Pandemia i polityka: Politycy o wiele chętniej słuchają swych wyborców niż lekarzy

Witold Głowacki
Witold Głowacki
Andrzej Duda podczas Memoriału Narciarskiego im. Marii Kaczyńskiej w Rabce. Luty 2017 roku.
Andrzej Duda podczas Memoriału Narciarskiego im. Marii Kaczyńskiej w Rabce. Luty 2017 roku. Tomasz Mateusiak / Polska Presse
Epidemia koronawirusa wpływa na politykę w ogromnym stopniu, nie zawsze jednak tak, jak moglibyśmy pomyśleć. Walka z epidemią niekoniecznie będzie dla polityków tym nadrzędnym celem. Kiedy polityk stanie przed wyborem: czy ograniczyć rozprzestrzenianie się koronawirusa, ale kosztem utraty części głosów, niemal nigdy nie wybierze tego pierwszego. Liczy się to, czego chcą wyborcy

W 2020 roku to epidemia koronawirusa rządzi polityką - i dzieje się tak nie tylko w Polsce. Nie ma w tym zresztą nic niezwykłego - pandemia gwałtownie zmieniła nasze życie, obudził realne i zrozumiałe lęki społeczne i niepokoje, wreszcie wywołała kryzys ekonomiczny o niszczącej skali. To naturalne, że politycy próbują nadążyć za żywiołem i zaoferować wyborcom jakąś na niego odpowiedź.

Tak się jednak składa, że nie zawsze będzie to odpowiedź racjonalna - z punktu widzenia samej kwestii walki z epidemią i jej skutkami. Partie pod wieloma względami pozostają zakładnikami swych elektoratów, ich światopoglądów, systemów wartości i sposobów myślenia. Będą słuchać swych wyborców znacznie uważniej niż epidemiologów czy statystyków modelujących możliwy przebieg pandemii. Zawsze też przedłożą wyniki sondaży nad treść sążnistych naukowych analiz. Bardzo wyraźnie widać to na przykładzie Polski.

Niektóre partie - jak Konfederacja - mają wyborców, którzy mówią swym politykom rzeczy zupełnie odmienne od tych, które usłyszeliby oni od ekspertów zajmujących się walką z epidemią. To - wraz z poglądami tych polityków - oczywiście przekłada się na określoną polityczną strategie konfederatów wobec epidemii. Partia Bosaka, Brauna i Korwin-Mikkego przyjęła tu postawę zbliżoną do negacjonizmu.

Inne partie - jak Lewica czy Koalicja Obywatelska mają wyborców, którzy w większości uważają pandemię za całkowicie realne i poważne zagrożenie, zalecenia ekspertów za słuszne, a w szczepionce przeciwko COVID-19 upatrują szansy na wyjście z kryzysu, który ogarnął świat. To pozwala politykom tych partii stać generalnie po stronie epidemiologów i statystyków - i ostro krytykować rząd wszędzie tam, gdzie ten sobie z epidemią nie radzi.

Jeszcze inne partie - jak PiS, czy w nieco mniejszym stopniu Polska 2050 mają wreszcie elektoraty o bardzo zróżnicowanych, czy wręcz wewnętrznie spolaryzowanych poglądach na kwestie związane z epidemią. Jest to szczególnie istotne ze względu na to, że to PiS rządzi obecnie Polską. Jego wyborcy zaś mają w kwestii pandemii poglądy bardzo mocno zróżnicowane - znajdziemy wśród nich i zupełnych negacjonistów, i osoby ostrożniejsze od lekarzy chorób zakaźnych. Do tego zaś wyborcy partii rządzącej mają swoje określone interesy - także ekonomiczne. Bardzo zróżnicowane w zależności od grupy społecznej z której się rekrutują, czy regionu

W ostatnią niedzielę w Małopolsce padał dość intensywnie (przynajmniej jak na przełom grudnia i listopada) śnieg. Na zakopiance - w kierunku północnym - powstały w związku z tym pod wieczór gigantyczne korki zaczynające się już od Zakopanego. Jak co roku - moglibyśmy tu pokiwać głowami i oddać się żartom o zimie, która zaskoczyła drogowców. Rzecz tylko w tym, ze to przecież nie jest zwykły rok. Obostrzenia sanitarne pozwalają na świadczenie usług hotelarskich tylko tym gościom, którzy są w podróży służbowej. Jakim więc cudem ci hotelowi goście masowo wracali do swych domów na nizinach akurat w niedzielę wieczorem?

Odpowiedź jest prosta. Obostrzenia obostrzeniami, ale żyć trzeba - i dotyczy to zarówno wyborców, jak i polityków. W hotelach w górach powszechną praktyką w zaczynającym się sezonie zimowym jest wypisywanie oświadczeń o odbywaniu podróży służbowej - to nic, że pokoje są dla całej rodziny. W całym regionie nikt nawet nie próbuje egzekwować obowiązujących obostrzeń - skończyłoby się to tylko politycznymi kłopotami na poziomie zarówno lokalno-samorządowym, jak i krajowym. Tych zaś - zwłaszcza w obecnej sondażowej sytuacji - trzeba unikać gdy tylko można.

PiS zdecydowanie ma powody, by nie podpadać góralom. I są to powody z zakresu arytmetyki politycznej. To za ich sprawą - telefon od Andrzeja Dudy odegrał tu tylko drugorzędną rolę - rząd tak szybko wycofał się z twardych początkowo zapowiedzi zamykania stoków narciarskich. Niektóre działają już teraz - inne ruszą w sobotę 6 grudnia. Coś przecież musi choć częściowo zrekompensować góralom straty wynikające z wyznaczenia jednego wspólnego terminu ferii szkolnych, co skraca szczytowy okres sezonu o cztery długie tygodnie. W przeciwnym razie należałoby liczyć się z utratą wyborców - co w wypadku PiS i południowej Polski byłoby bardzo, bardzo kosztowne.

W ostatnich wyborach parlamentarnych na Podhalu PiS był prawdziwym hegemonem. W powiecie nowotarskim wynik partii rządzącej wyniósł 66,7 procent, zaś w zakopiańskim 56 procent. Pozostałe górskie powiaty czerpiące dochody z turystyki zimowej - od Beskidu Śląskiego po Podkapacie to również regiony, w których PiS jest bardzo silny. To setki tysięcy głosów - liczba, która spokojnie może zadecydować na przykład o samodzielnej większości parlamentarnej w wyborach. Dla PiS to szczególnie istotne, bo właśnie głosami między innymi górali czy mieszkańców regionów podgórskich rządząca partia równoważy niedostatki głosów w większych miastach czy na Zachodzie kraju.

Czy opłacałoby się zatem narazić temu wiernemu i zdyscyplinowanemu elektoratowi? Dochody z turystyki i gałęzi pokrewnych w sezonie zimowym decydują o jakości życia w górskich regionach na cały kolejny rok. Zamknięcie stoków i calkowita blokada ruchu turystycznego oznaczałaby dla Podhala gospodarczą katastrofę. Czy wyborcy wybaczyliby coś takiego partii, na którą wiernie głosowali? Partii, która zawdzięcza im władzę? Oczywiście, że nie. Dlatego w wypadku relacji władza-Podhale długofalowy interes wyborczy okazuje się ważniejszy od priorytetu walki z epidemią. Choć skala drugiej fali pandemii w Polsce i jednocześnie kompletny brak przygotowania kraju na to zagrożenie rujnują aktualne notowania partii, to ich ratowanie - z punktu widzenia kierownictwa PiS - nie może się odbywać kosztem wyborczej bazy. Dlatego właśnie na południu kraju podczas przerwy świątecznej i ferii koronawirus będzie mógł się szerzyć, jak tylko zechce.

Podobne wytłumaczenie ma wiele innych rozkroków, w których stawał i staje wobec pandemii obóz władzy. Gdy dziś Mateusz Morawiecki opowiada o rychłym starcie programu szczepień - choć Polska nie ma jeszcze zakontraktowanej ani jednej dawki żadnej ze szczepionek, robi tak, by dać nadzieję tym wyborcom, którzy koronawirusa realnie się boją. Zarazem jednak premier co chwila podkreśla, że szczepienia będą całkowicie dobrowolne - po to, by nie zrazić „koronasceptyków” i antyszczepionkowców również silnie obecnych w elektoracie PiS.

Na obozie władzy takie problemy się nie kończą. W środowisku Konfederatów - którzy jako partia przyjęli wobec epidemii linię w zasadzie negacjonistyczną - doszło ostatnio do ciekawego zwarcia. Działacze Młodzieży Wszechpolskiej - wyraźnie pod wrażeniem ciężkich covidowych przejść posła Artura Dziambora, stając po stronie nauki i medycyny, otwarcie zwrócili się przeciwko konfederackim tuzom. Dyplomatycznie nie zaatakowali jedynie Krzysztofa Bosaka, dostało się jednak Grzegorzowi Braunowi i Januszowi Korwin-Mikkemu.

„Doprawdy nie możemy zrozumieć sytuacji, w której Artur Dziambor właśnie co przeszedł najgorszy etap zakażenia koronawirusem (”Płuca w rozsypce, powrót do formy to miesiące”), a jego partyjni koledzy - Grzegorz Braun i Janusz Korwin-Mikke (nie możemy niestety oznaczyć konta, bo wolny rynek je skasował) - biorą udział w wydarzeniu, które neguje fakt istnienia tego groźnego choróbska.” - napisali wszechpolacy w oświadczeniu w mediach społecznościowych.

„Nie trzeba nawet korzystać z badań naukowych, aby stwierdzić, że jakąś formę walki z koronawirusem państwo i społeczeństwo powinno podjąć. Powiemy więcej: można nawet wyłączyć telewizor i włączyć myślenie! Wielu z nas w kręgu swojej rodziny lub znajomych ma bowiem przypadki ciężkich zakażeń i po prostu osobiste doświadczenie podpowiada, że to nie jest „zwykła grypa”.

Co do meritum działacze Młodzieży Wszechpolskiej mają w tym wypadku oczywiście stuprocentową rację. Jednak jeśli chodzi o politykę, wyraźnie rozmijają się z oczekiwaniami przynajmniej części wyborców Konfederacji.

Mieliśmy okazję zapoznać się z wnioskami z badań przygotowanych na temat COVID-19 dla jednej z partii politycznych - bez szczegółowych liczb. Wyłania się z nich obraz, w którym zdecydowanie najmniej przejmują się epidemią wyborcy Konfederacji. Spora część z nich w pandemię po prostu nie wierzy - uważając ją za spisek czy to światowych elit, czy to przemysłu farmaceutycznego. Wyborcy Konfederacji są też bardzo sceptyczni wobec szczepionek w ogóle, a przeciwko tej przeciwko COVID-19 w szczególności. W efekcie zdecydowana większość wyborców Konfederacji deklaruje, że nie zaszczepi się przeciwko koronawirusowi. Wyborcy tej partii chętnie też deklarują, że koronawirusa się w ogóle nie obawiają. Odsetek wyborców Konfederacji, którzy koronawirusa zdecydowanie się obawiają, jest jednocyfrowy.

Tymczasem wśród wyborców PiS szczepionkowych sceptyków jest ponad jedna trzecia - przy zbliżonej liczbie wyborców, którzy deklarują, że zaszczepią się natychmiast, gdy będzie to możliwe. Wiemy też, że ponad jedna trzecia wyborców PiS twierdzi, że nie obawia się zachorowania na koronawirusa. Prawie jedna trzecia ma do tej kwestii stosunek neutralny. Wyborcy PiS, którzy zachorowania zdecydowanie się obawiają, są natomiast w mniejszości.

Stawia to PiS w dość skomplikowanej sytuacji - i jest zasadniczą przyczyną, dla której zarówno przedstawiciele rządu z premierem Mateuszem Morawieckim, jak i inni ważniejsi politycy PiS dość często w kwestiach związanych z epidemią zajmują ambiwalentne czy niekonsekwentne postawy. Wielokrotne wycofywanie się z wprowadzonych chwilę wcześniej obostrzeń, dalece sprzeczne opinie na temat skali zagrożenia, próby jednoczesnego grania na nutach propagandy sukcesu i krzyku trwogi - w tle tego wszystkiego jest świadomość, że niemal zawsze to, co w kontekście epidemii część elektoratu przyjmie z aplauzem, dla innej części tego samego elektoratu będzie świadectwem słabości czy niekompetencji.

Coś podobnego jak w wypadku wyborców PiS widać też w wypadku zwolenników Polski 2050. Wyborcy ruchu Szymona Hołowni również mają dość rozbieżne poglądy na temat epidemii, skali związanego z nią zagrożenia i kwestii szczepień. W tym wypadku sam Hołownia, dość konsekwentnie opowiadający się po stronie nauki i medycyny może w dłuższej perspektywie natrafić na problemy z przyjęciem tej argumentacji przez część swych zwolenników.

Postawy wyborców Koalicji Obywatelskiej i Lewicy w kontekście epidemii są natomiast dość jednorodne i relatywnie zbliżone. I jedni, i drudzy uważają pandemię za realne i obiektywnie poważne zagrożenie, mają też mocno krytyczny stosunek do działań podejmowanych przez rząd.

Pod wieloma względami politycy KO i Lewicy wydają się w kwestiach związanych z epidemią wręcz nie nadążać za oczekiwaniami swych wyborców. Część liberalnych i lewicowych komentatorów i wyborców domaga się na przykład od opozycji stworzenia „licznika ofiar” COVID-19, wiążąc z epidemią dość jawne (i całkiem uzasadnione w kontekście kompletnego załamania nijak nieprzygotowanego systemu ochrony zdrowia w zderzeniu z pandemią ) nadzieje polityczne. Widoczne jest też wśród wyborców opozycji bardzo wyraźne oczekiwanie mocnej krytyki działań rządu i całego obozu władzy w walce z epidemią - za którym to oczekiwaniem nie zawsze idą słowa i czyny polityków opozycji.

Jeśli o chodzi o ocenę działań rządu w walce z epidemią (i o wprowadzane przez rząd obostrzenia) entuzjastów w obu kwestiach niemal nie ma. O ile wyborcy PiS oceniają te działania generalnie „raczej dobrze”, o tyle wyborcy opozycji demokratycznej najczęściej wskazywali odpowiedź „raczej źle”. „Zdecydowanie źle” samą politykę obostrzeń oceniali natomiast wyborcy Konfederacji (zdecydowana większość) i Polski 2050 (większość) - tu jednak w dużej mierze chodzi o sprzeciw wobec samych obostrzeń.

***

Naiwny, kto sądzi, że politycy będą rozliczani przez wyborców wyłącznie za ich skuteczność w walce z epidemią. O wiele bardziej będzie się liczyło to, czy zdołali spełnić oczekiwania swych elektoratów.

Czy grozi nam trzecia fala?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie