Pandemia. Kiedy w oczy zagląda widmo bankructwa

Dorota Kowalska
Dorota Kowalska
12.01.21 krakowstare miasto kazimierz knajpy oraz restauracje w czasie pandemii n/z: fot. aneta zurek / polska pressgazeta krakowska
12.01.21 krakowstare miasto kazimierz knajpy oraz restauracje w czasie pandemii n/z: fot. aneta zurek / polska pressgazeta krakowska Aneta Zurek / Polska Press
Restauratorzy, górale, nawet właściciele dyskotek mówią: „dość” rządowym obostrzeniom związanym z pandemią. Wynajmują prawników i otwierają swoje biznesy. Ich argument jest właściwie jeden: pomoc państwa jest niewystarczająca. Jeśli nie zaczną pracować, stracą wszystko

Wybór wydaje się oczywisty, bo jednak zdrowie i życie wydaje się ważniejsze niż pieniądze, tyle tylko, że te pieniądze to byt tysięcy polskich rodzin. A wiele z nich stoi właśnie na skraju bankructwa. Nic więc dziwnego, że niektórym puszczają nerwy.

„Dłużej czekać nie będziemy. Rozmawiałem dzisiaj z właścicielami wielu restauracji w Legionowie. Każdy z nas ma dosyć, każdy ma rodziny i każdy ma prawo do pracy. Mamy pracowników, za których jesteśmy odpowiedzialni. Otwieramy się w poniedziałek” - informuje w mediach społecznościowych Maciej Adamski, właściciel restauracji Qlturalni Qlinarni w Legionowie.

W poniedziałek, 11 stycznia, rząd ogłosił, że przedłuża obostrzenia związane z pandemią koronawirusa do 31 stycznia. Jedyną zmianą jest powrót dzieci z klas I - III do szkół. Poza tym wciąż zamknięte pozostają galerie handlowe (poza wybranymi sklepami), hotele, stoki, obiekty sportowe, a także gastronomia.

Lockdown dla gastronomii trwa zresztą już od października. Od tego czasu restauracje mogą działać jedynie w opcji „na wynos”, natomiast większość pubów i klubów jest po prostu zamknięta. Niektóre - to już pewne - pandemii nie przetrwają.

Już tydzień temu w śląskim Cieszynie otworzyła się restauracja „U Trzech Braci”. Lokal przyjmował klientów stacjonarnie, nie zważając na rządowe obostrzenia z powodu pandemii koronawirusa. Interweniowała policja oraz sanepid, ale to nie powstrzymało właścicieli restauracji, która chwali się tym, że jest jedną z pierwszych otwartych w Polsce.

Kraków nie pozostaje w tyle. Bar „Na Żółto i Na Niebiesko” na osiedlu Teatralnym 3 w Nowej Hucie też jest otwarty.

„Drodzy nasi goście, klienci i smakosze, ci duzi i ci mali - stało się! Mamy tego dość, mówimy zakazom stop! Nie chcemy dalej żyć w odizolowaniu. Mimo że nasz bar był cały czas czynny dla was mimo zakazów, to miło nam wszystkich poinformować, że otwieramy się na nowo. Nasza piękna odnowiona sala czeka z utęsknieniem. Z przyjemnością i uśmiechem na twarzy przywitamy każdego z was. Czekają przepyszne posiłki i napoje. Serdecznie zapraszamy do baru” - można przeczytać na facebookowym profilu „Na Żółto i Na Niebiesko”.

- Bar jest otwarty przez cały czas. Przychodzą klienci i jedzą przy stolikach. Ogłosiliśmy ponowne otwarcie, aby zaznaczyć, że dołączamy do akcji restauratorów i przedsiębiorców. Niektórzy obawiają się otworzyć swoje lokale. Moim zdaniem nie ma podstaw prawnych, by zakazać nam prowadzenia działalności baru ze sprzedażą posiłków do spożycia na miejscu - mówi Marcin Pierzchała, właściciel baru. - Na mój stan wiedzy rozporządzenie nie jest wystarczającym działaniem prawnym, które mogłoby zakazać normalnego funkcjonowania baru - uważa Marcin Pierzchała.

„Wesołe Gary” z Nowej Huty mówią wprost: „Nie mamy już nic do stracenia, musimy walczyć”.

„Jeśli nie, stracimy nasz ukochany lokal i pracę. Staraliśmy się przez ten cały czas utrzymać naszą ekipę, jak i całą restaurację, lecz już nas nie stać, aby dokładać tydzień w tydzień oszczędności naszego życia - co mieliśmy, już daliśmy, dłużej nie wytrzymamy” - piszą w oświadczeniu właściciele lokalu. Restauracja jest czynna od środy, 13 stycznia, jednak klienci muszą wcześniej zarezerwować miejsce.

- Do tej pory jedyną pomoc, jaką uzyskaliśmy od państwa, to 5 tys. zł. Zatrudniamy sześć kelnerek i cztery osoby na kuchni. Jeśli dalej będziemy zamknięci, to będziemy zmuszeni zamknąć lokal, który kochamy jak własne dziecko. Dlatego postanowiliśmy walczyć. Otwieramy się 13 stycznia w pełnym reżimie sanitarnym. Ci, którzy telefonicznie umówią się na wizytę w restauracji, będą testerami naszego jedzenia. Będą nam płacili za możliwość testowania dań - mówi Karolina Bartosik, właścicielka lokalu.

Rządowe zakazy ignoruje również inna krakowska restauracja. Lokal „Tesone” opublikował krótkie nagranie z 10 stycznia, gdy doszło do ponownego otwarcia. Na filmie widać, że knajpa pękała w szwach.

„Zamknięcie gastronomii jest niezgodne z konstytucją - nie możemy dłużej na to sobie pozwolić!” - czytamy z kolei na profilu pizzerii „Siwy Dym” z Drawska. Otwarcie zapowiada także burgerownia Bułkęs w Katowicach.

„Pytacie: jak to jest możliwe? Jakim cudem? Przecież nie można... Otóż można! A nawet trzeba... jeśli chcemy ratować to, co tworzyliśmy przez tyle lat! Na ta chwilę nie przyjmujemy żadnych rezerwacji na ten dzień. Najwcześniej 14.01 zaczniemy rezerwować część stolików. Pamiętajcie, że ilość miejsc jest ograniczona i nie rozciągniemy Sali” - zapowiedzieli właściciele restauracji na Facebooku.

Pod postem w krótkim czasie pojawiło się prawie pół tysiąca komentarzy, a udostępniono go niemal 700 razy. W Bułkęsie dziękują za przychylność i zachęcają, aby inne lokale poszły ich śladem.

- Wiele miejsc działa aktualnie w „podziemiu”, boją się ujawnić swoje działania w obawie o kary... Sanepid i policja nie powinny wywoływać strachu wśród ludzi, to powinny być instytucje, które działają zgodnie z prawem i go przestrzegają. Mamy świadomość, że wiele życzliwych osób już zgłosiło informacje o naszym otwarciu, jednak zapewniamy, że możecie być spokojni i żadne mandaty/kary Wam nie grożą - tłumaczą.

Przedsiębiorcy z całej Polski dołączają do akcji #otwieraMY i zapowiadają wznowienie działalności, by uratować się przed bankructwem. Kancelaria Lega Artis publikuje na swojej stronie i profilu na Facebooku informacje o tym którzy, już to zrobili albo zamierzają zrobić.

Prawnicy wynajmowani często przez właścicieli biznesów mówią krótko: lokale gastronomiczne zamknięto na podstawie rozporządzenia, a nie ustawy. Rozporządzeniem nie można zakazać prowadzenia działalności, a jedynie jej ograniczenie.

Często powołują się też na wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Opolu, który uchylił karę 10 tys. zł nałożoną przez sanepid na fryzjera z Prudnika, który kontynuował działalność podczas wiosennego lockdownu. W uzasadnieniu WSA w Opolu zwrócił uwagę, że rozporządzenie Rady Ministrów, które wiosną zabraniało pracy m.in. salonom fryzjerskim i kosmetycznym, było niezgodne z konstytucją. Wyrok WSA w Opolu nie jest jednak prawomocny.

Firmy, które decydują się pomimo obowiązujących obostrzeń na prowadzenie działalności, muszą liczyć się z konsekwencjami. Za naruszenie przepisów grozi kara pieniężna w wysokości do 30 tys. zł, a w niektórych przypadkach przedsiębiorców może spotkać odpowiedzialność karna - nawet do 8 lat pozbawienia wolności.

Nie wszystkich wizja więzienia odstrasza, ale sytuacja właścicieli lokali gastronomicznych jest rzeczywiście trudna, żeby nie powiedzieć beznadziejna.

Agnieszka, czterdziestoparolatka, właścicielka dwóch restauracji z miejscami noclegowymi w woj. śląskim. Można było wpaść do niej na śniadanie, obiad czy kolację, przenocować. Organizowała śluby i komunie. Nigdy nie narzekała, lubi swoją pracę.

- To, co się dzieje dzisiaj, jest nie do opisania. Dramat. Zostaliśmy pozostawieni sami sobie. Czekamy na tarczę 2.0. Żeby przetrwać, wydaję wszystkie swoje oszczędności - mówi.

Podczas pierwszej fali pandemii, wiosną, była zmuszona wysłać swoich pracowników, a ma ich dziesięciu, na urlopy bezpłatne. Nie miała z czego płacić im pensji. Pracuje w tej branży od ponad 10 lat, nigdy nie znalazła się w podobnej sytuacji. Owszem, bywały gorsze i lepsze miesiące, ale nigdy jeszcze nie zamykała lokali.

Latem, w czerwcu, lipcu, sierpniu był ruch. Udało im się odłożyć trochę pieniędzy, dzięki temu może opłacać od października ZUS i wypłacić pensje pracownikom.

- Nie zwolnię ich, niektórzy pracują ze mną od początku, czyli od ponad 10 lat. Nie mam sumienia zostawiać ich na lodzie, bo wiem, że dzisiaj nigdzie w okolicy pracy nie dostaną - tłumaczy. Ale to ostatni miesiąc, kiedy może sobie na to pozwolić. Jeśli nie dostanie pieniędzy z drugiej tarczy, swoje oszczędności już wydała, żeby przetrwać - nie zapłaci ZUS-u w lutym i nie przeleje na konta pracowników ani złotówki.

- Tragedia. Nie mamy już oszczędności. Tak naprawdę nie mamy z czego żyć. Miałam cichą nadzieję, że po 17 stycznia jednak rząd odmrozi gospodarkę. Tak się nie stało. Jeśli rząd nam nie pomoże, zbankrutujemy - rozkłada ręce. W podobnej sytuacji są inni właściciele restauracji w okolicy, podobnie ciężko mają hotelarze. Jak mówi Agnieszka wszyscy, ciągną „na oparach.”

Nie tylko restauratorzy mówią: „Dość. Nie dajemy rady” Góralskie Veto to inicjatywa przedsiębiorców, za którą stoi architekt Sebastian Pitoń. Mieszkańcy Podhala bez względu na obostrzenia zamierzają po 17 stycznia otworzyć swoje biznesy. Nie przekonuje ich także przedstawiona przez Jarosława Gowina i Michała Dworczyka propozycja rządowej pomocy dla gmin górskich. Otwierać swoje biznesy planują przede wszystkim: restauracje, kwatery prywatne, stoki narciarskie.

Sebastian Pitoń w rozmowach z dziennikarzami zapewnia, że w ramach przygotowań do bojkotu obostrzeń organizowana jest ochrona prawna i prowadzone są konsultacje z kilkoma kancelariami adwokackimi, by zapewnić bezpieczeństwo prawne przedsiębiorcom decydującym się na powrót do działalności.

Pitoń to architekt z Kościeliska i inicjator akcji Góralskie Veto. Nie po raz pierwszy jest o nim głośno. Jak przypomina Onet, w 2014 roku Pitoń startował w wyborach samorządowych do rady powiatu tatrzańskiego. Jego wyborczym postulatem była likwidacja Tatrzańskiego Parku Narodowego, „oddanie Tatr góralom” i „utworzenie Królestwa Podhalańskiego, Krainy Wolnych Górali”.

Piotr Zygarski, właściciel hotelu PRL w Zakopanem w rozmowie z Next.gazeta.pl stwierdził, że z problemami borykają się wszyscy hotelarze poza sieciówkami, za którymi stoją światowe koncerny. One zwalniają część ludzi i w jakiś sposób próbują przetrwać ten okres. Jeśli chodzi o małe hotele, restauracje czy kwatery prywatne, to sytuacja jest dramatyczna.

- Koszty są ogromne, bo mowa o kosztach stałych, które każdy ponosi bez względu na to, czy hotel jest otwarty, czy nie. To są koszty ogrzewania, które płacimy państwowym albo samorządowym spółkom. Są również opłaty przesyłowe oraz opłaty gotowości, które ponosimy co miesiąc. Dla hoteli, restauracji i przedsiębiorstw to po prostu zabójstwo. Nie ma możliwości, żebyśmy dokonywali opłat, dopóki jesteśmy zamknięci i nie mamy pieniędzy. Tworzy się błędne koło. Jesteśmy pod presją państwowych firm żądających natychmiastowej zapłaty, jak chociażby Geotermia w Zakopanem za ciepło dostarczane do pustego budynku, który musi być ogrzewany, aby nie popaść w ruinę. Firma nie pozwala na przedłużenia terminu zapłaty np. do końca lutego czy do końca marca. To samo jest z Tauronem, czyli ogromną firmą państwową, która zachowuje się jak okupant. Nie stać nas na odcięcie prądu, bo oznacza to m.in. brak alarmów w budynku, który może zostać okradziony - opowiadał Piotr Zygarski, hotelarz z Zakopanego.

Krystyna, właścicielka gospodarstwa agroturystycznego, mówi, że takiej zimy jeszcze nie miała. Rok, dwa lata temu musiała odmawiać gości, bo niektórzy na grudzień czy styczeń rezerwacje robili już pół roku wcześniej. Teraz telefon milczał. Zresztą, nie może przyjmować gości, bo wprawdzie nie prowadzi hotelu czy pensjonatu, ale wynajmuje kwatery.

- Sytuacja nie wygląda dobrze - robi głęboki wdech. Ona ma z czego żyć, mąż pracuje poza branżą turystyczna, ale ci, którzy zarabiają wyłącznie na wynajmie, ledwie zipią. Tak naprawdę ciągną na oszczędnościach, o jakiejś dodatkowej pracy w okolicy nie ma co marzyć. Firm, przedsiębiorstw jest mało, a nawet w tych, które istnieją, nie ma w czasie pandemii żadnych przyjęć.

Nie tylko Podhale buntuje się przeciw obostrzeniom wprowadzonych w ramach pandemii. Szczyrk jako miasto tylko w zeszłym roku straciło około półtora miliona złotych, prawie całą poprzednią zimę przepracowali normalnie, podobnie w lecie. Teraz od początku roku nic nie działa. Antoni Byrdy, burmistrz Szczyrku, już w listopadzie ubiegłego roku mówił, że „rządowy plan działań w walce z pandemią COVID-19 napawa ich wielkim niepokojem, że stanęli w obliczu klęski finansowej”.

„Zaprezentowane pomysły napawają nas wielkim niepokojem, gdyż rzutują one w sposób skrajnie negatywny na całe miejscowości górskie żyjące z turystyki letniej i zimowej. Odbieram dziś wiele słów oburzenia od właścicieli wyciągów narciarskich, właścicieli hoteli, pensjonatów i kwater w domach prywatnych, szkół i serwisów narciarskich, pojedynczych instruktorów narciarstwa i snowboardu. Wszyscy stanęliśmy w obliczu klęski finansowej” - napisał w oświadczeniu burmistrz Byrdy. I podkreślił, że w górskich miejscowościach żyjących z turystyki, spadnie drastycznie poziom życia przeciętnego mieszkańca, a samorząd pozbawiony zostanie środków na dalszą obsługę powierzonych mu zadań, jak: edukacja, opieka społeczna, remonty i utrzymanie dróg gminnych.

„Jako gospodarz Szczyrku nie chciałbym, abyśmy zostali zmuszeni do wyłączania oświetlenia ulicznego, zaniechania odśnieżania, a w górach jest to zimą bardzo drogie zadanie, czy zwalniania pracowników” - oświadczył.

W niektórych branżach w ogóle nie ma już czego ratować. Światowa Organizacja Turystyki Narodów Zjednoczonych (UNWTO) szacowała jeszcze przed drugą falą zachorowań, że ruch turystyczny może zmaleć nawet o 80 proc. Firmy turystyczne zalegają z płatnościami bankom i firmom faktoringowym oraz skupującym długi od banków. Do tego dochodzą telekomy i ubezpieczyciele. Upadają biura podróży.

- Polska branża turystyczna upada, wzywamy rząd do racjonalnych rozwiązań sanitarnych i ulżenia tej branży w płaceniu zobowiązań, podatków - mówił jeszcze jesienią w Sejmie poseł Konfederacji Michał Urbaniak.

Według Urbaniaka, niektóre firmy turystyczne odnotowały w ostatnich miesiącach nawet 98-procentowy spadek obrotów w porównaniu do ubiegłego roku. - Może to grozić tym, że kolejna branża nie będzie już w rękach polskich obywateli, że będzie to branża przejęta przez zagranicę, co wiąże się z tym, że i wpływy do budżetu państwa będą niższe - stwierdził polityk.

Problem polega jednak na tym, że nawet w branżach, które nie zostały zamknięte, sytuacja jest inna niż jeszcze przed pandemią.

Anna prowadzi zakład fryzjerski w jednej z dzielnic Warszawy. Malutki, kameralny, ale za wynajmem lokalu płaci ponad tysiąc złotych miesięcznie. Pracuje sama, od lat miała stałe klientki, które odwiedzały ją przynajmniej raz w miesiącu, nigdy nie narzekała na obroty. Wystarczało na opłaty, w miarę dostatnie życie, na wakacyjny wyjazd do Grecji czy Chorwacji.

- Teraz sytuacja diametralnie się zmieniła. Mam trzech, czterech klientów dziennie. Ludzie się boją. Kobiety same farbują włosy, mężczyźni sami się obcinają - mówi. Jedna z klientek, chodziła do niej raz w miesiącu, nie przychodzi od pół roku, Mieszka w domku jednorodzinnym, ale nawet do przydomowego ogródka wychodzi w maseczce. - Zachowuję wszystkie zasady sanitarne. Nikt, kto do mnie przyszedł, nie zaraził się w zakładzie koronawirusem, ale to nie przekonuje klientów - mówi. W tym roku nie pojechała na wakacje. Nie miała za co. Wie, że w innych zakładach jest podobnie, oczywiście, zarabiają, nie są przecież zamknięci, ale część klientów odeszła i dopóki pandemia się nie skończy, nie wróci.

Marcin Król, filozof polityki, historyk idei, w ostatnim wywiadzie, jakiego udzielił „Polsce” ostrzegał: „Wie pani, Florian Znaniecki, wielki polski socjolog, wprowadził kategorię ludzi zbędnych. To się odnosiło do czegoś innego wtedy, ale jest to kategoria, której warto dziś używać. To bardzo ważne. Pojawi się olbrzymia liczba ludzi zbędnych. To znaczy takich ludzi, którzy nie będą mieli pracy; nie będą wiedzieli, co ze sobą zrobić. Nie każdy przecież czyta przez cały dzień. Telewizję też można oglądać przez jakiś czas, no i trzeba mieć Netflix czy inną platformę, by cały czas oglądać informacje o wirusie. Ci ludzie zbędni są niesłychanie podatni na niewiadome zdarzenia. To znaczy nie umiemy przewidzieć ich zachowań”.

Współpraca: Tomasz Tymczak, Justyna Przybytek-Pawlik

Stany alarmowe na polskich rzekach

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie