Oleksy: Premier, gdy przestaje pełnić urząd, kończy niemal na ulicy. To "dziadowskie rozwiązanie"

Redakcja
Józef Oleksy
Józef Oleksy FOT.BARTEK SYTA
- Gdy przestaje się być premierem Polski, to zostaje się niemal na ulicy. Nasze państwo nie interesuje się byłymi szefami rządu. To oni sami muszą sobie przygotować przyszłość po urzędzie. A to nie jest w porządku - mówi Józef Oleksy, były premier, w rozmowie z Anną Ziobro.

Ciężko jest być premierem w Polsce?
Trudno. Ale może być łatwo, jeśli tylko szef rządu potrafi sobie dobrać zespół ekspertów, którzy mają nie tylko pomysły, ale znają też szczegóły kulisów rządzenia i gospodarki. Potrzebna jest też umiejętność wytłumaczenia tych mechanizmów publicznie. Wtedy premierowi pozostają głównie funkcje kontrolne i publiczne. Jeśli jest inaczej, wtedy premier musi kierować państwową machiną sam.

Panu było łatwiej?
Akurat mi było ciężko. Niewielu pamięta, że byłem pierwszym lewicowym premierem w Polsce demokratycznej po wyborczej przegranej Solidarności. Objąłem urząd prezesa Rady Ministrów tuż po odsunięciu z urzędu Waldemara Pawlaka przez Lecha Wałęsę i SLD, co się odbyło bez mojego udziału. Co więcej, wówczas prezydentem był Wałęsa, który uczył się dopiero własnego urzędu. I właśnie ta jego nauka bolała mnie najbardziej, bo "studiował" często na mojej skórze. Mimo tak wielu przeciwności mój rząd osiągnął wzrost 7 proc. PKB. Jak dotąd nikt nie powtórzył tego sukcesu.

Od 2001 r. premierem jest zazwyczaj lider wygranej partii.
Gdy Leszek Miller znaczącą przewagą wygrał wybory, ogłosił - i to nie będąc pewnym woli Aleksandra Kwaśniewskiego _- że premierem ma zostawać szef zwycięskiej partii. Tak też się przyjęło i wkrótce stało się obyczajem. Nie ma jednak odpowiedniego zapisu w konstytucji, zatem prezydent ma zupełną swobodę wyboru powierzenia tworzenia rządu innej osobie.

Ktoś wpadł na inny pomysł?
W 1993 r., gdy SLD miał absolutną większość 306 mandatów, prezydent Lech Wałęsa chciał, aby koalicja przedstawiła mu trzech kandydatów, z których on miałby wybrać premiera. W dodatku powiedział to publicznie. Oczywiście koalicja nie wzięła tego nakazu pod uwagę, proponując Wałęsie jednego kandydata.

Teraz mamy przedwyborczych premierów samozwańców. Jarosław Kaczyński ma plakaty tytułujące go premierem, a Donald Tusk twierdzi, że to on będzie piastował ten urząd.
Premier to władza, zatem biją się oni nie o funkcję, lecz o władzę. Jest to jedna z trzech pasji spośród władzy, pieniędzy i miłości. Ta pierwsza pasja może całkowicie ogarnąć człowieka. Ponadto odgrywa ona dziś szczególnie ważną rolę, bowiem partie stają się coraz bardziej scentralizowane, a więc wodzowskie. Ale taka jest specyfika demokracji partyjnej, w której zawsze wyeksponowany jest lider.

Nie ma już miejsca na kolegialność w partiach?
Nie ma kolegialnego kierowania. Jest natomiast kierowanie osobiste z wąskim otoczeniem dobieranym przez lidera. Przekształca się zatem cały model partii na wodzowskie, często przy zachowaniu pozorów wewnętrznych uzgodnień. Wewnętrzna demokracja idzie zatem w kierunku bardziej niż niegdyś scentralizowanego modelu partii politycznych.

Czytaj także:
* Oleksy: Dobrze, że Palikot zrezygnował z błazenady. Może wejść do Sejmu
* Kaczyński: Najpierw trzeba rozbroić bombę tykającą pod finansami publicznymi. A potem? Smoleńsk
* Ziemkiewicz: Platforma Obywatelska myślała, że wszystko jej wolno

Wielu wyborców uważa, że liderom chodzi tylko o dostanie się jak najbliżej budżetu państwa. To łatwe pieniądze?
Nie. Wynikiem zdobycia władzy jest prawo gospodarowania pieniędzmi państwa. W polskim rządzie pensje są żałośnie niskie na tle Europy. Dorwanie się do wpływu na budżet nie jest główną motywacją, zwłaszcza że od dawna jest on raczej źródłem licznych trosk i kłopotów.

Obecnym liderom największych partii można zarzucić, że rządzą twardą ręką.
Trzeba mieć predyspozycje, żeby być liderem partii. Chodzi o chęć dążenia do dominacji. W przyrodzie rządzi brutalny mechanizm selekcji. W polityce natomiast objawia się on zdobywaniem pozycji, możliwością wprowadzania swoich poglądów i pomysłów, czyli dominowania nad innymi. Ważną rolę odgrywają także osobiste ambicje. Osoby, które tego nie mają w swojej naturze, nie sprawdzą się w polityce.

Po zakończeniu kadencji rządu łatwo jest funkcjonować na rynku byłemu premierowi Polski?
Nie. W Polsce jest to w ogóle nieuporządkowane. Używałem nawet określenia "dziadowskie rozwiązania". Gdy przestaje się być premierem Polski, to zostaje się niemal na ulicy. Nasze państwo nie interesuje się byłymi szefami rządu. To oni sami muszą sobie przygotować przyszłość po urzędzie. A to nie jest w porządku. W całym cywilizowanym świecie premier kończący swój urząd jest jakoś przez państwo wyposażony. Były propozycje, ażeby w ustawie o uposażeniu byłych prezydentów dopisać premierów. Jednak nie zrobiono tego. Warto przypomnieć, że w Polsce nie mamy przecież systemu prezydenckiego. Władza szefa rządu jest znacznie większa i ogromnie odpowiedzialna.

Jest na co się skarżyć.
Nie mam się na co użalać, bo jestem w o tyle komfortowej sytuacji, że mam dobry zawód. Jednak gdy ktoś zostaje nagle wyłączony z polityki i nie ma dokąd wrócić, a w dodatku nic sobie wcześniej nie przygotował, to może znaleźć się na bruku. Ja na szczęście miałem gdzie wrócić. Ale nie wszystkim się powiodło.

Żaden rząd nie starał się skorzystać z Pana wiedzy i doświadczenia?
Za prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego byłych premierów zapraszano, np. na przyjęcia delegacji zagranicznych, i była to okazja do wspólnych rozmów i objaśniania spraw kraju. Później już tego nie robiono. W tej chwili nasze państwo zaczyna funkcjonować protokolarnie i proceduralnie w gronach wyłonionych politycznie od wyborów do wyborów. Nie wygospodarowano miejsca na przestrzeń dla byłych polityków. Mało tego, długo nie regulowano nawet spraw opieki zdrowotnej dla byłych premierów.

Kiedyś generał Petelicki powiedział, że wielu polityków trzyma się władzy, bo zwyczajnie nic innego nie potrafi.
Znam wiele osób, które gdy wypadły z polityki, znalazły się w bardzo nieciekawym położeniu. Na Zachodzie nawet posłowie, którzy byli politykami przez dwie kadencje, mają w razie nieznalezienia się na rynku pracy zapewnione minimalne uposażenie.

Nie pierwszy raz wychodzi słynne polskie dziadostwo.
Nawet sędziowie, prokuratorzy i mundurówka mają wyższe emerytury niż wieloletni posłowie.
Jaką emeryturę ma premier po wielu latach bycia jednym z najważniejszych posłów w rządzie?
Moją emeryturę wyliczono na trzy tysiące złotych.

Czytaj także:
* Oleksy: Dobrze, że Palikot zrezygnował z błazenady. Może wejść do Sejmu
* Kaczyński: Najpierw trzeba rozbroić bombę tykającą pod finansami publicznymi. A potem? Smoleńsk
* Ziemkiewicz: Platforma Obywatelska myślała, że wszystko jej wolno

Wsiada Józef Oleksy do taksówki i na pytanie taksówkarza, dokąd chce jechać, odpowiada: gdziekolwiek, bo wszędzie jestem potrzebny. Pamięta Pan ten żart?
Puścił to w obieg Kwaśniewski i jakoś się przyjęło. Niektórzy przytaczają ten kawał w kąśliwym kontekście. Ale ja to traktuję żartobliwie. Trzeba umieć żartować także z samego siebie.

Obserwując Donalda Tuska, mam wrażenie, że ten żart pasuje też do niego - wszędzie chce pokazać zapotrzebowanie na siebie.
Widać to było wyraźne w kampanii. Ale tak nie było od początku. Myślę, że podróże są reakcją na pojawiające się uwagi o jego bierności na początku kampanii. A przecież taka już jest rola lidera i premiera, aby bywać wśród ludzi, czego właściwie trzymają się wszyscy. Pewnie specjaliści od marketingu politycznego słusznie podpowiedzieli mu, że to działa na wyborców. Muszę też przyznać, że Tuskowi wychodzi to bardzo naturalnie. Zresztą podobną metodę stosuje też Jarosław Kaczyński i Grzegorz Napieralski.

Tyle że ich jakoś tak wyraźnie nie było widać.
Politycy mają coraz mniejszy wpływ na wizerunek swój i partii, którą reprezentują. O_tym decydują media. W tej kampanii Napieralski jest bardzo aktywny publicznie. Politycy mogą dotrzeć do wyborców swoją twarzą i chwytliwym słowem.

Na co powinien zwracać uwagę wyborców potencjalny premier, nie mówiąc wprost o tym, że nie będzie reform, bo skończyły się na to pieniądze.
Na razie mieliśmy etap obietnic. Można też poważnie rozmawiać z wyborcami. Pytanie tylko, jakie są granice mówienia prawdy, by nikogo nie przestraszyć albo nie kreślić sielankowej przyszłości. Politycy w tej kampanii unikali drastycznego mówienia o nadchodzących trudnościach. Ten temat delikatnie przewinął się u ministra Rostowskiego. Po wyborach dość niewygodne rozmowy staną się konieczne, aby uzyskać społeczne przyzwolenie na najtrudniejsze decyzje czekające nowy rząd.

Jakie powinny być priorytety nowego premiera?
Musi on kontynuować rozpoczęte reformy, m.in. infrastruktury, sieci energetycznych, i dokończyć reformę samorządową. Trzeba też będzie powiedzieć społeczeństwu, że oszczędzanie nie jest dla nich karą, a koniecznością. I nie będzie można tego zaczynać od oszczędzania kosztem obywateli. Tym razem należy rozpocząć od obszaru władzy. Najważniejsze będzie jednak określenie perspektyw rozwojowych Polski, bo kończy się wzrost bazujący na środkach europejskich. Zadaniem całej elity będzie zidentyfikować zasoby zapewniające rozwój i wzrost.

Czytaj także:
* Oleksy: Dobrze, że Palikot zrezygnował z błazenady. Może wejść do Sejmu
* Kaczyński: Najpierw trzeba rozbroić bombę tykającą pod finansami publicznymi. A potem? Smoleńsk
* Ziemkiewicz: Platforma Obywatelska myślała, że wszystko jej wolno

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

#neo

...z wysokiego stołka partyjnego sekretarza, posła i premiera łatwo jest podpowiadać ludziom Jak żyć?.
Użalanie się nad biedą przez byłego dygnitarza jest żenujące. Trzeba po prostu zastosować te podpowiedzi
przez siebie, a będzie żył jak w niebie.
Nawiasem , z wysokiej przecież emerytury nie da się wyżyć?

A
Administrator

To jest wątek dotyczący artykułu Oleksy: Premier, gdy przestaje pełnić urząd, kończy niemal na ulicy. To "dziadowskie rozwiązanie"

R
Robotnik

Trzeba było oszczędzać, a nie trwonić na różne używki.
Samochód słuzbowy, mieszkanie służbowe, telefon służbowy, katering na koszt kancelarii itp. itd.
Lekko licząc przez jedną kadencję z samej pensji premiera i bez nieopodatkowych diet poselskich byłoby tego pewnie z 500 tysięcy złotych, ze o procencie skladanym nie wspomne - 500 tysięcy czyli wiecej niż wypłaty nauczyciela, policjanta, kierowcy MPK czy tez ekspedientki za wszystkie lata pracy, średnio za 20 lat pracy...

W ciagu 4 lat przetupac 500 tysiecy z premierowskiej pensji???

m
musk

użalający się nad sobą

Dodaj ogłoszenie