Piłkarskie zagrania esbecji

Grzegorz Majchrzak
W PRL bezpieka czuwała nie tylko nad tym, co mówi i robi zwykły Kowalski. Szczególnie interesowali ją sportowcy. O wyborze trenera kadry decydowała partia, a każdy piłkarz na wyjeździe miał swojego czujnego opiekuna - wspomina historyk IPN Grzegorz Majchrzak

W Polsce Ludowej społeczeństwo znajdowało się pod czujnym okiem bezpieki. Nie inaczej było też ze sportowcami, w tym piłkarzami. Czuwali nad nimi nie tylko oficjele z Polskiego Związku Piłki Nożnej, lecz także tajniacy ze Służby Bezpieczeństwa. A o wyborze trenera kadry narodowej decydował... Komitet Centralny Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.

Starsi kibice pamiętają zapewne jedną z najsłynniejszych afer w peerelowskiej piłce nożnej. Miała ona miejsce w listopadzie 1980 r. Wówczas to na lotnisko spóźnił się bramkarz naszej reprezentacji Józef Młynarczyk. Po prostu poprzedniego dnia wraz z kilkoma innymi piłkarzami zabalował w warszawskiej Adrii. Młynarczyka oskarżono o pijaństwo. W jego obronie stanęli Stanisław Terlecki, Zbigniew Boniek i Władysław Żmuda, tworzący radę drużyny. Trener Kulesza ustąpił, ale PZPN zawiesił wszystkich czterech piłkarzy, a selekcjonera odwołał.

Według Terleckiego cała afera... została zorganizowana przez SB, ponieważ rada drużyny domagała się zorganizowania związku zawodowego piłkarzy. Ponadto część kadrowiczów zaproponowała spotkanie z Janem Pawłem II podczas wyjazdu do Włoch. Nie trzeba chyba dodawać, że oba pomysły nie zostały przyjęte w partii z entuzjazem.

Ostatecznie piłkarze (poza Terleckim współorganizującym strajki na Uniwersytecie Łódzkim w sprawie rejestracji Niezależnego Zrzeszenia Studentów) ukorzyli się, skrócono im dyskwalifikację i mogli wyjechać na mistrzostwa świata w Hiszpanii.

Wersja Terleckiego wydaje się całkiem prawdopodobna, tym bardziej jeśli się pamięta, iż wyjazdy naszych piłkarzy (podobnie jak innych sportowców) odbywały się pod czujnym okiem bezpieki. Tak też było w przypadku meczów rozgrywanych przez nasze kluby poza granicami PRL (np. Boniek pamięta "smutnego pana" towarzyszącego drużynie Widzewa). Nie inaczej było też, gdy wyjeżdżała narodowa reprezentacja.

Niestety, zachowały się jedynie akta dotyczące "zabezpieczenia" mistrzostw świata w piłce nożnej w Meksyku w 1986 r. Wówczas to polską ekipę "ochraniał" funkcjonariusz SB Edward Kudybiński wyjeżdżający oficjalnie jako przedstawiciel Głównego Komitetu Kultury Fizycznej i Turystyki (notabene to właśnie GKKFiT ponosił koszty jego pobytu).

Esbek korzystał z pomocy kolegi z wywiadu Adama Pacholczaka i pięciu agentów. Nie udało się ustalić ich tożsamości. Wiadomo jednak, iż z całą pewnością znaleźli się oni m.in. w gronie sprawozdawców sportowych. Prawdopodobnie trzej z nich pisali swe korespondencje nie tylko dla kibiców sportowych. Skądinąd wielu znanych dziennikarzy sportowych pracowało na dwa fronty.

Nie sposób w tym miejscu nie przypomnieć o współpracy z bezpieką najbardziej chyba znanego i lubianego komentatora piłkarskiego Jana Ciszewskiego, który komentował aż trzy mundiale z udziałem Polaków (w 1974, 1978 i 1982 r.) Co ciekawe, na wszystkie te trzy imprezy wyjeżdżał już po zakończeniu współpracy z SB.

Wcześniej jednak raportował m.in. o zachowaniach naszych futbolistów. Przykładowo, relacjonując wyjazd na mecz Roma - Górnik Zabrze w 1970 r., informował: "Nie zauważyłem także ze strony górników żadnych prób szmuglu ani prób nielegalnego przewożenia dewiz".

Warto w tym miejscu przypomnieć, że ekipa towarzysząca piłkarskiej kadrze była starannie dobierana. Poczynając od wyboru trenera. I tak następcą Kazimierza Górskiego nie został jego stały współpracownik i asystent podczas mundialu w 1974 r. Andrzej Strejlau, a Jacek Gmoch.

Decyzja ta zapadła w KC PZPR. Zaważył na niej fakt, iż Strejlau w przeciwieństwie do Gmocha był bezpartyjny. Z kolei przed wyjazdem na mistrzostwa świata w Hiszpanii w 1982 r. sztab szkoleniowy wzmocniono o Bogusława Hajdasa, który przez większość swej trenerskiej kariery pracował w Gwardii Warszawa, czyli klubie resortu spraw wewnętrznych. A zastępcą szefa ekipy został komendant MO ze Śródmieścia Henryk Celak. W końcu w Polsce trwał stan wojenny i należało zachować czujność.

Zapewne niewiele już dziś osób pamięta, iż transmisje meczów piłkarskich były nieco opóźnione. Niby spotkania transmitowano na żywo, ale z kilkunasto-, kilkudziesięciosekundowym opóźnieniem, co pozwalało na zastąpienie relacji planszą "Przepraszamy za usterki" lub... na wstawianie obrazu ze spotkań innych drużyn.

Tak się działo np. podczas mundialu w 1982 r., kiedy hiszpańscy realizatorzy pokazywali trybuny, a na nich transparenty z napisem Solidarność. Nie inaczej było w przypadku spotkań naszych klubów. Przykładowo w 1983 r. widzowie nie mogli usłyszeć ani tym bardziej zobaczyć kibiców Lechii Gdańsk skandujących podczas meczu z Juventusem Turyn: "Solidarność", "Lech Wałęsa". Dbali o to pracownicy radia i telewizji pod czujnym okiem SB.

Esbecy starali się też ograniczyć kontakty naszych futbolistów ze światem zewnętrznym. I to nie tylko z łowcami piłkarzy i "panienkami", lecz także z przedstawicielami Polonii.

Oceniali również organizację wyjazdów oraz, już w ich trakcie, postawę działaczy i piłkarzy. Przykładowo - w czasie mistrzostw świata w Meksyku solą w oku esbeków był Zbigniew Boniek. Kudybiński zawodnikowi od czterech lat przebywającemu na Zachodzie zarzucał "negatywny wpływ zarówno na atmosferę wśród zawodników, jak i zapewne osiągnięty ostateczny rezultat". Esbekowi przeszkadzało np. kwestionowanie przez niego przyznania piłkarzom śmiesznie niskich premii dewizowych za udział i ewentualne sukcesy podczas mundialu.

Notabene, jak stwierdzał funkcjonariusz SB, zdecydowana większość zawodników prezentowała właściwą postawę polityczną.

Być może właśnie dlatego nie wybuchła taka afera jak 6 lat wcześniej na warszawskim Okęciu. I to mimo że podczas powrotu do kraju dwaj nasi kadrowicze mieli znajdować się "ciągle" w stanie nietrzeźwym, a nawet powodować częste interwencje personelu i samego kapitana. Uspokoił ich dopiero "dzielny" esbek.

Nie można też zapominać, że nasi futboliści nie tylko znajdowali się na celowniku bezpieki, lecz niekiedy także z nią współpracowali. Albo też - przynajmniej formalnie - w niej pracowali, ale nie byli funkcjonariuszami. Tak było w przypadku piłkarza krakowskiej Wisły Zdzisława Kapki czy wcześniej Andrzeja Strejlaua. Oczywiście nie trzeba dodawać, że były to etaty fikcyjne. Podobnie jak ich kolegów... górników dołowych.

Inna sprawa, że "kluby resortowe", czyli np. Legia Warszawa (wojsko) czy Gwardia Warszawa (milicja), miały możliwość sięgnięcia po najlepszych polskich piłkarzy, np. pod pretekstem odbycia zasadniczej służby wojskowej. I niekiedy odejście z nich było niezwykle trudne. Przykładowo, aby zatrzymać w tym klubie Stanisława Terleckiego, piłkarza Gwardii, próbowano wcielić go do Nadwiślańskich Jednostek Wojskowych MSW.

Jak sam wspomina, jego przejścia do ŁKS-u Łódź nie był w stanie załatwić nawet... minister włókiennictwa. A zawodnikiem tego klubu został dzięki protestom łódzkich włókniarek i ich spotkaniu z I sekretarzem KC PZPR Edwardem Gierkiem!

Zresztą oddzielnym tematem są związki peerelowskiego sportu z polityką i propagandą. I to nie tylko w czasach stalinowskich czy w latach 60. Żaden z naszych brązowych medalistów z Hiszpanii nie odmówił przyjęcia odznaczeń państwowych z rąk wicepremiera Mieczysława Rakowskiego.

A kilkakrotnie wspomniany wcześniej "niepokorny" Boniek był nawet inicjatorem spotkania z I sekretarzem KC PZPR Wojciechem Jaruzelskim w czasie mundialu. Z kolei bohater z Wembley Jan Tomaszewski uwiarygodniał swym nazwiskiem marionetkowy PRON. A działo się to wszystko w czasie wojny polsko-jaruzelskiej, czyli stanu wojennego.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

z
zainteresowany

Rzeczywiście wszystko to brzmi dosyć zabawnie i ukazuje działania sportowe za czasów PRL-u. Interesuje sie sportem nie od dziś a także jego historią i musze przyznać że artykuł porusza tylko ogóły i nie podaje ciekawych faktów, które znam z relacji naocznych świadków. To jaki wpływ wywierała partia na działaczy sportowych czy reprezentacje to fakt oczywisty ale ciekawe było jaki wpływ na polską piłkę mieli zawodnicy i nie chodzi mi wcale o gre na boisku. Pan Boniek zapewne dobrze pamięta te czasy :) To co działo się w druzynie reprezentacji mogło by posłużyć za scenariusz trillera obyczajowego. O Panu Hajdasie nie wspominająć :) heheh może warto kiedyś napisać o tym książkę.(Pan Hajdas z tego co pamiętam już zaistniał w jednej dziele literackim jako "hańba Polskiego Footballu" :) A to co wyprawia Boruc Majewski czy Dudka to nic wporównaniu z latami przeszłymi.......ach ten football ach ten profesjonalizm.......

Dodaj ogłoszenie