reklama

Pamięć o powstaniu jest niewygodna

Prof. Zdzisław Krasnodebski, socjolog, filozof społecznyZaktualizowano 
Prof. Zdzisław Krasnodębski
Prof. Zdzisław Krasnodębski
Powstanie Warszawskie było ostatnim aktem oporu II Rzeczpospolitej, ostatnim wielkim aktem polskiej suwerenności - dopiero 1989 r. zapoczątkował proces jej stopniowego i niedoskonałego odzyskiwania.

Komunistom potrzebna była czarna legenda Powstania, aby legitymizować swoją władzę. Zarazem fakt, że Armia Czerwona pozwoliła wykrwawić się miastu, był haniebną, usilnie skrywaną tajemnicą - podobnie jak inwazja we wrześniu 1939 r. w rezultacie porozumienia się z Hitlerem i podobnie jak mord w Katyniu.

W pierwszym okresie PRL-u reakcyjnemu Powstaniu Warszawskiemu przeciwstawiono postępowe Powstanie w Getcie - nie bez pewnej racji, gdyż żydowscy powstańcy oczekiwali na przyjście Armii Czerwonej z nadzieją nie tylko na ratunek, lecz także na socjalizm. Szybko wzniesiono pomnik Bohaterów Getta, pod którym Willy Brandt dokonał słynnego aktu ekspiacji. Pomnik Powstania Warszawskiego powstał dopiero po upadku komunizmu, a Muzeum Powstania Warszawskiego dopiero wówczas, gdy Lech Kaczyński został prezydentem Warszawy.

Gdy po 1956 r. przestano prześladować powstańców, a potem nawet uznawano ich dzielność i patriotyzm, nadal potępiano samo Powstanie, odrzucano jego polityczne cele jako przykład politycznego awanturnictwa, braku realizmu, szaleństwa i nieodpowiedzialności, politycznego romantyzmu i "antyradzieckości". Pamięć o Powstaniu miała hamować wszelkie powstańcze zapędy, dążenia do walki czynnej, zbrojnej, skłaniać do peerelowskiego pseudopozytywizmu.

Na tzw. Zachodzie Powstanie Warszawskie pozostało zupełnie nieznane, pomijając wąski krąg specjalistów i dopiero ostatnio zaczyna się to zmieniać. Ta ignorancja wynikała nie tylko z ocenzurowania, stłumienia w Polsce pamięci o Powstaniu.

Po prostu w powojennej Europie wiedza o tragedii Warszawy nie była nikomu potrzebna. Ustalił się prosty schemat oficjalnej interpretacji II wojny światowej - dobrzy alianci walczący o pokój, sprawiedliwość oraz źli Niemcy, którym można było przypisać wszystkie zbrodnie, łącznie z Katyniem. Jak więc wyjaśnić zdradę wobec sojuszniczej Polski, pozostawienie jej na łasce losu?

Co więcej szeroko rozpowszechnione także wśród historyków zachodnich przekonanie (oczywiście tych postępowych, marksizujących, których było bez liku), że Armia Czerwona "wyzwoliła" Europę Środkowo-Wschodnią. Zgodnie z opinią światłych Europejczyków Związek Sowiecki miał wprawdzie swoje mankamenty, ale uratował Europę przed nazizmem, za co należy mu się wdzięczność i szacunek. Komuniści uchodzili też za jedną z głównych ofiar faszyzmu.

W Niemczech dopiero od niedawna, w czasie corocznych uroczystości z okazji wyzwolenia Auschwitz przestano ich wymieniać jako ofiary zbrodni - zastępując ich homoseksualistami. Tak więc Willy Brandt na pewno dobrze by się zastanowił, czy klęknąć przez Pomnikiem Powstania Warszawskiego, gdyby wtedy taki istniał - mogłaby to narazić na szwank jego "Ostpolitik" i być uznane za aprobatę polskiego nacjonalizmu.
Ciekawe, że również po 1989 r. dominował podobny jak w schyłkowej fazie PRL-u obraz Powstania jako politycznie nieodpowiedzialnego przedsięwzięcia, które doprowadziło do niepotrzebnych ofiar i zniszczenia miasta. Jeden z wybitnych polskich historyków pisał w wydanej przed paru laty po niemiecku książce, że pamięć o tragedii Powstania miała ten pozytywny skutek, iż skłaniała do negocjacji z elitą PRL-u i ostatecznie doprowadziła do Okrągłego Stołu.

Okrągły Stół był przedstawiany jako nauka, którą wyciągnięto z tamtego, nierozsądnego zrywu. Podobnie jak w PRL-u pamięć o rzekomo niepotrzebnym Powstaniu miała legitymizować nowy porządek. Obecnie także odzywają się głosy, że nie należy świętować klęski, jaką było Powstanie, lecz docenić zwycięstwo, jakim był rok 1989.

Ocena Powstania ciągle dzieli. Choć wydałoby się, że stosunek Polaków do komunizmu jest już - po bez mała 20 latach niepodległości - jednoznacznie negatywny. Stosunek do II RP, do Powstania oraz do lat tużpowojennych, kiedy dokonywano instalacji komunizmu, do dzisiaj wpływa na nasze wybory polityczne. Polska jest krajem po wojnie domowej, która rozegrała się w ostatniej fazie II wojny światowej i tuż po niej. Ciągle ma znaczenie to, czy ktoś pochodzi z "rodziny akowskiej", czy "utrwalaczy władzy ludowej".

Jak słyszeliśmy na niedawnym pogrzebie wybitnego polityka, czołowej postaci "Solidarności" - impuls moralny powiódł go po wojnie do PZPR i do komunizmu. Temu impulsowi moralnemu nie przeszkadzało ani zburzone miasto, ani Katyń, ani tortury, jakim poddawano na UB akowców, ani sfałszowane wybory, ani sowiecka kolonizacja.
Gdyby Powstanie wygrało, powstańcy - i w ogóle żołnierze AK, zwłaszcza jej kadra dowódcza - stanowiliby elitę polskiego społeczeństwa. Klęska oznaczała nie tylko zburzenie miasta, lecz zburzenie dawnej struktury społecznej. Dokonała się zasadnicza wymiana elit - "akowcy", ludzie związani z II RP zostali zamordowani, spauperyzowani, zamknięci w więzieniach, wielu skorumpowano, wielu stopniowo przystosowało się do nowego systemu.

Do reprezentacyjnych dzielnic miasta, w których w czasie wojny zajęli Niemcy, wypędzeni potem z Warszawy, wprowadzili się przedstawiciele nowego, komunistycznego establishmentu. Nigdy nie osiągnęliby oni swoich pozycji bez fizycznej i społecznej likwidacji elit II RP.

Dzisiaj - gdy w Europie następuje reinterpretacja historii XX w., gdy toczy się rozpoczęta przez Niemcy bitwa o pamięć - Powstanie nabiera nowego znaczenia. O ileż łatwiej byłoby uczynić z Polaków kolaborantów nazistów, gdyby nie ono? Powstanie nadal jest niewygodne, politycznie niepoprawne, zdaniem wielu nie służy ani pojednaniu z Niemcami, ani budowie wspólnej Europy.

Gdy późną jesienią brałem udział w Berlinie w dyskusji na temat sytuacji w Polsce po ostatnich wyborach parlamentarnych, pewien młody Niemiec, zapewne student, zapytał, co rząd Donalda Tuska zamierza zrobić z Muzeum Powstania Warszawskiego oraz pomnikiem Romana Dmowskiego?

Dla tego studenta i Dmowski, i Powstanie są przejawami polskiego szowinizmu. Rząd, jak wiadomo, nie zrobił w tym względzie wiele - usiłowano jedynie pod błahym pretekstem usunąć ze stanowiska dyrektora jednego z twórców Muzeum Jana Ołdakowskiego.

Ale trudno nie zauważyć, że leżą mu na sercu raczej inne projekty - komemoracja wybuchu II wojny światowej czy powstania Solidarności, historia raczej gdańska niż warszawska, raczej ogólnoeuropejska niż narodowa.

Flesz - nowi marszałkowie Sejmu i Senatu, sukces opozycji

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie