem, czy dobrze robię łącząc dwie wielkie indywidualności w jednym tekście. Każdy z nich zasługuje na odrębną rozprawę.

O artystach wiarygodnych

Połączyłem ich z powodu Szekspira. Hamlet to symboliczny sprawdzian aktorskich umiejętności. Ale i dlatego, bo ilustrują zjawisko. Nie podzielam narzekań starszych generacji na współczesnych aktorów. Są wciąż lepiej przygotowani do sprawnego wykonywania własnej profesji niż wiele innych zawodów artystycznych. Tacy ludzie jak Szczepaniak czy Stippa to esencja tego, co w tej grupie najlepsze.

Tak się składa, że oglądałem miejsca z których się obaj wywodzą - bez związku z nimi. Pisałem kiedyś o wrocławskim Liceum imienia Agnieszki Osieckiej z klasami teatralnymi. W tym pruskim budynku z czerwonej cegły robił maturę Szczepaniak. I zachwycałem się urokami amatorskiego teatru Matysarek, w Złotowie, miasteczku na pograniczu Wielkopolski i Pomorza. Z Warszawy jechałem do Złotowa 7 godzin. To tu 20 lat temu zaczynał swą drogę przez teatr Przemek Stippa. To skądinąd także sukces ludzi, którzy na nich postawili. Choćby opiekuna teatru Matysarek, polonisty-pasjonata teatru Andrzeja Motaka. Chociaż myślę, że i tak znaleźliby obaj swoją drogę - sami.

Uderza mnie ich wiarygodność jako artystów. Piszę to na podstawie wywiadów z nimi (także własnych) i samego wyboru drogi zawodowej. Ona całkiem od aktora nie zależy, ale jest w niej element osobistej gry z rzeczywistością. Mamy do czynienia z ludźmi, którzy wyborów dokonują świadomych. Nie są - takiej metafory użył wobec wielu aktorów Mateusz Werner podczas teatrologicznej konferencji - billbordami, na których można zapisać dowolną treść.

Obaj bardzo ciekawie opowiadali o swojej pracy nad Hamletem, o własnej wizji tej postaci, a co za tym idzie o własnym życiowym credo. Podważając wizerunek aktora jako jedynie intuicjonisty. A jest i coś więcej.

Stippa grał nie tylko Hamleta, także Gonzala w „Burzy” Miśkiewicza. I to on odpowiedział modnym krytykom, ale i niektórym inscenizatorom - w wywiadzie dla mnie. Przypomniałem mu myśl Petera Brooka, który twierdził, że każde pokolenie powinno odnajdywać na nowo swojego Szekspira. Zdaniem aktora ta formułka jest w polskim teatrze nadużywana.

Mówił mi tak: „Naprawdę mnie wystarczą teksty i myśli Szekspira. W nich się kryją wartości stałe. Takie o których często zapominamy w codziennej bieżączce. Zabieramy kolejnym pokoleniom szansę zapoznania się z czymś, co zostało przez setki lat sprawdzone. A dodajemy formalne zabiegi, albo absurdalne konstrukcje myślowe, które mają się nijak do rzeczywistości. To się często kończy kompletnym dziwowiskiem. Tzw dekonstrukcja w sztuce potrafiła nawet wyeliminować tego, bez którego nie istnieje - widza”. Zabrzmiało to wobec współczesnego teatru jak prowokacja.

Szczepaniak bywa w recenzjach powściągliwszy. A jednak pamiętam jego wypowiedź dla młodszych kolegów z Akademii Teatralnej, kiedy nagrywano w sieci jej absolwentów. „Nie bądźcie nowocześni, bądźcie rzetelni” - wybrał motto Zbigniewa Herberta, wciąż wiszące w holu Akademii na Miodowej i przyzywane czasem przez tych, którzy chcą w teatrze czegoś więcej niż rozdęte ego reżysera.

Jego życzenie aby każdy widz mógł zrozumieć historię Hamleta, jakie wyraził też w rozmowie ze mną, gra, przynajmniej grać powinno, w duszy każdego świetnego aktora. To pokusa aby się sprawdzić w ciekawej historii. I to budzi nadzieję. Także na czasy, kiedy wyobraźnia aktorów będzie kształtowała oblicze teatru mocniej niż obecnie. Zawsze powtarzam, że jeśli ktoś pomoże przywrócić w polskim teatrze równowagę, to właśnie oni.

Inni aktorzy wypowiadają się na rzecz tej tezy choćby swoimi umiejętnościami. Kiedy patrzyłem z jaką perfekcyjną zręcznością, bawi się szekspirowskim repertuarem 73-letni Andrzej Seweryn, myślałem: oni wszyscy z niego. Szekspir daje szczególnie mocne poczucie ciągłości kultury.

To działa i na przeciwnym biegunie. Oto w telewizyjnym „Hamlecie” Kotański obsadził w roli dworaka Ozryka studenta V roku warszawskiej AT Marcina Franca. On się pojawia w trzech scenach. Kiedy wręcza list królowi Klaudiuszowi, umie zadbać o to, abyśmy wiedzieli, że chciałby być z władcą bliżej niż jest. Potem czaruje nas dworską hucpą, by na koniec, w scenie pojedynku Hamleta z Leartesem, kiedy wszyscy giną, świetnie zagrać przerażenie. Tego nie ma w tekście, ale dobry aktor zawsze umie powiedzieć coś od siebie, choćbyśmy na niego patrzyli przez minutę. To powinna być ta prawdziwa „wartość dodana”, o którą upominają się, często bezsensownie, zwolennicy uzupełniania Szekspira.

Nie ma w moim tekście najlepszych aktorek. Bo zasługują na oddzielną analizę dokonań w ostatnim roku. Przychodzą mi do głowy trzy wielkie damy teatru: Gabriela Muskała, Ewa Bułhak i Olga Sarzyńska. Trzeba o nich opowiedzieć, już niekoniecznie w kontekście szekspirowskim. Choć w wielkim spektaklu „Jak być kochaną” w Narodowym z Muskałą w roli Felicji nie brak odniesień do Ofelii, postaci z „Hamleta”.

Moi bohaterowie nie są celebrytami. Stippa z powodzeniem występuje w telenowelach, ale duże kino się o niego nie upomniało. Szczepaniak podejmuje pierwsze próby wejścia do tego świata. Możliwe, że to zbiegi okoliczności. Na razie pozostają w świecie teatru, który wciąż, przy wszystkich niszczących go procesach, ma w sobie coś ze świątyni.

Na własne oczy widziałem, jak Szczepaniaka osaczyła przed teatrem gromada wielbicielek jego piosenek z Klubu Accantus. Znają go z Internetu. Ale wciąż pozostaje potrawą dla smakoszy. Patrzyłem, jak po zagraniu Hamleta pomyka z Pałacu Kultury do metra mijając ludzi. Ci ludzie z ulicy nie wiedzieli, że przed chwilą przed tym skromnym facetem wstał z owacjami cały teatr, na sali była dwójka ministrów, paru znanych profesorów. Było w tej jego wędrówce, zaraz po tym, gdy zmienił na chwilę świat, coś cholernie inteligenckiego. Nawet jeśli złowi go komercja (czego mu w sumie życzę), czy przechwyci teatr, którego nie lubię (czego mu nie życzę), będę tę scenkę pamiętał.

Wielkanoc A.D. 2020, puste kościoły i brak święconki.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie