Opozycja pisana na nowo. Krajobraz po bitwie Platformy z Lewicą

Witold Głowacki
Witold Głowacki

Wideo

Zobacz galerię (1 zdjęcie)
Na opozycji miało miejsce prawdziwe trzęsienie ziemi, dawno nieoglądane po tej stronie sceny politycznej. Właśnie opada kurz po ponad tygodniowej batalii, jaka rozegrała się między Lewicą a Koalicją Obywatelską o postawę wobec ratyfikacji Europejskiego Funduszu Odbudowy. Zostawmy emocje, odłóżmy uprzedzenia - i przyjrzyjmy się temu, co tak naprawdę się na opozycji wydarzyło. Pomogą nam w tym politolog profesor Rafał Matyja i badacz opinii publicznej, szef sondażowni IBRiS Marcin Duma.

Nad okopami właśnie znów zaległa cisza. Wstępne rachunki zysków i strat – w oparciu o sondaże – wskazują rzecz na pierwszy rzut oka zaskakującą - otóż żadna z walczących na opozycji stron nie uzyskała ani, nie straciła ani piędzi ziemi. O pewnych raczej doraźnych korzyściach może mówić PiS, który dzięki wojnie na opozycji mógł odetchnąć z ulgą, bo uwaga mediów przestała się skupiać wokół problemów związanych z koalicyjnymi napięciami i postawą Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry. Pewien wzrost odnotowała natomiast Polska 2050 Szymona Hołowni, która w opozycyjnej wojnie praktycznie nie wzięła udziału, wykazując wobec niej moralnie wyniosłe desinteressement okraszone niejednym zdaniem o polskiej racji stanu.

W sondażach 0:0
Pierwszy sondaż po opozycyjnej wojnie o EFO przeprowadziła pracownia United Surveys dla Wirtualnej Polski: - Badanie odbyło się już po przejściu całego sporu przez fazę apogeum. Jeśli chodzi o pozycję Platformy i Lewicy, nie stało się w zasadzie nic. Platforma wprawdzie symbolicznie osłabła o jeden punkt procentowy – ale to zdecydowanie kwestia trendu, w jakim ta partia się znajduje, a nie jakichś bardziej doraźnych strat. Lewica ma wynik bez większych zmian w porównaniu z większością poprzednich badań. Wzrost poparcia o 3 punkty procentowe, czyli już istotny, odnotowała natomiast Polska 2050, co świadczy o tym, że strategia przyglądania się całej batalii z ukrycia, okazała się całkiem opłacalna - mówi Marcin Duma, badacz opinii publicznej, szef IBRiS i United Surveys.
Czy to znaczy że ani PO, ani Lewica sondażowo nic zyskały i nic nie straciły, to dowód na to, że nic się wielkiego nie wydarzyło? O nie, wręcz przeciwnie.
Relacje na opozycji zmienią się w sposób raczej trwały. Na pierwszym, taktycznym, poziomie bitwy lewicowo-platformerskiej, chodziło bowiem o sposób postępowania wobec ratyfikacji Europejskiego Funduszu Odbudowy. Na poziomie drugim jednak o sprawy znacznie ważniejsze – o samą strategię funkcjonowania opozycji w warunkach drugiej kadencji PiS i o pytanie, czy „odsunięcie PiS od władzy” powinno być dla niej celem samym w sobie, celem uświęcającym wszelkie możliwe środki i zwalniającym z trudnych pytań o to, jak miałaby być urządzona przyszła Polska. Był też wreszcie poziom trzeci – na którym ważyły się losy dotychczasowej dominacji Platformy na opozycji.

Wielki błąd Platformy
- Profesorowi Geremkowi przypisuje się maksymę według której, kiedy w polityce jest zbyt cicho, powstaje znakomita okazja, by podramatyzować, ale za to gdy mamy do czynienia z realnym politycznym dramatem, to znacznie rozsądniej jest go wyciszyć. Platforma miała wiele możliwości, by ten dramat wyciszyć, ale wybrała drogę oskarżania Lewicy o zdradę i ostatecznie skupiła wszystkie reflektory na swojej własnej, bardzo mało czytelnej logice działania w tej sprawie – mówi politolog, profesor Rafał Matyja.
Decyzja Lewicy o wsparciu PiS w głosowaniu w sprawie ratyfikacji europejskiego funduszu odbudowy w zamian za spełnienie listy warunków przedstawionych rządowi wywołała najpierw bardzo gwałtowną reakcję Platformy Obywatelskiej i jej zaplecza w mediach i mediach społecznościowych, a ostatecznie skutkowała przyjęciem przez PO dość osobliwego rozwiązania, jakim było wstrzymanie się od głosu podczas przyjmowania ratyfikacji przez Sejm. Osobliwego, bo w sferze deklaracji to przecież Platforma Obywatelska jest tą najbardziej proeuropejską ze wszystkich partii na polskim rynku politycznym.
Tym razem jednak nawet i tę proeuropejskość trzeba było chwilowo złożyć na ołtarzu bieżącej wojny. Zdarzyło się bowiem coś z punktu widzenia Platformy absolutnie alarmującego i wymagającego rzucenia do obrony murów wszystkich dostępnych sił. Lewica mianowicie pozwoliła sobie na podważenie dominującej roli Platformy Obywatelskiej na opozycji. Zamiast czekać z Platformą na cud w postaci upadku koalicji rządzącej w wyniku sprzeciwu Zbigniewa Ziobry wobec ratyfikacji EFO – który to cud marzył się części polityków PO i tuzów z medialnego i intelektualnego zaplecza tej partii, Lewica postanowiła pokazać swym wyborcom, że może spróbować gry na własnych warunkach. I że by „odsunąć od władzy PiS” nie postawi na szali wartości europejskich i miliardów złotych dla Polski.

Lewicowa insurekcja
- Lewica zrobiła coś podobnego chyba po raz pierwszy od czasów utraty władzy przez SLD. Zagrała we własną grę. Otwarcie i świadomie zakwestionowała „przywództwo” Platformy na opozycji, a następnie „ustała” to wszystko, co nastąpiło później. Zarazem też Lewica wyłamała się z narzucanego przez Platformę opozycyjnego formatu anty-PiS-u, w którym nadrzędnym i zasadniczym, jeśli nie jedynym celem istnienia i działania opozycji ma być „odsunięcie PiS od władzy” – mówi Marcin Duma, badacz opinii publicznej i szef IBRiS.
Przyjrzyjmy się pokrótce, na jakich pozycjach wyjściowych znalazły się u progu batalii o EFO Platforma i Lewica. Od wyborów 2019 roku pozycja Platformy raczej słabnie niż się wzmacnia. Choć PO ma zdecydowanie najliczniejszą na opozycji reprezentację w Sejmie, w sondażach nie jest już tą najsilniejszą partia opozycyjną. Palmę pierwszeństwa przejęła tu Polska 2050 Szymona Hołowni, co niekoniecznie musi przekładać się na wyborczy wynik, ale jest znakomitym probierzem stopnia zmęczenia i zniechęcenia opozycyjnych wyborców zarówno warunkami politycznej polaryzacji, jak i jałowością trwania w opozycyjnej logice „antyPiS-u za wszelką cenę”.
Platforma jednak nadal zachowywała się tak, jakby te wszystkie symptomy do niej nie trafiały. I tak, jakby nadal była hegemonem na opozycji i miała nim pozostać na wieczność. W lutym Borys Budka i Rafał Trzaskowski zapisali bez pytania pozostałe partie do „koalicji 276”, teraz zaś politycy Platformy byli absolutnie pewni, że ich pomysł na postępowanie względem EFO i związanych z ratyfikacją problemów PiS został przez aklamację przyjęty przez resztę opozycji.

Miraż z obalaniem PiS
Jaki był to pomysł? Otóż jasne było, że Zbigniew Ziobro i Solidarna Polska zamierzają głosować przeciw ratyfikacji, w związku z czym Zjednoczona Prawica nie będzie mogła oprzeć się wyłącznie na własnych głosach. Polacy są generalnie zorientowani bardzo prounijnie – i tyczy się to także większości wyborców PiS. Bezsilność wobec niemożności ratyfikowania umowy o EFO byłaby więc dla Pis mocno kłopotliwa, istniałaby nawet jakaś szansa na to, że napięcie między PiS a ziobrystami osiągnie taki poziom, w którym koalicja zostałaby zerwana. Umówmy się – prawdopodobieństwo, że mogłoby do tego dość wynosiło może 1 do 15, a może 1:20. Bez sporej dozy myślenia życzeniowego i pewnej umysłowej wygody, nie można było się do tej myśli szczególnie przywiązywać.

Profesor Rafał Matyja nie pozostawia tu złudzeń: - Jeśli Platforma wierzyła, że z pomocą tego głosowania naprawdę da się obalić rząd, to uległa zupełnemu mirażowi. To samo tyczy się zresztą innych łatwych scenariuszy „odsuwania PiS od władzy”, w których miałoby się to stać niejako samo, za sprawą błędów popełnionych przez samego Kaczyńskiego – mówi politolog.

Główny problem z marzeniem o cudzie z rozpadem koalicji polegał jednak na tym, że by istniały jakiekolwiek nadzieje na urzeczywistnienie takiego scenariusza, konieczne byłoby działanie całkowicie sprzeczne z samymi fundamentami politycznego światopoglądu proeuropejskich i prounijnych zarazem zaś w różnym stopniu doświadczonych przez ekonomiczne skutki pandemii wyborców opozycji. Opozycja musiałaby mianowicie twardo ogłosić, że ratyfikacji nie poprze – i to mimo tego, że chodzi o europejski fundusz ratunkowy, w dodatku bardzo korzystny finansowo dla Polski. Powtórzmy zatem: proeuropejska i mająca jednoznacznie proeuropejskich wyborców opozycja musiałaby ogłosić wszem i wobec, że nie poprze planu ratowania Unii przed skutkami pandemii, w ramach którego Polsce miałoby przypaść do 250 miliardów euro. A dlaczego? Bo stwarzałoby to cień szansy, że koalicja rządząca się rozpadnie i będzie można odsunąć PiS od władzy.

Paradoks anty-PiS-u
Czy taką logikę ktoś na opozycji mógłby kupić? Otóż być może tak. Wyborcy Platformy – albo ich część. I tylko oni.
- Wyborcy opozycji z reguły mają krytyczny lub bardzo krytyczny stosunek do PiS, to dość oczywiste. Ale jeśli pytamy ich o „odsunięcie PiS od władzy” bez względu na koszty, choćby za cenę spalonej ziemi, to jeśli chodzi o ogół wyborców opozycji, z naszych badań wynika, że za formułą takiego twardego „antyPiS-u” opowiada się nie więcej niż połowa ogółu głosujących na opozycję. Inaczej to jednak wygląda, jeśli przyjrzymy się wyborcom poszczególnych partii. Większość wyborców opowiadających się za twardym „antyPiS-em” ma tylko Platforma. W wypadku Lewicy jest zaś na odwrót – tylko około jednej trzeciej jej wyborców opowiada się za „odsunięciem PiS od władzy” nawet kosztem polskich interesów. Jeśli zaś chodzi o Polskę 2050, rozkłada się to mniej więcej po równo. – mówi o wynikach badań elektoratów opozycji Marcin Duma.
Platforma próbowała więc narzucić opozycji strategię, która mogłaby być akceptowalna wyłącznie przez część jej – Platformy – wyborców. A i to głównie wtedy, jeśli weźmiemy pod uwagę samo ich podejście do doktryny „odsuwania PiS od władzy”.

- Osobiście nie mam pojęcia, jak Platforma mogłaby przekonać swoich proeuropejskich wyborców, że należało zagłosować przeciwko ratyfikacji Europejskiego Funduszu Odbudowy. W tej sprawie stawka była zbyt wysoka, a polska racja stanu zbyt jednoznaczna, by próbować to uzasadniać doraźnym taktycznym interesem rozgrywki z PiS - dziwi się profesor Rafał Matyja.

Wyborcy Lewicy – którzy za twardym antyPiS-em opowiadają się tylko w jednej trzeciej i do tego są bardzo jednoznacznie proeuropejscy – takiej decyzji swoich polityków po prostu by nie kupili. Z tego punktu widzenia, Lewicy nie pozostało nic innego niż rozsypać układankę szykowaną przez polityków Platformy. I tym właśnie było zawarcie układu z PiS-em, który w zamian za głosowanie za ratyfikacją EFO zobowiązał się do budowy 75 tysięcy mieszkań, przekazania 30 procent środków z Unii samorządów czy zainwestowania 850 milionów euro w szpitale powiatowe.

Armaty na kapiszony
Taka zbrodnia nie mogła oczywiście pozostać bez kary. Na Lewicę i lewicowców posypały się ze strony liberalnego centrum prawdziwe gromy. Radosław Sikorski porównał układ Lewicy z PiS do paktu Ribbentrop-Mołotow, Roman Giertych ogłosił, że do porozumienia mogło dojść z inspiracji rosyjskich tajnych służb, a Tomasz Lis uznał za fakt o znaczeniu symbolicznym, że do jego ogłoszenia doszło w rocznicę Targowicy. W serwisie wiadomo.co Przemysława Szubartowicza ukazał się tekst Cezarego Michalskiego o Budapeszcie (za sprawą Lewicy) w Warszawie, w którym nazwisko „Zandberg” padło 21 razy. W mediach społecznościowych słychać było chór działaczy i sympatyków Platformy o „zdradzie”, „bolszewikach” i „podnóżkach Kaczyńskiego”. Bardzo przykry i zarazem masowy– nie bójmy się tego słowa - hejt spadł ze strony najbardziej krewkich zwolenników Platformy zwłaszcza na posłanki Lewicy – na przykład Annę Marię Żukowską, Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk, czy Magdalenę Biejat.
Wszystkie działa wytoczyły też oczywiście przeciwko Lewicy liberalne media – i te tożsamościowe, i te bardziej informacyjne. Cały ostrzał trwał prawie tydzień bez spowolnienia tempa na czas majowego długiego weekendu.
– To były wręcz salwy burtowe, pełną siłą ognia, długotrwałe, zmasowane i skoncentrowane. Gdy jednak przyglądamy się sondażowym skutkom tej kampanii, widzimy że są praktycznie żadne. Stawia to bardzo niewygodne dla dużych liberalnych mediów pytania o ich realną siłę oddziaływania. Gdyby okazało się, że głośny krytyczny chór wszystkich liberalnych mediów nie ma żadnego wpływu na postawę wyborców lewicy, świadczyłoby to między innymi o tym, że coraz większą rolę zyskują budowane przez partię jej własne kanały dotarcia do elektoratu, przede wszystkim w sieci i mediach społecznościowych. – komentuje Marcin Duma.

Jaki związek może mieć kryzys opozycji z kryzysem elit? Zobacz rozmowę z Marcinem Dumą:

***
Trudno powiedzieć, czy opozycji będzie łatwo wrócić do płynnej współpracy po tym co wydarzyło się na przełomie kwietnia i maja. Z całą pewnością jednak dotychczasowy kształt relacji między Platformą a Lewicą został brutalnie renegocjowany. Lewica upomniała się o swoją podmiotowość w obrębie opozycyjnej części sceny i w odpowiedzi spotkała z prawdziwą, żywiołową furią Platformy i jej zaplecza. Presja by zapędzić Czarzastego, Zandberga i Biedronia z powrotem do szeregu, była potężna, pięści poszły młynkiem w ruch, jednak Lewica – by użyć trafnego określenia Dumy – to ustała. Pytanie, czy w dłuższej perspektywie będzie zdolna do narzucania tematów opozycyjnej polityce pozostaje otwarte, jednak tu sprzyja Lewicy zdecydowanie fakt, że świat twardego antyPiS-u nie jest już w stanie ani takich narracji tworzyć, ani nawet z nimi polemizować inaczej niż poprzez chóralny wrzask. Moment, w którym okazuje się, że ten chóralny krzyk zdaje się nie nieść ze sobą żadnych realnych skutków, może okazać się dla Lewicy i jej podmiotowości, przełomowy.

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

A
Antyryży

Platforma jest obecnie na etapie gnilnym