Piotr Trzaskalski: Filmów nie robi się dla lansu czy pieniędzy

Anna J. Dudek
Piotr Trzaskalski
Piotr Trzaskalski TOMASZ BOLT/POLSKAPRESSE
Udostępnij:
- Filmowiec to nie jest zawód, który wykonuje się dla lansu czy pieniędzy - szczególnie w tym kraju, ponieważ nie jest tajemnicą, że trudno jest wyżyć z robienia filmów - mówi Piotr Trzaskalski, reżyser i współautor scenariusza do filmu "Mój rower", w rozmowie z Anną J. Dudek.

Powiedział Pan kiedyś, cytując za Andriejem Tarkowskim, że robienie kina ma wiele wspólnego z aktem sakralnym. Idąc tym tropem, zastanawiam się, czy wciąż traktuje Pan reżyserię jako misję, a gotowy film jako tubę do jej spełnienia?
Kiedy mówiłem o akcie sakralnym, nie miałem na myśli dokładnie tego, co mówił Tarkowski, bo on jest człowiekiem głęboko wierzącym. Ja mówiłem o uczciwości i postawie wobec materii, jaką jest film. To nie jest zawód, który wykonuje się dla lansu czy pieniędzy - szczególnie w tym kraju, ponieważ nie jest tajemnicą, że trudno jest wyżyć z robienia filmów. Z jednego filmu fabularnego trudno wyżyć przez rok czy dwa lata. Nie ma szans. Miałem na myśli to, że jest to akt, który ja traktuję bardzo serio.

Mnie, jako widza, drażni, kiedy ludzie w kinie żrą popcorn czy odbierają telefony. Jak Pan, twórca, to odbiera?
Trudno protestować przeciwko takiemu zachowaniu, ponieważ ono stało się częścią kultury, ono już jest. Ja też byłem wychowany w ogromnym szacunku dla tego medium, nie w czasach, kiedy normą było jedzenie popcornu. Wyjście do kina, podobnie jak do teatru, było świętem, podczas którego cichutko się siedziało. To się zmieniło i tego nie odwrócimy. Są jednak momenty, kiedy nikomu nie przyjdzie do głowy jedzenie popcornu, a te momenty trafiają się wtedy, kiedy film jest mocny, poruszający. Powalający. Jeśli przestają jeść - odnieśliśmy sukces. My reżyserzy, operatorzy, aktorzy.

Sądzi Pan, że to co robi we Wrocławiu Roman Gutek, który stworzył kino Helios, gdzie proponuje inne kino i inny model przeżywania tego kina, ma szansę odwrócić ten trend?
Roman Gutek, prezentując te filmy, które prezentuje, podwyższa stawkę. On robi przeglądy i festiwale, które kiedyś były nazywane przeglądami. Kiedyś w ten sposób można było zobaczyć "Wielkie żarcie" czy filmy, których nie było szansy zobaczyć gdzie indziej. W tym sensie on sakralizuje sztukę filmową. Wciąga ją w krąg sacrum, rozumianego jako ogromny szacunek dla twórców, ale też dla odbiorców. To jest fantastyczne. Marzeniem każdego twórcy jest, żeby na jego filmie była fajna, wrażliwa i mądra publiczność. Nie chodzi oczywiście tylko o jajogłowych, ponieważ filmy ogląda się częściej sercem, a nie głową.

Refleksja wyklucza rozrywkę?

Nie. Jesteśmy ludźmi, mamy różne momenty w życiu. Czasami potrzebujemy napić się wódki, a czasami wody źródlanej. Nie chciałby wyjść na faceta, który uważa, że trzeba robić tylko wielkie, mądre kino i trzeba wyglądać, myśleć i kręcić filmy jak Michael Haneke (reż. m.in. "Miłości" - przyp.red.). Trudno się dziwić ludziom, że czasami chcą się napić wódki, czyli pójść do kina na najnowszy film Bena Afflecka "Operacja Argo". Chodzi o to, żeby nie obrażać inteligencji widza, nie serwować mu filmów poniżej pewnego progu jakości. Jestem przeciwko traktowaniu polskiej publiczności jako publiczności głupiej, która zasługuje tylko na głupie filmy. Bo tylko takie jest w stanie zrozumieć i przyjąć. Polska publiczność pokazała, że kocha polskie kino. Poszła na "Jestem bogiem", poszła na "Salę samobójców", poszła na "Obławę" i chodzi na "Mój rower". To są filmy o loserach, o ludziach, którzy przegrywają; o samobójcach, o ludziach pozornie słabych, ale silnych duchem. Na wyrachowanym, ściśle skalkulowanym myśleniu o filmach można się po prostu wywalić. Trzeba robić uczciwe filmy, opowiadać uczciwe historie, wtedy ludzie pójdą do kina.

Miał Pan kogoś, może producenta, może PiSF, kto od razu uwierzył w "Mój rower"?
Najpierw w filmie absolutnie zakochał się producent, czyli Federico Film (Paweł i Marta Plucińscy). Od razu powiedzieli, że to jest ważny film, świetnie napisana historia - chcemy to robić. Później udało zarazić się entuzjazmem do tego filmu TVN (Darek Gąsiorowski, Wojtek Bockenheim). Przy TVN, którym mnie straszono, okazało się, że współpracuję tam z fantastycznymi, kochającymi film, którzy cały czas byli po mojej stronie. TVN okazał się moim sprzymierzeńcem. Zapewnili nam promocję, która możliwa jest tylko wtedy, kiedy lubi się produkt, który się reklamuje. A to nietypowe.
Bo i film nietypowy.
Równolegle w ten film weszła Agnieszka Odorowicz, pojawiły się osoby, które w niego uwierzyły. Pojawili się też prywatni inwestorzy.

Wygląda na to, że od początku projektowi towarzyszyła bardzo dobra energia. Od ludzi z ekipy wiem, że atmosfera na planie była fantastyczna.
Atmosfera była rodzinna. Wszyscy wierzyli w to, że pracują przy czymś, przy czym po prostu warto pracować. Ujęcie kręcone o świcie odbywały się kosztem śniadań, ale nikt nie robił z tego powodu wyrzutów, nie miał pretensji. To są rzeczy, które robi się z sympatii dla projektu, dla jego twórców, z szacunku dla siebie i projektu, z wiary w to, że uczestniczy się w powstawaniu czegoś dobrego. Cała ta filmowa rodzina otworzyła się na ten projekt. To o tyle niezwykłe, że to zawodowcy, którzy robią nawet dziesięć filmów rocznie. Ja robię jeden film na pięć lat.

Czym się Pan zajmuje między tymi rzadko kręconymi filmami? Filmy reklamowe, teledyski?
Przede wszystkim szukam dobrych tekstów, dobrych historii. Reklamy tak, ale wideoklipów nie kręcę.

Dla reżysera, który sam jest muzykiem, wideoklip wydawałby się naturalnym wyborem…
Uwielbiam muzykę, ale w klipach muzycznych się nie odnajduję. Może to się zmieni po tym filmie. Głównie zajmuję się kręceniem reklam, jak większość kolegów po fachu. W naszym zawodzie, niestety, trudno związać koniec z końcem, realizując tylko fabuły.

Mówimy o muzyce, wobec tego muszę zapytać, czy od początku muzyka grała tak dużą rolę w filmie, czy to się pojawiło wraz z Michałem Urbaniakiem, który gra w "Moim rowerze" jedną z głównych ról?
Nie, nie, nie. Muzyka była od początku. Kiedy, zupełnym przypadkiem, zobaczyłem Michała w barze, uznałem, że to jedyny człowiek, który może zagrać tę rolę. Kiedy wymyślałem ten scenariusz, miałem w głowie dwie sceny: pierwszą, kiedy babcia odchodzi od dziadka, i ostatnią, kiedy podczas koncertu syn Urbaniaka, czyli filmowego Włodka, mówi ojcu "przepraszam", ale i "dziękuję", właśnie za pośrednictwem muzyki. Te nożyce wyznaczyły przebieg fabularny całego środka.

Skąd pomysł na ściągnięcie akurat tego utworu, arii, którą na klarnecie rozsławił Acker Bilk? Wiem, że prawa do tego utworu nie były tanie…
To wzięło się od mojego taty, który grywał w knajpie w latach 70. Grał to wtedy, a ludzie pokochali ten utwór.

To hołd dla Pańskiego taty?
Miałem to szczęście, że zanim zmarł mój tata, zdążyłem się z nim porządnie rozmówić, nie miałem więc tego deficytu bezpośredniej rozmowy, jaką ma grany przez Artura Żmijewskiego bohater. Ten film jest bardzo silnie inspirowany moimi doświadczeniami, zwłaszcza postać Włodka dziadka, która jest inspirowana na moim ojcu. Reszta jest w dużej mierze konfabulacją, opartą na różnych ludziach i różnych doświadczeniach. Ale Włodek to wypisz wymaluj mój ojciec. Wzruszenia, które Michał jest w stanie wywołać, słuchając muzyki, to awatar mojego ojca. On miał dokładnie tak samo. A Acker Bilk to muzyka, którą mój tata grał i lubił. Dlatego jest w filmie.

Odkryciem filmu, poza poruszającą muzyką, jest Michał Urbaniak. Jak Pan przekonał producentów, że to właśnie człowiek, który musi zagrać Włodka?
Michał postawił wszystko na jedną kartę. Bardzo się skoncentrował. Efekt jest taki, że to nie jest, w filmie, Michał Urbaniak, tylko Włodek. On stał się Włodkiem, kiedy mówił swoje kwestie, mówił je szczerze, bo taki jest - to niezwykle szczery człowiek. To jest jego aktorstwo. On gra jakiś swój wariant życia. Michał wyjechał, poznał świat, zrobił ogromną karierę. Włodek został w Polsce, chałturzył, ale był szczęśliwym człowiekiem. W tym filmie dużą rolę odgrywa humor, a to poczucie humoru, które ma Włodek, miał mój ojciec. Zdolność do ekscentryzmu, upodobanie do dziwacznych dowcipów… Cały tata.
Michał Urbaniak, podobnie zresztą jak grający rolę wnuka Włodka Krzysiek Chodorowski, to naturszczyk - jak wyglądała praca tych dwóch amatorów z wybitnym aktorem, jakim jest Artur Żmijewski, którego Pan w tym filmie odczarował, dając mu szansę zagrania na miarę możliwości?
Artur wyciął ze swojego grafiku cztery tygodnie, co oznaczało, że serial "Ojciec Mateusz" był kręcony bez niego. Specjalnie wymyślono odcinki, w których go nie było. Cieszę się, że Pani to mówi, bo moim zdaniem to jedna z jego najciekawszych ról.

Od razu chciał Pan Żmijewskiego?

Szukałem. W pewnej chwili zadzwonił do mnie mój przyjaciel, współautor scenariusza, i powiedział o Żmijewskim. Oświeciło mnie, uznałem, że oczywiście, że tak. Naturalny wybór. "Psy 2", zimny, wstrętny. To był on.

Nie było konfliktu na linii: aktor z wieloletnim doświadczeniem, który ma świetny warsztat, i surowi filmowo Urbaniak i Chodorowski?

Nie, bo Artur poza tym, że jest genialnym aktorem, jest świetnym taktykiem. Od razu ułożył sobie z nimi pracę. Ośmielił ich, zbliżył do siebie. Michał przeżywał duży stres, na co Artur powiedział mu, żeby nie uczył się na sztywno kwestii, tylko odpowiadał na jego pytania. Cała trójka bardzo się zakumplowała. Chociaż muszę powiedzieć, że najbardziej Artura bał się Krzysiek. Trzęsły mu się ręce. Widząc to, powiedziałem do Artura, żeby wziął go do przyczepy i rozbroił, ośmielił. Artur wymienił z Krzyśkiem kilka zdań podczas przerwy, po których młody wyszedł zaczarowany i gotowy do zagrania swojej roli.

Wróćmy do tego, o czym jest film - o relacjach w rodzinie, głównie między mężczyznami. Nie bał się Pan banału?
Stało się coś, o czym każdy twórca marzy. Po filmie miałem zwrotne informacje, że film naprawdę dotarł do ludzi, wywierając wpływ na ich życie. Coś podobnego wydarzyło się po "Edim" kiedy pewien mężczyzna powiedział mi, że zdjął kłódkę ze śmietnika, żeby złomiarze mogli brać sobie złom. Tutaj ludzie mówią, że zadzwonili do swoich rodziców po np. dwóch latach nierozmawiania, że kobiety zaczęły częściej dzwonić do swoich matek. A wracając do pytania: wszystko już było. Więc wszystko można nazwać banałem. Trzeba z tego banału umiejętnie coś wybrać i pójść dalej. Drążyć. Opowiadać historie na nowo.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie