Peter Sagan to kolarz z innej planety, Michał Kwiatkowski chce zapomnieć o Bergen

Arlena Sokalska
Arlena Sokalska
Zaktualizowano 
Dla Sagana (w środku) to trzeci rok z rzędu, w którym zdobył złoty medal mistrzostw świata.
Dla Sagana (w środku) to trzeci rok z rzędu, w którym zdobył złoty medal mistrzostw świata. AP/EAST NEWS
Słowak Peter Sagan po raz trzeci z rzędu został mistrzem świata. W Bergen okazał się szybszy od Norwega Aleksandra Kristoffa i Australijczyka Michaela Matthewsa. Michał Kwiatkowski zajął 11. miejsce.

- Bergen odchodzi w niepamięć - mówił Michał Kwiatkowski, gdy już po kontroli dopingowej dotarł do autobus polskiej reprezentacji, którą licznie oblegli kibice w biało-czerwonych barwach. - Do końca wierzyłem, że jestem w stanie ten wyścig wygrać. Z taką motywacją stawałem na starcie, z taką motywacją przygotowywałem się ponad rok, a skończyłem z niczym - dodał przygnębiony. Jak przyznał, udawało mu się wygrywać z zawodnikami, którzy ukończyli wyścig wyżej od niego, ale tym razem czegoś zabrakło.

O tym, jak może potoczyć się ten wyścig wszyscy debatowali od kilku dni. Od roku kolarze nastawiali się na deszczowe mistrzostwa świata - bo w końcu odbywają się one w mieście, o którym mówi się żartobliwie, że pada tu 400 dni w roku. Tymczasem sobotni wyścig kobiet odbywał się w pełnym słońcu, z kolei w niedzielę było pochmurnie, ale nawet nie pokropiło. Michał Kwiatkowski już w piątek rozpatrywał taki scenariusz, że jeśli nie będzie padać, może dojść do finiszu z większej grupy. I tak się stało, choć wszyscy byli pełni nadziei na zwycięstwo.

Drużyna, motywacja, mobilizacja - to hasła, które padały w polskim obozie przed weekendowymi wyścigami ze startu wspólnego kobiet i mężczyzn. Wszystko było zapięte na ostatni guzik, a selekcjoner kadry mężczyzn Piotr Wadecki zapowiadał, że wszyscy wiedzą, co mają robić - zarówno kolarze, jak i obsługa. Po doświadczeniach z wcześniejszych wyścigów ustalono nawet, że nasza reprezentacja będzie miała mechaników nie tylko w samochodach technicznych. Stosunkowo wąska trasa sprawiała, że w niektórych momentach był kłopot z dojazdem do zawodników. Dlatego też w strefie bufetu stali również mechanicy. - W przypadku jakiegoś kłopotu będziemy podejmować decyzję na gorąco - mamy kontakt radiowy, więc będzie można zdecydować, czy zawodnik da radę podjechać do mechanika, czy musi wzywać samochód - mówił Wadecki.

Z kolei kolarze szykowali się przede wszystkim psychicznie. Wszyscy zapewniali, że są w dobrej dyspozycji, potrzebna jest pełna mobilizacja. - Jest nas tylko sześciu, musimy skorzystać z pracy innych ekip - mówił przed startem Michał Gołaś. - Najważniejsze, żebyśmy byli z Michałem Kwiatkowskim najdłużej jak się da, któryś z nas musi go doprowadzić na jak najlepszej pozycji przed ostatnim podjazdem i ewentualnie pomóc w finiszu, gdyby doszło do sprintu z większej grupy - dodał.

Z kolei Paweł Poljański wciąż podkreślał, że przyjechał na wyścig w pełni zmobilizowany i z pełną wiarą w zwycięstwo Kwiatkowskiego. - Takich chwil, jak w Ponferradzie się nie zapomina - mówił. - Od tamtego czasu wszyscy wierzymy, że jesteśmy drużyną, która potrafi wygrywać - zapewniał z kolei Gołaś.

Jeśli chodzi o taktykę wiele do myślenia dał wyścig kobiet, choć wyścigi mężczyzn rządzą się trochę innymi prawami. Katarzyna Niewiadoma zaatakowała bardzo silnie na Salmon Hill. A gdyby podjazd był ciut dłuższy, Annemiek van Vleuten nie zdołałaby do niej dociągnąć i cały wyścig mógłby się potoczyć inaczej. Polka musiała jednak walczyć z trzema Holenderkami, a nie był to pojedynek łatwy. Mimo to Niewiadoma, która nie jest sprinterką zdołała zafiniszować na piątym miejscu. - Sprint mi nie wyszedł, ruszałam się jak mucha w smole - mówiła samokrytycznie na mecie kolarka, która ograła kilka zawodniczek teoretycznie szybszych od niej. Jednak jak sama przyznała to odczucie było spowodowane trudami wyścigu.

Wiele kilometrów przejechanych w tak szybkim tempie sprawia, że sprinterzy są - jak mówią - kolarze „ubici”. Na ostatnim podjeździe musimy wybić im z głowy myśl o tym, że uda im się przetrwać - mówił Gołaś.

Już po wyścigu, gdy wszyscy Polacy zjawili się przy busie reprezentacji, kolarze mieli nosy opuszczone na kwintę. - Była szansa na medal w sprincie, tym niemniej nasze nadzieje pogrzebało to, że ta grupa była duża, a sprinterzy przetrwali - mówił Gołaś. - Przez długi czas mieliśmy ten wyścig pod kontrolą, pracowałem od początku i dałem z siebie wszystko - tłumaczył z kolei Maciej Bodnar, który panował nad peletonem przez wiele kilometrów. To on kasował wszystkie akcje zaczepne na wielu rundach, choć wciąż odczuwa skutki środowej kraksy. - Mieliśmy tu jeden cel - zwycięstwo Michała. Ale na osłodę pozostaje fakt, że będę miał dalej w drużynie kolegę w tęczowej koszulce - dodał. Bodnar jest na innych wyścigach kluczowym pomocnikiem Słowaka, który niedawno świętował setne zwycięstwo w zawodowej karierze. Wiele z nich zawdzięcza właśnie pomocy ze strony Polaka.

I choć Peter Sagan jeszcze przed wyścigiem sprawiał wrażenie, że nie ciąży na nim żadna presja, był jednak faworytem, to jego zwycięstwo typowali bukmacherzy. Sagan co prawda mówił, że nie zamierza nawet zapoznawać się z trasą, bo na pierwszych rundach pozna ją wystarczająco dobrze, ale to była tylko zasłona dymna. Słowak nie miał wokół siebie bardzo silnej reprezentacji, wykorzystał pracę innych. Już po wyścigu też z właściwą sobie dezywnwolturą przekonywał dziennikarzy, że nie atakował wcześniej, bo nie miał zamiaru się męczyć i czekał, co się wydarzy. Słowak za około miesiąc zostanie po raz pierwszy ojcem i już po wyścigu żartował, że z pewnością od kogoś dostanie tęczowe śpioszki dla maleństwa.

I choć Sagan przez cały wyścig nie wychylił nawet nosa z peletonu, znów okazał się bezkonkurencyjny na finiszu. Jest pierwszym w historii kolarzem, który zdobył mistrzostwo świata trzeci rok z rzędu. Przed nim byli trzykrotni mistrzowie świata: Alfredo Binda, Oskar Freire, Eddie Merckx i Rik Van Steenbergen, ale ci zawsze mieli jakąś przerwę w zdobywaniu tytułów.

Michał Kwiatkowski chciałby o tym wyścigu jak najprędzej zapomnieć, ale przyznać trzeba, że Bergen - niezbyt wielkie - jak na nasze warunki miasto (liczy ok. 250 tys. mieszkańców, mieszka tu ok. 10 tys. Polaków) zapewniło kapitalne mistrzostwa. Od niesamowitych widoków na fiordy po znakomitą publiczność. Kibice dopisywali nawet na wyścigach juniorskich, a w niedzielę było ich tylu, jakby nikt nie został w domu, a wszyscy wyszli na trasę.

Wszyscy polscy kolarze podkreślali, że jeszcze nigdy nie było na mistrzostwach świata tylu polskich flag, a kibice głośno dopingowali w naszym języku. - To nie były dla mnie udane mistrzostwa - skonstatował Maciej Bodnar, który chciał tu walczyć też o medal w jeździe indywidualnej na czas, ale dwa razy upadł na trasie. - Na plus byli tylko polscy kibice - podsumował.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie