18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Pieniądze z hazardu chciał wziąć już PiS

Michał Karnowski
Gilowska: Gdy zajęłam się dopłatami, odezwali się lobbyści
Gilowska: Gdy zajęłam się dopłatami, odezwali się lobbyści Małgorzata Genca/POLSKA
Dwa lata temu Zyta Gilowska chciała wprowadzić dopłaty do hazardu. Projekt ustawy ugrzązł w konsultacjach.

Tak naprawdę gra o dopłaty do hazardu rozpoczęła się dużo wcześniej, zanim Zbigniew Chlebowski został szefem klubu PO, Mirosław Drzewiecki ministrem sportu, a Donald Tusk premierem.

Wszystko ma swój początek już 18 kwietnia 2007 roku, dzień po ogłoszenia przez UEFA decyzji o przyznaniu Polsce i Ukrainie organizacji mistrzostw Europy w piłce nożnej w 2012 roku.

Wtedy rozpoczęło się wielkie świętowanie, ale też szukanie pieniędzy na drogi, lotniska i stadiony. Ówczesna minister finansów i wicepremier w rządzie Jarosława Kaczyńskiego profesor Zyta Gilowska organizuje konferencję prasową.

Entuzjazmuje się, że chwila jest piękna, a "Polskę stać na Euro 2012". Podkreśla - jak relacjonuje dzień później prasa - że sama jest kibicem. I wreszcie ogłasza, jaki jest cel konferencji prasowej. Mówi: - Mam dobrą wiadomość. Znaleźliśmy w Ministerstwie Finansów 1 mld zł na budowę ośrodków sportowych, z których najważniejszy jest stadion w Warszawie

Gilowska wylicza, że miliard ma przynieść zmiana w ustawie o grach losowych. Przekonuje, że ministerstwo przygotuje ją do końca kwietnia. Potem zaś Sejm powinien przegłosować ją do końca roku. I tak w latach 2008-2011 co roku do budżetu ma wpływać z tego tytułu 250 milionów złotych. Co w perspektywie czterech lat daje miliard. Gilowska nie ujawnia jednak szczegółów. Media zaczynają więc drążyć temat.

Kilka dni później "Puls Biznesu" ujawnia, że prace nad nowelizacją ustawy hazardowej toczą się od listopada 2006 roku. Prowadzi je specjalny zespół powołany przez Gilowską, składający się z przedstawicieli resortów finansów, skarbu państwa i sportu. Gazeta twierdzi, że pieniądze na warszawski stadion, czyli kompleks Narodowego Centrum Sportu, ma przynieść "nałożenie na cały prywatny hazard quasi-podatku - specjalnych 10-procentowych dopłat".

W tym samym artykule wypowiada się wiceprezes Związku Pracodawców Prowadzących Gry Losowe i Zakłady Wzajemne... Jan Kosek. To postać dziś będąca na ustach wszystkich interesujących się aferą hazardową - jeden z dwójki biznesmenów rozmawiających o ustawie ze Zbigniewiem Chlebowskim. Wtedy, w kwietniu 2007 roku, Kosek na łamach prasy argumentował tak: "Rentowność salonów gier wynosi 4,5 proc., kasyn 1,2 proc., a zakładów bukmacherskich 0,9 proc. Gdzie tu miejsce na 10-procentowe dopłaty?"

Dziś profesor Gilowska doskonale pamięta tamten moment. - Powiedziałam o tym miliardzie publicznie, bo to były realne pieniądze, łatwe do ściągnięcia - wspomina. Według byłej wicepremier prace nad tym rozwiązaniem zaczęły się w Ministerstwie Finansów jeszcze przed objęciem przez nią stanowiska. - Gdy ruszyłam ten temat, zwaliła się na nas lobbingowa lawina - mówi Gilowska w rozmowie z "Polską".

Jej zdaniem lobbing ten wyglądał mniej więcej tak samo jak w obecnie opisywanej przez media historii. - Były wrzutki różnych zagadnień, wszystko podnoszone jako rzekomo bardzo ważne i pod pretekstem konieczności dopasowania do przepisów europejskich. Ale te przepisy - o czym doskonale wiedziałam - nie odnosiły się wprost do tej sprawy - mówi była minister finansów.
Opisuje też drugi wątek argumentów używany przy opóźnianiu prac nad ustawą. - Zaczęto nagle, na gwałt, dopominać się o jednoczesne uregulowanie zasad hazardu w internecie. Mówiono, że przecież przy okazji można to opodatkować, że po co ten pośpiech, że powinniśmy zająć się ta sprawą.

Wszystko, by spowolnić prace - opowiada. Gilowska dodaje, że równocześnie lobbyści rozpoczęli kampanię na ten temat w mediach: - Skutecznie dotarli do dziennikarzy. Widać, że robili to fachowcy - opowiada. Choć podkreśla: To się czuło, bo oczywiście do mnie żaden Kosek ani nikt inny dojścia nie miał - mówi.

Czy projekt ustawy w końcu trafił do Sejmu? Profesor Gilowska nie pamięta na pewno, ale jej zdaniem tak. - Nie jestem tylko pewna, czy był w pakiecie ustaw wysłanych do parlamentu przez rząd Kaczyńskiego jeszcze raz, już po wyborach, by ułatwić pracę następcom - mówi.

W opowieści Zyty Gilowskiej ciekawy jest jeszcze jeden wątek: istoty oporu, jaki budzi ustawa. Jej zdaniem wcale nie chodzi o stawkę podatkową, o wysokość dopłat do urządzeń hazardowych, ale o wymuszenie ewidencjonowania tych urządzeń. - To budzi największy opór, jak zresztą zawsze przy sprawach podatkowych - mówi.

W ujawnionych przez "Rzeczpospolitą" stenogramach znajdujemy fragment rozmowy Ryszarda Sobiesiaka (jeden z biznesmenów branży hazardowej) z Janek Koskiem: "Możemy się zwijać z branżą hazardową. Wszystkie automaty trzeba przerobić, wtedy będzie po zabawie, nikt grać nie będzie". I dalej stwierdzał: "Musimy Zbyszkowi wytłumaczyć, żeby to puścił dalej, że to jest dla nas kaplica... W tym układzie nikt nie zapłaci 180 euro od automatu". I jeszcze jeden fragment wypowiedzi Sobiesiaka: "Tym jednym rozporządzeniem wykończą złotą kurę".

Jedna rzecz zwraca uwagę w tym wszystkim bardzo mocno: wątek użytkowego, instrumentalnego traktowania polityków przez ten często szemrany biznes wraca niezależnie od tego, kto sprawuje władzę. Afery wokół prac legislacyjnych nad ustawami dotykającymi hazardu wybuchały już w czasach pierwszych rządów SLD, a potem wielokrotnie powracały. Wszystko to razem prowadzi do dwóch wniosków.

Po pierwsze, że obecna afera hazardowa to zaledwie wycinek procesu wpływania właścicieli salonów gier na kształt prawa, a po drugie, że nie można wykluczyć, iż proces ten przybrał kształt zależności mafijnej. Że niektórzy politycy nie tyle wykonywali nielegalne usługi w stosunku do biznesu, ale że są tego świata przedstawicielami. Że opłacono im kampanię wyborczą, a potem po prostu egzekwuje się zobowiązania.

Sprawa powinna być wyjaśniona, tym bardziej że przeszłość wraca już w wypowiedziach polityków PO, którzy wskazują opozycji, że za jej czasów też działy się dziwne rzeczy. Marszałek Sejmu Bronisław Komorowski mówił w poniedziałek rano w radiu Tok FM:
- Ja robię swoisty przegląd całej dokumentacji związanej z wszelkimi poprawkami do ustaw związanych z grami hazardowymi.

Nieoficjalnie można usłyszeć, że nie tylko on, ale też ewentualna komisja śledcza będzie też w jakiejś mierze wzajemnym wyciąganiem sobie brudów. Co akurat w tej sprawie nie byłoby niczym złym.

Gilowska: Gdy zajęłam się dopłatami, odezwali się lobbyści

Wideo

Komentarze 4

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

m
marekk

O Pan Karnowski zmienia front! Teraz PIS jest be? PO Pana przytuli? Wątpię,ale mam pytanie po co Polsce tT posiłki z Dziennika? Tamto pismo już padło, za sprawą owych "tuzów", którzy teraz psują PolskatT.

j
jep

Jak się coś pisze trzeba być samemu czystym.

M
Maria

Dziwne ale w tym artykule nie ma ani jednego słowa na temat wpływu pana Gosiewskiego na wycofanie dopłat z ustawy. I to należy nazwać stronniczością dziennikarza !!!!!!!!! Panie Karnowski wstyd, brak obiektywizmu to cecha dyskwalifikująca dziennikarza !!!!!!!!!!

r
r46

- czy jak to tam było - kto to pamięta co było w piątek ?

Dodaj ogłoszenie