Olimpijski protest song

Rozmawia Agnieszka Kropielnicka
Nieoficjalna piosenka olimpijska jest już gotowa. Premiera radiowa - 10 lipca. Wokal - Maria Sadowska, specjalistka od jazzu i muzyki klubowej, oraz... Monika Pyrek, wicemistrzyni świata w skoku o tyczce.

Śpiewacie piosenkę olimpijską. Tymczasem nadal słyszy się głosy nawołujące do bojkotu pekińskiej olimpiady z powodu prześladowań Tybetańczyków. Nie boicie się iść pod prąd?

Maria Sadowska: To delikatne rzeczy. Jestem po stronie Tybetu, ale rozumiem też Monikę, która od czterech lat przygotowuje się do startu, i nie wiadomo, czy będzie miała kolejną szansę, żeby zdobyć olimpijski medal. Na szczęście idee olimpiady pozostają niezmienione, bez względu na to, gdzie olimpiada się odbywa.

Monika Pyrek: Teraz trzeba właśnie konsekwentnie działać na rzecz igrzysk. Przecież funkcja olimpiady miała zawsze polegać na łączeniu zwaśnionych - to impreza propagująca pokój. Poza tym my, sportowcy, musimy rozpatrywać to nie tylko w kategoriach wydarzeń wagi światowej, ale też w normalnych, prywatnych, własnych. Taka odmowa udziału w najważniejszym sportowym wydarzeniu to kawał życia do tyłu i zmarnowanie czterech lat ciężkiej pracy. Trochę się boję, że tam, na miejscu, wybuchnie festiwal protestowania, pełny bojkot, że tam nagle pójdą na to wszyscy. A ja chcę, żeby było normalnie, i wyłamię się z pełną konsekwencją, choć boję się szykan.

Czyli piosenka "Wyżej, szybciej, dalej" stała się dla was protest songiem przeciw głupim sposobom protestowania przeciw łamaniu praw człowieka w Tybecie?

Monika: Skomplikowany pomysł, ale może to tak zadziała. Ogólnie rzecz biorąc, na pewno o wiele uczciwiej jest zrobić cokolwiek za lub przeciw czemuś, choćby i piosenkę, niż tylko gadać, wygłaszać tezy, które tego gadającego wcale nie dotyczą! Jak ktoś w ogóle śmie mówić o czymś tak poważnym, jak ucisk całej nacji, skoro zaraz wróci do domu, a najgorsza rzecz, jaka go tam spotka, to półgodzinny korek albo zły film w telewizji? Nic nie wie o ludzkim cierpieniu, a o tezach głoszonych w telewizji i na przyjęciach zapomina, zanim przyłoży głowę do poduszki.

Maria: Nie zgadzam się. Muzyka powinna być ponad ta-kie sprawy, a ta piosenka powstała z potrzeby serca, a nie z kalkulacji. I nie ma też być sposobem na zrobienie wokół nas medialnego szumu, proszę nam wierzyć.

Monika: To po prostu akt wielkiej przyjaźni. Maria spełnia w ten sposób moje marzenie o śpiewaniu.
Nie miałam pojęcia, że się znacie. I na plotkarskich stronach w necie nic nie było...

Maria: Bo znamy się od jesieni zeszłego roku, ale zaprzyjaźniłyśmy się od pierwszego wejrzenia. Czasem człowiek wie, że to jest to. Widzi kogoś i wybiera na przyjaciela.

Monika: I z wzajemnością. To od pierwszej chwili było coś więcej niż sympatia i więcej nawet niż koleżeństwo. I nasi faceci też się polubili.

Maria: Czego można więcej chcieć od życia?

Jak wyglądało wasze pierwsze zetknięcie?

Monika: Zafascynowałam się Marią i jej muzyką już w 2003 roku, kiedy zaśpiewała na bankiecie po mityngu Żywiec Coup w Poznaniu. To był znakomity występ, tak energetyczny, że aż przechodziły mnie dreszcze. Potem śledziłam losy Marii i kiedy wydała płytę "Tribute to Komeda", uznałam to za polskie muzyczne wydarzenie dziesięciolecia. I nagle jesienią zeszłego roku zaproszono mnie do udziału w programie "Mój pierwszy raz" i mogłam spełnić swoje dowolne życzenie. Pragnienie zaśpiewania z Marią jej piosenki "Kiedy nie ma miłości" wygrało nawet z pragnieniem poprowadzenia lokomotywy. Maria miała mnie wcześniej przeszkolić. Jako jej fanka byłam na początku przerażona - że będziemy sobie siedzieć w hotelu jak koleżanka z koleżanką i trenować śpiewanie. Byłam skrępowana. Ale mistrzyni okazała się przyjazna i otwarta. Roześmiana. I to mnie w niej kompletnie urzekło.

Maria: A mnie w Monice na samym początku w oczywisty sposób urzekło to, że chce zaśpiewać właśnie ze mną. Oglądam jej skoki od 10 lat z fascynacją. Czym mogłam zasłużyć na zainteresowanie tak wielkiej gwiazdy sportu? To przecież ona jest mistrzynią.

Monika: Wicemistrzynią.

Maria: Okej. A potem to był po prostu instynkt, który mi powiedział, że jej można ufać. Jest praktyczna, spokojna, zorganizowana, niesamowicie uczciwa.

Monika: A Maria jest spontaniczną, sympatyczną bałaganiarą, żyjącą z dnia na dzień, bez planu. Podczas kiedy ja pamiętam każdą datę ze swojego życia, Marii daty są chyba w ogóle niepotrzebne, świetnie sobie bez nich radzi.

A w dodatku jedna z was jest brunetką, a druga blondynką. Przyciągnęły się absolutne przeciwieństwa?

Monika: Nie do końca. Prywatnie bardzo się różnimy, ale uprawiane przez nas zawody są do siebie podobne bardziej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.

Maria: To prawda. Żeby śpiewać, trzeba być w dużej mierze sportowcem i ciągle, konsekwentnie, codziennie trenować. Monika mówi, że wystarczy jej kilka dni bez treningu, a od razu czuje, jak spada forma, wiotczeją mięśnie. Bardzo trudno jest potem odrobić takie dni lenistwa. Ze mną jest identycznie. Ktoś, kto śpiewa, musi mieć wytrenowane całe ciało. Na początek - struny głosowe. To jest przecież mięsień, który trzeba ćwiczyć, bo inaczej będzie słaby. Codziennie musisz robić ćwiczenia głosowe, nudne jak cholera. Siedzisz i przez godzinę śpiewasz w różnych tonacjach: wa we wi wo, wa we wi wo, albo: glim glem glam glem, glim glem glam glem gliiiiim. Po drugie - przepona. Codziennie robię 150 brzuszków, bo przepona służy do tego, żeby trzymać stabilny dźwięk i móc go trzymać długo. A po trzecie - koncerty. Żeby dać dwugodzinny koncert, musisz mieć znakomitą kondycję. Więc - rolki, gimnastyka, basen, windsurfing, narty, skateboard - wszystko, co kondycyjne. Taka jest codzienność. Inaczej nie będziesz śpiewać. A przed nagrywaniem płyty musisz wziąć z piętnaście lekcji ustawiających głos. Czyli trenować ciało non stop.

Monika: Z kolei w lekkiej atletyce absolutnie najważniejszą rzeczą jest rytm, jak w muzyce. To dlatego puszczamy sobie na mityngach ulubione piosenki, a jeśli jesteśmy nie dość skoncentrowani, prosimy czasami tłumy, żeby zaczęły klaskać i wyznaczyły nam rytm biegu. Musimy mieć poczucie rytmu, bez tego się nie obejdzie. A czymś, co łączy nas w największym stopniu, jest to, że obydwie kochamy swoje zawody. Maria jest bardziej muzykiem, kompozytorem niż po prostu wokalistką, i podczas komponowania całkowicie oddaje się temu, co robi. Taka twórczość to mistyczne przeżycie, podobnie jak udany skok o tyczce.

Skok o tyczce może być mistyczny?

Monika: Oczywiście! Proszę sobie wyobrazić: najpierw bieg o narastającym tempie, potem - hop - ta dziwna akrobacja, w której się odwracamy do góry nogami, a potem długą chwilę z głową w dół czekamy, aż tyczka zacznie się prostować i jeżeli wszystko się dobrze zrobiło, tyczka oddaje energię pionowo do góry. I to jest niesamowite, euforyczne przeżycie, bo owo potężne wybicie tyczki jest skutkiem kumulacji energii, którą uzyskuje się w biegu. Trudno to opisać, ale to boskie przeżycie, które sobie człowiek zapewnia siłą własnych mięśni, precyzją i konsekwencją.

To jak włączenie dopalacza w myśliwskim samolocie?

Monika: Tak, myślę, że to podobne.

Maria: A ja takie włączenie dopalacza czuję podczas udanego aktu kompozycji albo kiedy mam jakiś świetny pomysł. U Moniki to jest przelot, a u mnie odlot, ale wrażenie jest chyba podobne. Najbardziej podobne do skoku o tyczce jest występowanie na żywo. To wspaniałe uczucie, kiedy stoisz przed publicznością, przekazujesz jej swoje emocje.

Monika: Identycznie jak na treningu! Trening tyczkarza jest bardzo wszechstronny, składa się z biegów długich i sprinterskich, akrobacji na drążkach i poręczach, salt. Wszystkie te elementy układają się w specyficzny rytuał, w którym każdy drobiazg musi być na swoim miejscu. Jeśli zaniedba się drobny szczegół, nic się potem nie uda. Z tych wszystkich nitek plecie się coś w rodzaju obrazu, makaty, który może być arcydziełem. Może to śmieszne, ale ja, pasjonatka własnego zawodu, tak to właśnie widzę.

Maria: To, o czym mówi Monika, przypomina z kolei proces kompozycji - cyzelowanie brzmień, doprowadzenie do tego, żeby wszystkie elementy wskoczyły na miejsce...

Czy znakomity sportowiec ma cechy artysty?

Monika: Chyba tak. Ale o ile artyzm pojawia się wtedy, kiedy się robi to, co się lubi, o tyle osiągnięcia zależą w sporcie od absolutnej konsekwencji.

Maria: W muzyce jest tak samo. Obydwie uprawiamy wolne zawody. Ludziom na posadach wydaje się, że taki ktoś ma pełną wolność, fruwa sobie z kwiatka na kwiatek, że artysta czy sportowiec to takie nieodpowiedzialne istoty. Bzdura. Musimy mieć potworną dyscyplinę wewnętrzną.

Monika: Mnie nawet nazywają zawziętą i choć to słowo nieprzyjemnie się kojarzy, dla mnie ma pozytywny sens.

Maria: Łączy nas jeszcze to, że obie jesteśmy odporne na porażki, bo bez tego nic fajnego nie da się zrobić. Musimy być też odporne, a właściwie całkiem głuche na to całe zło, które się w polskim świecie muzyki i sportu dzieje.

Właśnie, namalowałyście obraz raju, a przecież kondycja obydwu tych środowisk nie jest w kraju najlepsza.

Maria: O, pewnie. Z muzyką coś się stało fatalnego. Dziesięć lat temu zatrzymaliśmy się na etapie popu i rocka, czyli w epoce jaskiniowej. I mamy je tu w najgorszym wydaniu, wielka lawina piosenek o niczym, byle z gitarą. To muzyka zagrana na przedszkolnym poziomie, a jest zbyt prostacka nawet dla dzieci i młodzieży, choć dla nich jest przeznaczona. Czasem mam wrażenie, że to jakaś podstępna forma terroru, że ten 40-milionowy kraj jest świadomie ograniczany i ogłupiany w muzycznej niewiedzy przez dyktaturę trzech największych stacji muzycznych. Puszcza się muzykę nierozwijającą duszy, technicznie i kompozycyjnie sto lat za resztą świata. Wymyślono odbiorcę, wirtualnego idiotę, któremu wciska się rzeczy na najgorszym muzycznym poziomie, poniżej którego nigdy by się nie zeszło jeszcze dziesięć lat temu. Wiem, że gdyby znakomite Kayah i Edyta Bartosiewicz pojawiły się dziś, nie przebiłyby się przez ten dyktat fatalności. Ale wierzę, że jesteśmy u muzycznego dna, od którego teraz będzie można się odbić. Jeśli ten upadek nie doprowadzi do uzdrowienia, można śmiało powiedzieć, że nastąpił muzyczny koniec świata.

Monika: A w lekkiej atletyce następuje właśnie początek końca świata. Jeszcze sześć lat temu była w Polsce bardzo popularna. I nagle okazało się, że na dzisiejsze czasy jest zbyt skomplikowana. W telewizji podaje się rzeczy proste i ta komercjalizacja ma na sport ogromny wpływ.

Byłam przekonana, że to nie dotyczy sportu!

Monika: Ależ nie. Tu się stała rzecz okropna. Kiedyś "Su-per Express" zrobił ranking polskich sportowców ze względu na ich zarobki. Pierwsza pięćdziesiątka to byli piłkarze, ja byłam na miejscu 99. Piłkarze zarabiają miliony, a dla lekkoatlety 600-700 tys. rocznie to już majątek. Ja nie narzekam na pieniądze, ale widzę, że masowo zaczęliśmy produkować piłkarzy, bo do tej zabawy zgłasza się mnóstwo dzieci, czasem wysyłanych przez ambitnych rodziców. Tymczasem kluby lekkoatletyczne nie mają pieniędzy i świecą pustkami. Wie pani, co jest najdziwniejsze? Lekka atletyka uznana została za zbyt skomplikowaną, jeśli chodzi o zasady. Piłka nożna, czyli dwie jedenastki chłopa plus piłka, jest grą o najprostszych zasadach i dlatego tak potężnie wyprzedziła resztę dyscyplin. Ściągnięcie ekipy telewizyjnej, a to bardzo ważne, na zawody lekkoatletyczne poniżej olimpiady i mistrzostw świata jest niemal niemożliwe. A nasz nowo budowany Stadion Narodowy nie będzie miał lekkoatletycznej bieżni. Próbowaliśmy o nią walczyć, ale wysłano nas na drzewo. Narodowy będzie obiektem czysto piłkarskim. Tłumaczono nam, że przed lekką atletyką już nie ma żadnej przyszłości.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie