Odorowicz: Polskie kino powinno opowiadać nasze historie. Czekam na film o powstaniu

Redakcja
Agnieszka Odorowicz
Agnieszka Odorowicz FOT. GRZEGORZ MEHRING/POLSKAPRESSE
- Uważam, że rolą polskiej kinematografii powinno być opowiadanie naszych historii. Przecież nikt tego za nas nie zrobi. Dobrze się dzieje, gdy takie dzieła są zauważane za granicą, dostają nagrody - bo to świetna promocja i filmu, i naszego kraju. Ale najważniejsza jest więź z widzem - mówi Agnieszka Odorowicz, dyrektor generalna Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, w rozmowie z Agatonem Kozińskim.

Kogo pokazuje dziś kino w Polsce? Jak Pani definiuje bohaterów, których historie opowiadają polskie filmy?
Na pewno pokazuje postacie inne niż w czasach polskiej szkoły filmowej. Obecne pokolenie reżyserów, w przeciwieństwie do swoich poprzedników, właściwie nie odwołuje się do doświadczeń wojennych, ten temat już się zakończył. Dziś mierzymy się z kompletnie odmiennymi problemami, widać to zwłaszcza w filmach debiutantów. Na plan pierwszy wychodzą różnego rodzaju relacje rodzinne: syna z ojcem, partnerów, także homoseksualnych. Coraz ważniejszą rolę odgrywają także ogromne oczekiwania wobec życia. Wszystkie postacie, jakie pojawiają się w filmach, mają jeszcze jedną wspólną cechę - są to postacie złożone.

Takich bohaterów kreował Zbigniew Cybulski, m.in. w "Popiele i diamencie". Niedługo do polskich kin wejdzie "Róża" Wojciecha Smarzowskiego. Ten film ma wiele wspólnego z klasykiem Andrzeja Wajdy, gdyż pokazuje ten sam okres z historii Polski: przejmowanie władzy przez komunistów tuż po wojnie. W odróżnieniu jednak od "Popiołu i diamentu" "Róża" nie rozgrywa się w warstwie ideowej, ten film za to przeraża dosłownością, z jaką pokazuje gwałt i ból. Czy to też można uznać za przykład zmiany w polskim kinie?
Nie, nie generalizowałabym na podstawie tego przykładu. On bardziej pokazuje ewolucję, jaką przeszedł język kina. Dziś wszystko musi być szybsze, pokazane w sposób bardzo wyrazisty. Młodzież reżyserska całkowicie inaczej komunikuje się z widzem niż starzy mistrzowie. Dziś podczas montażu filmu myśli się przede wszystkim o tym, jak można go jeszcze bardziej skrócić, zagęścić fabułę. Właśnie to sprawia, że współczesne produkcje są bardzo mocne, "Róża" czy "Dom zły" - poprzedni film Smarzowskiego - są na to świetnym przykładem. Ale mamy też twórców, na przykład Andrzeja Jakimowskiego, tworzących dzieła niemal neoromantyczne, filmy delikatne, jak ognia unikające współczesnego tempa, dosłowności.

Tyle że te zmiany w języku filmowym, które Pani opisuje, to tylko forma. Jaką treść w ten sposób polskie kino ma pokazywać?
Ten nowy język to nie tylko forma, to także środek wyrazu, który pomaga przekonać widza do filmu. Bo kino musi być przede wszystkim wiarygodne. Sztucznie powymyślane historie, niepogłębione postacie to gwarancja tego, że film jest nieudany. W kinie trzeba bowiem pokazywać ludzi prawdziwych. Tak jak zrobiła to Agnieszka Holland w "W ciemności". Jej bohaterowie są skomplikowani, wielowymiarowi. W tym filmie nie ma prostego podziału na dobrych i złych - każda postać jest ukazana z wielu różnych stron. Na tym właśnie polega współczesne kino. Ono ma opowiadać jakąś historię w sposób nowoczesny, a przez to prawdziwy, wiarygodny. I ma zadawać pytania, które sami sobie zadajemy - albo wręcz uzmysławiać nam, jakie pytania zadać chcemy. Bo rolą sztuki jest przewartościowywać pewne kwestie, odbrązawiać je. I zmuszać widza do myślenia.

Najważniejsze polskie filmy ostatnich kilku lat dotyczą historii najnowszej. Czy w ten sposób najłatwiej zmusić widza do myślenia?
To nasza zamierzona polityka. Przez wiele lat w Polsce właściwie nie powstawały filmy historyczne. Dlatego przyjęliśmy od samego początku - a ja kieruję PISF od 2005 r. - że trzeba tę sytuację zmienić. Choć ciągle przychodzi nam to z różnym skutkiem. Bardzo ubolewam, że do dziś nie udało nam się wyprodukować filmu o Powstaniu Warszawskim.

Czytaj także:
* Premiera "Żelaznej damy" w Anglii. Rodzina i przyjaciele Thatcher nie są zadowoleni
* "Dziewczyna z tatuażem" bardziej mroczna niż samo "Millennium" (TRAILER + ZDJĘCIA)

Ale jest scenariusz filmu "Miasto" Jana Komasy - a PISF właśnie mu przyznał dofinansowanie w wysokości 6 mln zł.
I liczę, że na wiosnę wreszcie ruszą do niego zdjęcia - choć i tak uważam, że to późno, liczyłam, że zdjęcia zaczną się przynajmniej rok wcześniej. Ale generalnie cieszę się, że udało nam się namówić środowisko filmowe do zajęcia się tematyką historyczną, bo ta dziedzina była bardzo zaniedbana. Wiadomo, że takie filmy kosztują więcej, poza tym przez lata wielu kwestii celowo nie poruszano, na przykład tematu zbrodni w Jedwabnem.

Teraz powstają dwa filmy na ten temat.
Na razie jeden, Władysława Pasikowskiego - choć jego akcja rozgrywa się współcześnie, Jedwabne wraca tylko w retrospekcjach. Poza tym Krzysztof Krauze napisał scenariusz własnego filmu na ten temat, bezpośrednio już odwołującego się do realiów historycznych, ale jeszcze nie wszedł on do produkcji.

Coraz częściej powstają też filmy o czasach komunistycznych, jak "80 milionów", "Kret" czy "Uwikłanie". Takich produkcji wcześniej właściwie nie było.
Te filmy z jednej strony pokazują ważny aspekt życia społecznego, a z drugiej je zwyczajnie dobrze się ogląda. "80 milionów" ma jeszcze jedną wartość dodaną - jest historią prawdziwą. Bardzo cieszę się, że ten film powstał, gdyż pokazuje, że można pokazać historię w konwencji lżejszej, sensacyjnej.

Świetnie, że powstają dobrze nakręcone filmy o historii najnowszej. Ale wrzucę kamyk do Pani ogródka. Czemu brakuje filmów o współczesnym życiu Polaków? Czemu żaden reżyser nie ma ambicji, by sfilmować zmiany zachodzące w naszym kraju na początku XXI wieku? Bo dziś kino nie szuka bohaterów współczesności.
Bohatera współczesności chcą szukać reżyserzy młodego pokolenia. Zrobił to choćby Leszek Dawid filmem "Ki", w którym pokazał młodą dziewczynę próbującą łączyć macierzyństwo z pracą w show-biznesie. Niedawno mieliśmy "Salę samobójców" Komasy - także film o współczesności i braku porozumienia między pokoleniami. Przykłady mogę mnożyć. Poza tym mam wrażenie, że twórców nie pasjonują realia. Może to i dobrze. Przecież w Europie i USA powstało tak wiele filmów o pracy w korporacjach, maklerach, przekrętach na giełdzie, przepracowaniu. Moim zdaniem nie ma różnicy między przekrętami na giełdzie w Nowym Jorku i w Warszawie. Nie wiem, czy moglibyśmy do nich dodać coś nowego, własnego.

Nie zgadzam się. Moim zdaniem mógłby powstać świetny film, bardzo polski, którego głównym bohaterem zostałby ktoś taki jak Pani. Przecież Pani w młodym wieku została szefową ważnej instytucji - pracuje Pani na maksymalnych obrotach, w ciągłym stresie, podejmowane przez Panią decyzje wzbudzają wiele dyskusji i kontrowersji. W tle rozgrywa się wielka polityka - bo przecież nominację na szefa PISF dostała Pani za czasów rządów PiS, a teraz u steru władzy jest PO. Takiej kariery w Polsce 20 lat temu były niemożliwe, na Zachodzie też ich nie ma. To nie jest ciekawy temat?
Nie jestem przekonana. Moja praca wymaga bardziej pozytywistycznej pracy u podstaw, nie ma w niej zbyt wielu wzlotów i dramatycznych przełomów. Może to jest jakiś pomysł, ale to za mało na film. Zresztą takie problemy, które pan przedstawił, roztrząsa młode pokolenie - najlepiej jak umie, raz lepiej, raz gorzej. Ale trzydziestominutowe filmy, jakie powstają w Studiu im. A. Munka, dotyczą właśnie tego typu zagadnień. Mówią one o ludziach złapanych w jakąś pułapkę. Tą pułapką może być rodzina, praca, związek - a ci młodzi twórcy przy tej okazji uważnie analizują przypadki rozpadu więzi. To dla nich ważny temat.

Czytaj także:
* Premiera "Żelaznej damy" w Anglii. Rodzina i przyjaciele Thatcher nie są zadowoleni
* "Dziewczyna z tatuażem" bardziej mroczna niż samo "Millennium" (TRAILER + ZDJĘCIA)

Spodziewa się Pani, że ci młodzi ludzie za jakiś czas będą umieli te wątki rozwinąć do pełnej fabuły?
Obejrzałam sporo trzydziestominutowych filmów i mam nadzieję, że tak. Poza tym trzeba powiedzieć, że PISF preferuje debiutantów i autorów drugich filmów. Mamy specjalne programy, w których mogą się ubiegać o dofinansowanie w wysokości aż do 70 proc. budżetu filmu. Na pewno to ułatwia im realizację wymarzonego obrazu - tym samym zaistnienie w zawodzie.

Ale największą produkcję ubiegłego roku, "Bitwę Warszawską 1920 r.", reżyserował weteran Jerzy Hoffman - i zakończyło się klapą. Musiało tak być?
To był projekt filmu na bardzo ważny temat - polskiego wielkiego sukcesu militarnego i politycznego. Do tego realizowanego nowocześnie - w 3D. Do kin poszło 1,5 mln widzów.

Cały tekst przeczytasz w weekendowym wydaniu "Polski" lub na stronie prasa24.pl.

Czytaj także:
* Premiera "Żelaznej damy" w Anglii. Rodzina i przyjaciele Thatcher nie są zadowoleni
* "Dziewczyna z tatuażem" bardziej mroczna niż samo "Millennium" (TRAILER + ZDJĘCIA)

Wideo

Komentarze 7

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

s
spokojny
Dość historii przegranych powstań!

Ta, już widzę jak na ten filmik walą tłumy na całym świecie, jak idzie przy pełnych multikinach od Hawajów do Bombajów. Jak po domach, sąsiedzi od Grecji do Szwecji, spraszają się w głównym czasie nadawania żeby zrobić niesamowite kwoty i słupki frekwencyjne, przeżywając wzruszenia przy historii znad Wisły. Oczywiście u nas rekordy zapewnione. Wypędzi się osiemnaściecie milionów dziatwy szkolnej na projekcje a potem omówi na lekcjach wychowawczych.

A tak na poważnie. Mnie nie interesują teorie o funkcjach "opiekuńczo-pielęgnacyjno-mecenasowskich" połączonych z "wczaso-kurso-konferencjami-warsztatami" dla młodych, dynamicznych, dobrze zapowiadających się artystów po 70-tce bez sukcesów.
Ja za moje podatnicze pieniądze nie chcę paruminutowych animacji z wielbłądami a chcę właśnie takich sukcesów polskich filmów jak mają Amerykanie! Sukcesów prawdziwych, w pełnym wymiarze kinowym i faktycznie o dwudziestej na głównych kanałach telewizji czołowych państw świata. Rozpędzić ten Instytut Przegranych Nieudaczników!
K
Krem
Obecna polska jest tak mdlym nieciekawym miejscem ze krecenie filmow ze takowe nie powstaja.Poza tym brak nam poetow pisarzy malarzy muzykow i ich osiagniec aby bylo o czym pisac scenariusze Za komuny kultura byla na wyzszym poziomie mimo cenzury niz dzisiaj kiedy panuje komercja i liczy sie tylko zysk
a
a10
A pani Agnieszka wystąpi w roli ... ?!

PS. A ja zawsze się zastanawiam, jakież to kryteria trzeba spełniać, w jakim czepku urodzić, aby załapać się na dyrektora generalnego PISF ? No, przynajmniej asystenta?
G
GAMA
Według ciebie, lepiej aby za nasze pieniądze kręcili filmy polscy Żydzi o Żydach nad którymi znęcali się Polacy, a ratowali ich Niemcy. Mnie już po prostu chce się rzygać na tę propagandę. A nawiasem mówiąc, mam w d... to czy filmy będą chwalone za granicą (bez żadnych korzyści finansowych). Wolę, aby filmy były nakręcone ciekawie (szczególnie dla młodzieży) i aby młodzież zapoznała się z historią Polski, ponieważ w szkole nie może. Oczywiście, już tacy geniusze, jak Hall, Blumstein, Boni, Tusk itp. pilnują, aby historia dla naszej młodzieży sprowadzała się do Jedwabnego, Szpilmana, Schindlera, powstania w getcie warszawskim itp.
a
aa
Ja, z racji wieku, pamiętam jeszcze "Gniazdo", "Bolesława Śmiałego", "Kazimierza Wielkiego", "Kopernika", kilka seriali i koniec. A gdzie Sobieski, dramat rozbiorów, Kościuszko, Łukasiński, Wysocki itd ?
W
Wojtek
Przykładem kontrowersje wokół projektu Pawła Chochlewa "Tajemnica Westerplatte". Była szansa na pokazanie pięknych, ale bardzo trudnych chwil z naszej historii. Takimi, jakie były - a nie w ich wersji bezzębnej. Wskazanie dylematów człowieka myślącego w takich chwilach, oraz sposobów usypiania wątpliwości. Oczywiście film pewnie długo nie powstanie. Miałby wspaniałą szansę gdzieś poza granicami - w oburzonej odpowiedzi odpowiedzielibyśmy czymś wzniosłym, patriotycznym i pustym, jak w wizji Pani Odorowicz...
W
Wojtek
Polskie kino, oparte na bogoojczyźnianych produkacjach jak "1920 - Bitwa Warszawska", stanie się marginesem (o ile już nie jest). Znanym tylko wąskiej grupie "kombatantów" i młodzieży, która nie ma wyboru - na takie produkcje musi chodzić często wbrew swojej woli. Młodzież napędza sztucznie frekwencję na takich produkcjach bezkrytycznie "patriotycznych".
Dodaj ogłoszenie