Paweł Wysoczański: Miałem szczęście, że znalazłem Helenę Pyz

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Paweł Wysoczański
Paweł Wysoczański materiały prasowe
Udostępnij:
Helena Pyz do ośrodka trędowatych przyjechała w 1989 roku. Prymas Józef Glemp dał jej 3 tysiące dolarów na pierwsze działania. Pieniądze przewiozła, ukryte w dyskretnej części garderoby – o swoim filmie „Jutro czeka nas długi dzień” i bohaterce opowiada reżyser Paweł Wysoczański.

Indie, trędowaci i niezwykła bohaterka. Helenie Pyz, lekarce, która niesie pomoc chorym poświęciłeś swój najnowszy film „Jutro czeka nas długi dzień”. Najbardziej uderzyła mnie intymność, z jaką pokazujesz jej życie i nią samą.
Myślę, że w pracy nad filmem dokumentalnym najważniejsze jest zaufanie. Helena Pyz nam zaufała, zaakceptowała nas. Pewnie niełatwe życie w Indiach trochę zmusza ją do tego, żeby być twardą, ostrą, ale wobec nas – ekipy filmowej – taka nie była. Helena ma w sobie dużo delikatności. Chciałem, aby to był film subtelny. Zależało mi na tym, by pokazać, że dla kilkuset dzieci w ośrodku w Jeevodaya Helena jest mamą i zarazem nie jest nią dla żadnego z nich.

Widać w scenie, w której Helena Pyz śpi z jedną z dziewczynek – tak bardzo prywatnej i pod prąd w dzisiejszych czasach poprawności politycznej.
Nie uważam, aby ta scena była pod prąd czegokolwiek. To poprawność polityczna bywa pod prąd zdrowemu rozsądkowi i naturalnym, ludzkim odruchom. Helena kocha dzieci, one kochają ją. Jeśli potrzebują jej bliskości, to ona z nimi po prostu jest i niczego zdrożnego w tym nie ma. Helena nam zaufała i odsłoniła swoje życie. To fundament dokumentalnego kina – jakkolwiek definiowanego. Druga sprawa: miałem kapitalną ekipę. Autorem zdjęć jest Bartek Bieniek, za dźwięk odpowiadała Ania Rok. Bez nich nie udałoby mi się zrobić takiego filmu. Chcieliśmy pokazać intymność, ale bez wchodzenia z butami w życie bohaterów. Dlatego kamera jest daleko; sceny nagrywaliśmy długą ogniskową, co wymagało dużej pracy. Ania dbała, żeby Helena czy inni bohaterowie mieli zawsze przypięte mikroporty. Helena tak się do tego przyzwyczaiła, że wręcz spać chodziła z mikroportem. Żartowaliśmy, że będziemy też nagrywać ją w nocy i przekonamy się, czy mówi przez sen.

Ona doskonale zna rzeczywistość w jakiej funkcjonuje, kulturę Indii, mentalność Hindusów. I ma duże poczucie humoru.
Helena ma dystans do siebie i potrafi się z siebie śmiać. Mimo że los jej samej nie oszczędzał. Po przebytym w dzieciństwie polio, jeździ na wózku inwalidzkim i żeby dojechać do przychodni, czy gdziekolwiek w ośrodku, ktoś musi jej pomóc, bo na drodze są kamienie i nierówności, to nie są europejskie warunki. Nie ma do tego wyznaczonej jednej osoby, nie ma dyżurów, wokół niej ciągle kręcą się dzieci, więc jeśli Helena chce gdzieś jechać, to natychmiast ktoś się zjawia, żeby jej pomóc. To jest bardzo wymowne dla jej punktu widzenia - pomagając ludziom, ona sama jest zależna od tych ludzi, bo bez nich się nie przemieści. Mam nadzieję, że widz zrozumie, dlaczego czasem jest surowa i kategoryczna, dlaczego w taki sposób musi pokazywać siebie. Trzeba też pamiętać o tym, że w Indiach nadal prześladują chrześcijan, w stanie Orisa zdarzają się przypadki podpaleń kościołów, zabójstw chrześcijan. Mogę się domyślać, pod jak niebywałą presją Helena tam żyje. Nigdy tego nie okazała.

Ile czasu spędziłeś w Indiach pracując nad tym filmem?
W ośrodku dla trędowatych i ich dzieci byliśmy siedem razy. Pierwszy raz pojechałem sam na ponad miesiąc. Chciałem poznać Helenę i chciałem, żeby ona poznała mnie. Dzień w Jeevodaya zaczyna się od mszy w kościele. O 6.30 rano. Ani ja, ani moja ekipa szczególnie blisko kościoła nie jesteśmy, ale wydawało nam się to naturalne, aby uszanować zwyczaje miejsca w jakim przebywamy. Mieliśmy dużo szczęścia, że udało nam się pokazać w filmie kościół w Jeevodaya i to, jak dostojnie się on prezentuje. A właściwie prezentował... Stary, spatynowany, wyglądał jak kolonialny budynek z XIX wieku. Już po zakończeniu zdjęć, kiedy pojechałem do Indii, aby pokazać bohaterom film, ze zgrozą zobaczyłem, że kościół został odnowiony. Zadowoleni z siebie Hindusi odmalowali go po swojemu: na różowo, fioletowo, żółto. Zrobili z niego Disneyland. Helena zagryzła zęby i zaakceptowała to, bo co innego jest dla niej ważne. Ale pamiętam swoją reakcję … (śmiech). Gdybyśmy musieli kontynuować zdjęcia, to mielibyśmy gigantyczny problem z tym Disneylandem w tle.

Jak to się właściwie stało, że to Helenie Pyz postanowiłeś poświęcić film?
Muszę się cofnąć do 2010 roku, kiedy związałem się z Fundacją dla Somalii i zacząłem do Somalii jeździć. Poznałem tam fantastyczną kobietę – polską lekarkę, która w Polsce pracowała w szpitalu, a kiedy miała urlop, to na miesiąc wyjeżdżała do Somalii. Wyrazista, charyzmatyczna postać. Uznałem, że to wspaniała bohaterka na film. Zdobyłem finansowanie z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Zacząłem zdjęcia i wtedy, w Mogadiszu, w zamachu zginął Abdulcadir Farah Gabeire.

Prezes Fundacji dla Somalii. To jemu zadedykowałeś ten film.
Tak. Kiedy zamordowano Abdula, straciliśmy przyjaciela. Fantastycznego człowieka, pełnego empatii dla innych. Bohaterka – lekarka pracująca w Somalii – nie chciała już brać udziału w filmie, nie chciała wracać do Somalii. Znalazłem się w niecodziennej sytuacji – miałem pieniądze na film, ale nie miałem bohaterki. Postanowiłem więc jej szukać. Chciałem zachować ideę – film miał dotyczyć Polaków, pomagającym ludziom na krańcach świata. To, jak się przekonałem, jest temat wielki i wciąż nieodkryty przez twórców i publiczność, przez samych Polaków. Czy w powszechnej świadomości funkcjonuje wiedza o ojcu Marianie Żelazku, który w Puri w Indiach założył słynny w Indiach ośrodek dla trędowatych? Hindusi zgłosili go do pokojowej Nagrody Nobla. Tymczasem w Polsce, poza reportażami, nikt nie poświęcił mu więcej uwagi. Podobnie z dr Wandą Błeńską, która stworzyła i przez ponad 50 lat pracowała w ośrodku dla trędowatych w Ugandzie. Chcę zaznaczyć, że Polacy nie są „ekspertami od trędowatych”. Polscy misjonarze i lekarze świeccy pracują nad wszelkimi objawami nędzy i chorób: w Afryce, Ameryce Płd., wszędzie w Azji. Ta praca najczęściej nie ma podłoża religijnego, wynika z chęci niesienia pomocy najuboższym. Dlaczego nasz kraj nie interesuje się tymi bohaterami? Nie potrafię sobie tego wytłumaczyć.

Jak poznałeś Helenę Pyz?
Trafiłem najpierw na Wakacyjne Spotkania Misjonarzy, które każdego roku odbywają się pod koniec czerwca w Warszawie. Przyjeżdżają na nie z całego świata tzw. zwyczajni ludzie – wyglądający bardzo niepozornie, ale ich życiorysy mogłyby posłużyć na niejedną powieść czy film. Zaczynałem z kimś „niepozornym” rozmawiać i okazywało się, że ten ktoś od 30 lat pracuje w Kamerunie, w Republice Środkowo Afrykańskiej, był rozjemcą walczących, w Wenezueli stara się nawracać gangsterów itd. Poznałem wielu nadzwyczajnych ludzi, słuchałem ich historii, poleciałem nawet za potencjalnym bohaterem na Papuę Nową Gwineę, myśląc, że tam znajdę tego kogo szukam. Ale olśnienie przyszło później. Na Helenę Pyz trafiłem, kiedy przyleciała z Indii do Polski. To był 2016 rok. Spojrzała mi w oczy i uścisnęła rękę w sposób, że poczułem jej siłę. Każdy z wcześniejszych bohaterów moich filmów to silny człowiek – niezależnie, czy to babcia ze Śląska, czy himalaista Jerzy Kukuczka. Poczułem, że to jest to. Pojawiła się chemia, na którą czasem czeka się latami, a czasem ona nie przychodzi... Miałem szczęście – znalazłem Helenę Pyz. Ona prócz tego, że jest lekarką trędowatych, jest też administratorką ośrodka, skarbnikiem, wypłaca ludziom pensje. A nade wszystko jest opiekunką, „mamą” dla uczących się tam dzieci. Przyznam, że obawiałem się trochę apodyktyczności Heleny. Bałem się, że ona…

… będzie chciała Cię ustawiać?
Tak. Że to ona będzie reżyserem tego filmu. Z drugiej strony znam siebie i wiem, że na to bym nie pozwolił, więc miałbym jeszcze bardziej dramatyczną sytuację, bo pewnie trzeba by przerwać film. Bałem się też czego innego : skoro ona jest tak bardzo silną, czasami despotyczną osobą, to taki jej wizerunek może w filmie dominować. Aż odkryłem, że Helena ma naturę osoby – powtórzę – delikatnej. Ma wielkie serce, które czasem musi skrywać. Bardzo chcieliśmy tę jej powłokę „żelaznej damy” odsłonić.

Widz kocha ją od pierwszej sceny.
Myślę, że jej relacje z dziećmi są niezwykłe. Uratowała życie wielu z nich, wielu wychowała, wysłała na studia. Dzieci, które być może by nie żyły... W Jeevodaya są dzieci, które były zostawiane pod bramą ośrodka. Jest dziewczynka, która została znaleziona z roztrzaskaną głową – ktoś próbował ją zabić, ale się nie udało. Przez kilka lat cierpiała na silną epilepsję. Przeszła w Polsce szereg operacji i dziś jest z nią znacznie lepiej. To nie jest jedyny przykład.

Helena Pyz to postać wielowymiarowa. Jest twarda, czasem gruboskórna, nie przebiera w słowach, kiedy przyjmuje pacjentów i widzi, że nie stosują się do jej zaleceń. Inna jest przy dzieciach – cierpliwa, czuła. A jeszcze inna w sytuacjach zupełnie prywatnych, kiedy pozwala sobie na pokazanie zmęczenia czy bezradności, jak wtedy, kiedy mdleje, albo upada z wózka.
Na tym między innymi polega jej klasa i wielkość, że pozwoliła mi zrobić mój własny film. Brała w nim udział w identyczny sposób, w jaki leczy ludzi – bez kompromisów. Jak trzeba coś zrobić, to robi. Jest bardzo związana z kościołem, ale nie to jest w filmie tematem. Nie chciałem robić chrześcijańskiego filmu. Tak jak nigdy nie chciałbym zrobić filmu antyklerykalnego.

Nie udało Ci się uciec od tego, że film ma przesłanie głęboko humanistyczne; łączysz w nim zarówno hinduizm jak i chrześcijaństwo.
Stało się tak, kiedy okazało się, że przed kamerą chce wystąpić ojciec Asthon. Był szczery, niczego nie maskował i trwał w przeświadczeniu swoich racji. Jest katolickim księdzem, pallotynem, ale jest też Hindusem, wywodzi się z tej kultury. A dla Hindusów zajmowanie się trędowatymi to nie jest szlachetne zajęcie. Trędowaci w Indiach są poza najniższą kastą; są niewidzialni, niedotykalni. Nie uznaje się ich jako ludzi.

W filmie oglądamy postawę Heleny Pyz kontra postawa księdza Asthona. Ksiądz chce, aby rodzice płacili za szkołę dzieci, której jest dyrektorem. Ona jest dla dzieciaków mamą – on wśród uczniów chodzi z kijem i chce, aby mu donoszono. Na tym konflikcie budujesz opowieść. Nie ma wątpliwości, po której stronie jest dobro.
Dla mnie ważne jest to, że Ashthon również nam zaufał. Pozwalał zostawiać kamerę w różnych miejscach, w których przebywał. Oswoił się z nami. Z drugiej strony była między nami umowa, że zobaczy film przed jego wypuszczeniem. Bardzo bałem się jego reakcji, kiedy przyjechałem w lutym, żeby pokazać Asthonowi i Helenie film. Niezwykłe było to, że po obejrzeniu filmu uznał, że film jest w porządku, z jego punktu widzenia on w filmie wypada znakomicie, nie robi nic złego. To, że chce się wzbogacać, to dla niego powód do dumy, jego przełożeni dzięki temu go cenią. To, że chodzi z kijem wśród dzieci? To w Indiach norma. Kto był w Indiach, ten wie, że kij to atrybut policjanta, kogoś, kto ma władzę. Bez tego kija Asthon nie byłby szanowany.

Ale też kochany – tak jak Helena Pyz – on nie jest.
Ma paru swoich zaufanych, którzy z nim trzymają, po to głównie, żeby mieć z tego korzyści. Donoszą mu – my to nazywamy donosicielstwem, ale z punktu widzenia tych chłopców, to jest sposób na to, jak sobie dać radę. Są zadowoleni, że dzięki temu mają z nim bliższą relację, dostają więcej, czego inni chłopcy nie dostają. Ocena Asthona wynika z naszego, europejskiego punktu widzenia. Co podkreśla sama Helena.

Jak funkcjonuje ośrodek dla trędowatych w Jeevolaya?
Daje schronienie ludziom chorym, bezdomnym, chorym na trąd – których w Jeevodaya mieszka kilkadziesiąt osób. Oprócz tego funkcjonują dwie szkoły – hindi i angielska. Dyrektorem angielskiej szkoły jest właśnie ojciec Asthon; chciał wprowadzić za nią opłaty i to mu się udało. Przełożeni – ojcowie pallotyni są z niego zadowoleni, ale to powoduje, że z roku na rok biednych dzieci w tej szkole jest coraz mniej. Szkoła prowadzona w języku hindi jest za darmo dla wszystkich. Oprócz dzieci trędowatych, nieuleczalnie chorych, mieszkających w ośrodku, chodzą do niej również dzieci rodzin z okolic, których po prostu nie stać na opłaty. Ośrodek Jeevodaya funkcjonuje dzięki darczyńcom z Polski. Kiedyś darczyńcami byli głównie Polacy mieszkający w USA, czy Niemczech, ale od jakiegoś czasu wyparli ich Polacy mieszkający w Polsce. Wygląda na to, że nie tylko się bogacimy, ale też chcemy się dzielić. W Jeevodaya możliwa jest adopcja serca i wpłaty na utrzymanie dzieci. Helena opowiedziała mi historię o pewnym panu, który wpłacił na ośrodek ogromną sumę pieniędzy - 100 tysięcy złotych. Wszyscy myśleli, że się pomylił, więc skontaktowano się z nim w tej sprawie, ale odpowiedział, że nie ma tu żadnej pomyłki. Okazał się skromnym, niezamożnym człowiekiem, który przez ponad 30 lat odkładał z pensji, a potem emerytury znaczną część dochodów, po to właśnie, aby pomóc Jeevodaya.

Ośrodek założył ksiądz Adam Wiśniewski w latach 60.
Ksiądz Adam Wiśniewski od dziecka planował życie na misjach. Był zafascynowany historią XIX-wiecznego misjonarza – ojca Damiana z Belgii, który na własne życzenie popłynął na Molokai, hawajską wyspę, wtedy zesłanie dla trędowatych, czy jak mówiono, wyspę przeklętą. Film o tej historii pt. „Molokai” zrobił Paul Cox. Misjonarz sam zaraził się trądem, zmarł na Hawajach. Ksiądz Adam Wiśniewski zafascynowany tą historią przyjechał do Indii w latach 60-tych. Na początku za ośrodek służyły mu dwa namioty. Ksiądz zaczynał od zera i wszystko robił sam. Gołymi rękami opatrywał rany trędowatym. Jeden z trędowatych, którego poznałem w Jeevodaya, opowiadał mi, że ksiądz Adam czyścił jego rany z trądu przez wiele miesięcy. Ojcu Wiśniewskiemu na pustkowiu udało się zbudować ośrodek złożony z kilkunastu budynków, pomagający setkom ludzi rocznie. Nadał mu nazwę Jeevodaya, co w sanskrycie znaczy świt życia. W latach 80. ksiądz zachorował na nowotwór. Dowiedziała się o tym lekarka z Warszawy Helena Pyz – przypadkiem, gdzieś na imieninach u koleżanki – wtedy usłyszała, że jeśli ksiądz Adam umrze, to setki, jeśli nie tysiące trędowatych z Jeevodaya zostaną bez opieki.

Odebrała to jako wyzwanie.
Helena Pyz lubi wyzwania. Do Jeevodaya przyjechała w 1989 roku, już po śmierci księdza. Prymas Józef Glemp dał jej 3 tysiące dolarów na pierwsze działania. Pieniądze przewiozła, ukryte w dyskretnej części garderoby. Pojechała w fazie upałów i uzmysłowiła sobie, że to inny świat. Kiedy chciała umyć zęby, pasta była tak gorąca, że parzyła ją w dziąsła. Miejscowi radzili, aby moczyła prześcieradło i kładła je na łóżko przed snem, to będzie nieco lepiej. Nie spodziewała się, że zostanie tam długo. A została na 30 lat i nadal tam jest.

W filmie mówi, że Jeevodaya płynie w jej krwi.
Myślę, że Jeevodaya jest jej domem. Jest w filmie scena, w której Helena Pyz, na chodniku na Marszałkowskiej przygląda się Warszawiakom. Z jednej strony jest ich ciekawa, bo patrzy na ludzi dobrze wyglądających, innych niż tych, których pamięta z lat 80-tych. Warszawa – miasto jej dzieciństwa - rozkwita, ale z drugiej strony zdaje sobie sprawę, że to już nie jest jej miasto, nie ma z nim wiele wspólnego. Niesamowite jest to, że wychowała się na Brackiej w centrum Warszawy. To jest dokładnie ta kamienica, w której mieści się Fundacja dla Somalii, od której zaczęła się przygoda z tym filmem. Kiedy się o tym dowiedziałem, poczułem, jakby historia zatoczyła koło.

Dlaczego trąd wciąż istnieje? Przecież jest na niego lekarstwo.
Wiele razy rozmawiałem na ten temat z Heleną. Podkreślała, że trąd to choroba biedoty, biorąca się z ekstremalnego niedożywienia i braku odporności. Tak naprawdę w dzisiejszych czasach trąd nie powinien istnieć. Są antybiotyki, które potrafią zlikwidować tę chorobę w parę tygodni. Ale w Indiach istnieje, bo tam nadal większość ludzi jada raz dziennie – byle jak, byle co. Jeżeli kobieta jest słaba i waży trzydzieści kilogramów, to tak samo słabe i chude urodzi dziecko. Tak w Indiach rodziły się całe pokolenia. Często pytano Helenę – zwłaszcza w Europie, w Polsce, czy się nie bała, że zarazi się trądem, czy trądem nie zarażą się wolontariusze albo goście, którzy tam przyjeżdżają. Odpowiadała, że choćbyśmy mieli kontakty z trędowatymi przez 24 godziny na dobę, nie jesteśmy w stanie się zarazić, ponieważ mamy zbyt silną odporność. Dziś w Indiach trędowatych jest coraz mniej, ale oni nadal istnieją i nadal chorują. Ośrodek w Jeevodaya jest głównie dla dzieci trędowatych, które również są stygmatyzowane i są w społeczeństwie hinduskim nieuznawane. Niektóre z tych dzieci, dzięki Jeevodaya, skończyły studia w Polsce. Pracują i są „normalnymi” ludźmi.

Takich ośrodków jak Jeevodaya jest dużo w Indiach?
Tak. Niedaleko - jak na indyjskie warunki, bo tylko tysiąc kilometrów od Jeevodaya, w Puri w stanie Orisa działa ośrodek, który założył ojciec Marian Żelazek. Był więźniem Dachau i obiecał sobie, że jak uda mu się wyjść z obozu koncentracyjnego, to będzie czynił dobro. Nie zdążyłem go poznać, zmarł w 2006 roku, ale każdy, kto go spotkał, mówi o nim takie rzeczy, że człowiek zaczyna wierzyć, że rodzaj ludzki jest jednak dobry. Musiał być wyjątkowym. W Puri, gdzie mieszka najwięcej chrześcijan w Indiach, ośrodek dla trędowatych ojca Żelazka wciąż działa.

Trąd na ogół kojarzy nam się z ogromnym bólem, z cierpieniem. Ty tego cierpienia nie pokazałeś.
Od początku założyłem, że nie ma w tym filmie miejsca na dosłowność. Nie trzeba, nie należy, a ja uważam, że nie wolno pokazywać cierpienia opowiadając o cierpieniu. Można o bólu opowiedzieć przez bohatera, przez intrygę, przez niedopowowiedzenie, sugestię prowokującą wyobraźnię widza. Nie wyobrażam sobie filmowania cierpiących ludzi. Jakim prawem? W imię czego? To jest oburzające wobec filmowanych – cierpiących, okropne dla nas – ekipy filmowej, demoralizujące dla widza w kinie. Nasz film nie jest interwencyjny, nie jest to „szokujący reportaż”. Choć – mam nadzieję – jest wyrazisty i będzie dla widza przeżyciem. Ale wywołamy te emocje inaczej niż przez pokazywanie ran trędowatych.

Na czym polega Twoim zdaniem istota dobra, jakie w Indiach czyni Helena Pyz?
Nie mam pojęcia. Chciałem zrobić film o kimś, kto oddaje swoje życie, poświęcając się dla innych i pokazać to jak film fabularny. Żadnych gadających głów, sama akcja i obserwacja. Nic nie wiem o istocie dobra. Ktoś zadał pytanie, dlaczego Helena Pyz musiała wyjeżdżać z Polski? Czy tu, u nas nie ma potrzebujących ludzi? Dlaczego to musiały być Indie? Uważam, że to szukanie problemu, swoista polska specjalność. Można odpowiedzieć pytaniem: a dlaczego nie? W Indiach są ludzie potrzebujący. Gdyby Helena pracowała w Polsce od 30 lat w jakimś byłym PGR, znalazłby się ktoś kto postawiłby pytanie: dlaczego osoba tak silna, tak charyzmatyczna nie wyjechała do Indii, gdzie potrzebni są szczególnie silni ludzie, gdzie trędowaci pozostawieni są sami sobie? Poświęcanie się dla innych nie jest jednostronne. Pewnie tak też jest z Heleną - ona nie tylko daje, ale i z Jeevodaya czerpie – dzieci są jej dziećmi, mimo że dorastają, wychodzą z ośrodka i idą w świat. Nie ma jednak tygodnia, żeby któryś z jej wychowanków jej nie odwiedził, nie opowiedział co dzieje się w jego życiu, nie nawiązał kontaktu ze swoją „mamą”.

Gdzie można obejrzeć film?
Jesteśmy na razie po jednym specjalnym pokazie w Warszawie i jednym festiwalu, szukamy dystrybutora. Mój ukochany dystrybutor choć ceni film „Jutro czeka nas długi dzień” bardzo - stara się przekonać mnie, że filmy dokumentalne w polskich kinach nie mają racji bytu. Nie wierzę w to. Zobaczymy.

Jak zareagowała bohaterka, kiedy obejrzała dokument?
Powiedziała: „Bardzo dobrze, Paweł. Po czym spojrzała na mnie czujnie i poprawiła się – to znaczy dobrze. Ale tobie to wystarczy” (śmiech).

Paweł Wysoczański, reżyser. Rocznik 1980. Absolwent reżyserii na Wydziale Radia i Telewizji im. Krzysztofa Kieśloiwskiego Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach i filmoznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor filmów dokumentalnych, m.in. „W drodze”, „Kiedyś będziemy szczęśliwi”, czy „Jurek” – o Jerzym Kukuczce.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Sukces Pisany Szminką już po raz 13.

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną PolskaTimes
Dodaj ogłoszenie