3/8 Zamknij

Partyzantem, który także dał się we znaki czerwonej władzy, był Marian Bernaciak ps. „Orlik”. Urodzony w 1917 r., przed wojną był skromnym urzędnikiem

Wikipedia/domena publiczna

Poprzednie Następne
Przeglądaj również za pomocą strzałek na klawiaturze Poprzednie Następne

Bitwa w Lesie Stockim. Masakra w wąwozie

Partyzantem, który także dał się we znaki czerwonej władzy, był Marian Bernaciak ps. „Orlik”. Urodzony w 1917 r., przed wojną był skromnym urzędnikiem pocztowym w Sobolewie nieopodal Dęblina. Podczas okupacji należał do ZWZ-AK. Najpierw był szefem Kedywu Podobwodu A (Dęblin-Ryki) w Obwodzie AK Puławy. W 1943 r. utworzył własny oddział leśny, który mógł pochwalić się dwudziestoma większymi akcjami przeciwko Niemcom. W czasie „Burzy” jego 200-osobowa grupa zajęła Ryki bez pomocy sowietów. Następnie „Orlik” próbował przebić się ku walczącej Warszawie, jednak jego pochód zablokowali czerwonoarmiści. W tej sytuacji partyzant zdemobilizował swoich ludzi i wrócił do cywila.

Nie wytrzymał jednak długo. Nie mógł obojętnie patrzeć na podstępne aresztowanie przywódców Państwa Podziemnego, nasilający się terror nowej władzy wobec dawnych akowców, a także szerzący się bandytyzm. W marcu 1945 wrócił do lasu. Liczebność jego nowego oddziału, podporządkowanego Delegaturze Sił Zbrojnych na Kraj, rosła w szybkim tempie. Zasilali go głównie rozbitkowie z rozformowanych grup podziemia, dezerterzy z LWP, a także akowcy, którzy uciekli z więzień UB. W krótkim czasie „Orlik” znów zebrał pod swoją komendą 200 żołnierzy.

Grupa Bernaciaka miała na swoim koncie kilka spektakularnych akcji. 24 kwietnia zdobili gmach PUBP w Puławach uwalniając 107 więźniów i zabijając kilku ubeków. 1 maja, podczas obchodów Święta Pracy, zajęli Kock i urządzili tam antykomunistyczny wiec. Tego samego dnia „orlikowcy” starli się z większą grupą funkcjonariuszy UB, kładąc trupem dwunastu z nich. „Utrwalacze władzy ludowej” chcieli ich dopaść za wszelką cenę.

CZYTAJ TAKŻE: Żołnierze Wyklęci w Podlaskiem. Ujawniono tajny raport agenta CIA w Polsce

24 maja w miejscowości Las Stocki, położonej kilka kilometrów na wschód od drogi Kazimierz Dolny-Puławy, około stuosobowy oddział „Orlika” odpoczywał po wyczerpującym marszu. Po paru godzinach dołączyła do nich kilkudziesięcioosobowa grupa partyzantów por. Czesława Szlendaka ps. Maks.

Tymczasem w oddalonym o kilka kilometrów na południe Wierzchoniowie pojawiła się zmotoryzowana grupa operacyjna UB i NKWD, która jechała na akcję w okolice Kazimierza Dolnego. Tam spotkali ojca jednego z milicjantów, który doniósł im o popasających w Lesie Stockim polskich żołnierzach. Bezpieczniacy postanowili zaatakować wieś. Było ich ponad osiemdziesięciu (52 z NKWD, 30 z UB), byli świetne uzbrojeni, a do tego mieli ze sobą samochód pancerny.

Przed godz. 19:00 enkawudziści i ubecy podzielili się na cztery mniej więcej równe grupki, które zablokowały partyzantom wszelkie możliwe drogi odwrotu ze wsi. Po tych przygotowaniach jedna z nich ruszyła do natarcia wspierana ogniem z tankietki. Od pocisków zajęły się strzechy domów. Rozpoczęła się chaotyczna strzelanina. Padło kilku partyzantów. Początkowo zaskoczeni polscy żołnierze chcieli się wycofać, ale gdy zrozumieli, że są otoczeni, przystąpili do obrony. Otrząsnąwszy się z pierwszego szoku, ludzie „Orlika” przeszli do prowadzonego w małych grupach kontrnatarcia. Walki przeniosły się na peryferia miejscowości i do pobliskich wąwozów, porośniętych lasem. Oto jak wspominał jeden z epizodów bitwy Jerzy Skolimowski ps. Znicz:

„Orlik” nakazał mnie i „Płonce” rozstawić lotnicze kaemy nad wąwozem, gdzie wycofali się się nasi ludzie. Czekaliśmy na wroga. Po pewnym czasie nadjechał transporter z kilkunastoma Rosjanami, który kierował się w stronę wąwozu, chcąc nam prawdopodobnie odciąć drogę odwrotu. Wszyscy strzelali na oślep po zaroślach i krzyczeli: smiert lachom, smiert lachom. Kiedy pojazd zbliżył się na dogodną odległość, zaterkotały nasze kaemy. Niebieski oślepiający ogień kul zapalających przeleciał po burcie pojazdu. Ruscy spostrzegli, że są w potrzasku, przestali krzyczeć i zaczęli podnosić ręce do góry. Po następnych celnych seriach niebieski ogień pojawił się na ich mundurach. Nikt nie uszedł z życiem.

W innym miejscu partyzanci „Orlika” osaczyli w jarze kolejną grupę komunistycznych funkcjonariuszy. Oto relacja Stanisława Królika ps. Sosna:

W wąwozie zawrzało jak w ulu, słychać było jazgot broni maszynowej, wybuchy granatów oraz krzyki i nawoływania dowódców. Zażarta walka toczyła się o każdy metr terenu. Mijały godziny, przeciwnik słabł i cofał się, aż w końcu został zepchnięty do bardzo głębokiej końcowej części wąwozu. Otoczony ze wszystkich stron, oddawał resztki swoich sił. Naraz słychać było żałosne: „Panowie nie strzelajcie, my milicja”. „Przerwać ogień”, pada rozkaz dowódców i wezwanie: „wychodzić”. Po chwili ciszy dochodzi głos oficera NKWD: „job waszu mat, nie poddajsa, strielaj”. Znów piekło zaczynało się na nowo.

Około godz. 22, gdy zapadł zmrok, bitwa powoli dogasała. Do „Orlika” dotarła wieść, że od strony Puław zbliża się z odsieczą duża kolumna samochodowa. Wtedy też zarządził odwrót. Partyzanci udali się najpierw na południowy wschód, a potem skręcili na północ. W kilka dni później oddział Bernaciaka przeprawił się promem przez Wisłę na teren dawnego przyczółka warecko-magnuszewskiego. Tam był chwilowo bezpieczny.

W walkach o Las Stocki zginęło, i tu badacze są bardziej zgodni, od 30 do 40 bezpieczniaków. W tej liczbie znajdowało się od 20 do 28 sowietów i od 9 do 12 funkcjonariuszy UB i MO. Wśród zabitych znaleźli się kpt. Henryk Deresiewicz, naczelnik Wydziału do Walki z Bandytyzmem WUBP w Lublinie, i Aleksander Ligęza, zastępca szefa PUBP w Puławach. Po stronie „orlikowców” zginęło tylko ośmiu ludzi. Według znanego historyka Grzegorza Motyki, było to „największe zwycięstwo żołnierzy z AK-WiN odniesione nad wojskami NKWD-UB w historii polskiego antykomunistycznego podziemia”.

(Na zdjęciu: Marian Bernaciak ps. "Orlik") Wróć do artykułu

Najnowsze wiadomości

reklama

Polecamy