18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Osieroceni. Jak rodziny ofiar ze Smoleńska próbują układać sobie życie

Redakcja
Każde z nich znalazło inny sposób na radzenie sobie z traumą. Jedni patrzą na ręce śledczym, inni kontynuują dzieła swoich ojców i matek, jeszcze inni postanowili uklęknąć na lotnisku w Smoleńsku, na którym zginęli ich najbliżsi - pisze Dorota Kowalska.

Cały czas biega. Umawia się na spotkanie, za chwilę dzwoni i prosi, żeby je przełożyć o dwie godziny. - Musimy jeszcze dograć ostatnie szczegóły pielgrzymki - rzuca przepraszająco. Wylatują w niedzielę 10 października dokładnie o 4.30. Dwa samoloty, ponad 200 osób, w tym ok. 30 z obsługi. Wylądują w Witebsku, potem pojadą autobusami na lotnisko w Smoleńsku, w miejsce, gdzie zginęli ich najbliżsi. I po co im to? Po co rozdrapywać rany? Patrzeć na wrak? Szukać podświadomie jakiegoś znaku zostawionego wśród traw przez tych, którzy odeszli?

- Muszę tam być. To potrzeba zmierzenia się z lękiem, znalezienia się w miejscu, w którym on był jeszcze w pełni świadomy. Bo przecież kiedy dojdę do brzozy, będę wiedziała, że po jeden jej stronie on jeszcze żył. Ci, którzy byli identyfikować zwłoki swoich bliskich, może nie mają takiej potrzeby, ja misji pożegnania nie przeżyłam - Ewa Komorowska jest szczuplutka, ma delikatne rysy twarzy, platynowe włosy.

- To przecież proste. Mówię: "Chcę się z tobą spotkać, więc pokonam lęk przed wejściem do samolotu, przed tym, jak uklęknę na płycie lotniska w Smoleńsku, chociaż wiem, że ciało i dusza oszaleje" - opowiada. Zastanawia się chwilę. - Mnie organizowanie tej pielgrzymki daje siły, mam poczucie misji - dodaje szybko. Każdy inaczej poradził sobie z traumą i uczuciami, całą burzą uczuć: żalu, gniewu, rozpaczy, wreszcie nienawiści. Jedni pilnują śledztwa, patrzą na ręce prokuratorom i wyliczają błędy rządu, inni postanowili kontynuować dzieła swoich matek, ojców, żon i mężów, którzy zginęli pod Smoleńskiem, jeszcze inni chcą żyć przyszłością, bo inaczej, jak mówią, popadliby w szaleństwo.

Ewa Komorowska, wdowa po wiceministrze obrony narodowej Stanisławie Komorowskim, jak prawie wszystkie rodziny smoleńskie, o katastrofie prezydenckiego tupolewa dowiedziała się z telewizji. Siedziała w fotelu jak zahipnotyzowana. Pamięta obrazy: strat samolotu z lotniska na Okęciu, lot, wrak, syreny, krzyki ludzi, ułamaną brzozę. Z oddali słyszała słowa: "96 zabitych, nikt nie przeżył. Prezydent nie żyje". - Bałam się tak bardzo, że wydawało mi się, że bardziej bać się nie można. Ale dzisiaj wiem, że można.

Można się bać do utraty przytomności - opowiada spokojnie. W stanie totalnego znieczulenia, szoku, trzeba wziąć proszki, one dają możliwość egzystowania i komunikowania się ze światem. Człowiek nie może mieć cały czas tętna 200 na 120, nie może nie jeść, nie spać, nie pamiętać, bo ból sprawia, że zamazują się obrazy. - Nie wiem, ile trwałam w tym znieczuleniu. Ale są mechanizmy, które człowieka z niego wyprowadzają. Pewnego dnia wypłakało się już tyle łez, że nie ma czym płakać. Następnego udaje się przełknąć pierwszy kęs chleba, wypić mały łyk kawy. Dokładnie w tym samym momencie dociera do ciebie świadomość, że to już koniec - Ewa Komorowska ścisza głos.
Ciężko jest rozmawiać o tym, co się wtedy czuło, jak sobie z tym uczuciem radziło, bo przecież żadne z nich nie skończyło żałoby. Mają zresztą o to pretensje do świata, bo inni mogą pójść do kościoła, uklęknąć przed grobem i zapytać: "Dlaczego?". Mogą płakać w ciszy, wrzeszczeć, złorzeczyć Bogu, by za chwilę przepraszać za swą małą wiarę. Mogą cierpieć, a potem pożegnać ukochaną osobę i jeśli nawet nie godzić się z jej śmiercią, to przynajmniej spróbować ją zaakceptować. Oni codziennie oglądają w telewizji wrak prezydenckiego tupolewa, codziennie dzwonią ich telefony komórkowe, a dziennikarze pytają, jak ja teraz, po co im ta pielgrzymka. Więc wciąż tak naprawdę są gdzieś na początku drogi.

- Po takiej traumie człowiek budzi się i musi się nauczyć nowych liter. Ktoś tam mówi mu: "Daję ci to nowe i musisz z tym żyć". Tak było ze mną. Uczyłam się. Wkładałam całe swoje życie, wszystkie ostatnie dni w tą myśl, że pojadę na tę pielgrzymkę i upadnę na kolana na płycie lotniska w Smoleńsku. Nie wiem, co będzie dalej, jak wypełnię pustkę, którą pewnie poczuję 11 października - Ewa Komorowska robi małą przerwę. - Na pewno zajmę się czymś wartościowym. Gdzieś tam wierzę, że jedno wydarzenie tworzy drugie, że w życiu nie można stać w miejscu. Teraz nie stoję, jak wrócę z pielgrzymki, zobaczę, co dalej. Ale mam bardzo silną potrzebę, żeby tu i teraz być w tym miejscu, w którym jestem - uśmiecha się.

Paweł Deresz, mąż posłanki Jolanty Szymanek-Deresz, pomagał Komorowskiej organizować pielgrzymkę. - Chciałbym, aby połączyła wszystkie rodziny, które straciły bliskich w tej tragedii. Chcę tam być, pomedytować, powspominać, oddać hołd tym, którzy zginęli w tej katastrofie - tłumaczy. Nie, nie traktuje tej pielgrzymki jak zamknięcie jakiegoś rozdziału. Za wcześnie. Może po 10 kwietnia 2011 r., może za dwa lata. - Mieszkam sam w bardzo dużym domu i proszę mi wierzyć, wciąż mam nadzieję, że Jola zaraz otworzy drzwi - wzrusza ramionami. 10 kwietnia spędził przed telewizorem. Pamięta, że nikt do niego nie zadzwonił, nie powiedział: "Jola nie żyje", więc mógł się łudzić, snuć własne, abstrakcyjne wizje. - Na początku mówiło się, że wypadek miał jak, którym lecieli dziennikarze, i bardzo się z tego ucieszyłem. Wiem, że strasznie to brzmi, ale jestem tylko człowiekiem. A potem, kiedy okazało się, że runął jednak prezydencki tupolew, pomyślałem, że Jola jest wśród tych, którzy ocaleli. Przecież ona zawsze miała szczęście - opowiada. Do ludzi i pracy, wreszcie do losu, bo chorowała ciężko i wyszła z tego obronną ręką. On sam miał makabryczny wypadek samochodowy, przez tydzień leżał sparaliżowany i odzyskał władzę nad swoim ciałem. Więc czemu teraz, pomyślał, miałoby się Joli nie udać? Siedział tak do wieczora i słuchał wiadomości. Zadzwonił do córki i siostry. Pod wieczór odebrał pierwszy telefon, potem drugi i trzeci. Dziękował za słowa otuchy.

Byli z Jolą małżeństwem 33 lata, szczęśliwym. Jako korespondent prasy zagranicznej musi bacznie obserwować życie społeczne i gospodarcze kraju, więc ściśle współpracował z żoną, właściwie był jej konsultantem. Każdy ranek zaczynali od prasówki. Jolanta Szymanek-Deresz piła kawę z mlekiem, jadła biały ser, bułeczki z dżemem albo miodem. Siedzieli tak przy stole od 7 rano do 8 i czytali gazety, a potem każde mówiło, co myśli o danej sprawie. Wieczorem śledzili, jeden po drugim, programy informacyjne. - Tych rozmów z Jolą najbardziej mi brakuje. Po tylu latach małżeństwa to rozmowy stają się najważniejsze - mówi Paweł Deresz. Co teraz? - Zamierzam skoncentrować się na przyszłości, nie chcę grzebać w przeszłości. Dużo pracuję, praca, jak pani wie, nie tylko uszlachetnia, ale pozwala zapomnieć - odpowiada. - No i mam dla kogo żyć. Nasza córka jest w czwartym miesiącu ciąży. Żyjemy już nowym życiem. Będę miał wnuczkę, nie wiem jeszcze, co na to mój zięć, ale razem z córką chcielibyśmy, aby dostała imię po swojej babci: Jola.
- Ta wnuczka to dla Pawła dar z niebios - przytakuje Małgorzata Szmajdzińska, żona marszałka Jerzego Szmajdzińskiego. Przyjaźnili się z Dereszami i z rodziną Izabeli Jarugi-Nowackiej: wspólne sylwestry, wypady na wczasy, taka paczka zgranych przyjaciół, więc Małgorzata Szmajdzińska jest z Pawłem Dereszem w stałym kontakcie. To właśnie przyjaciele zaraz na początku pozwalali jej przetrwać. - Kiedy dowiedzieli się o tej tragedii, sami przyszli do naszego domu, zaczęli się krzątać, gotować. Do tych, którzy nie przyszli, sama zadzwoniłam. Czasami nie wiadomo, co powiedzieć komuś, kto stracił bliską osobę, chciałam ich ośmielić - opowiadała mi kilka dni po katastrofie. Ale też pracowicie pielęgnowali znajomości. Uchodzili za wzorowe małżeństwo i bardzo szczęśliwą rodzinę. On spokojny, wyważony, niektórzy mówią nawet, że trochę gburowaty, ona - kobieta wulkan. Do tego dwójka wspaniałych dzieciaków: Andrzej, student czwartego roku prawa, i Agnieszka, nazywana przez rodziców i przyjaciół Bubą. Agnieszka miesiąc po śmierci ojca rewelacyjnie zdała maturę i dostała się na pierwszy rok prawa. - Ona sama wie najlepiej, ile ją to kosztowało - mówi dzisiaj Małgorzata Szmajdzińska. I po chwili: - Niech pani nie wierzy, że czas leczy rany. Wcale nie leczy. Mija okres szoku i jest coraz trudniej, bo do człowieka dociera świadomość, że stracił najlepszego przyjaciela.

Zaraz po tragedii była bardzo dzielna. Udzieliła wywiadu Kamilowi Durczokowi i rozgorzała dyskusja o tym, jak przeżywać żałobę. Bo ona nie płakała do kamery, nie lamentowała. Uśmiechnięta, wspominała swojego męża, o którym zdrobniale mówiła: Juruś. - Zadzwonił do mnie Zbigniew Hołdys, nie znaliśmy się wcześniej. I kazał pamiętać o tym, że przez wiele lat żyłam z człowiekiem, którego bardzo kochałam. To była przygoda mojego życia, największa, jaka mnie spotkała. A przecież nie wszystkim jest dane taką przeżyć - opowiadała mi wtedy. I dodała, że kiedy człowiek staje twarzą w twarz z tak wielką tragedią, nie można o tym zapominać. Trzeba docenić i dziękować za czas, kiedy trwaliśmy przy tej drugiej osobie.
Dzisiaj zaczyna odczuwać pustkę. Najbliższe święta Bożego Narodzenia spędzą bez męża i ojca, są weekendy, w które ma trochę więcej czasu i powoli, z każdym dniem bardziej, zaczyna fizycznie odczuwać brak tej drugiej, tak ważniej dla siebie osoby. - W życiu codziennym muszę sobie jednak radzić, przecież mam dzieci na studiach, a one potrzebują matki. Muszę odsuwać od siebie te wszystkie złe myśli, ale to trudne - opowiada.

Więcej w weekendowym wydaniu dziennika "Polska" lub na prasa24.pl

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie