Od "Dudusia" do prezydenta Polski. Droga Andrzeja Dudy

Witold Głowacki
Andrzej Duda został w czwartek uroczyście zaprzysiężony jako prezydent RP
Andrzej Duda został w czwartek uroczyście zaprzysiężony jako prezydent RP Grzegorz Jakubowski
Nowy prezydent wykazał się niewątpliwą charyzmą - jednak dopiero podczas kampanii. Jego dotychczasowa polityczna biografia była natomiast tej charyzmy niemal zupełnie pozbawiona. Czy Andrzej Duda spełni pokładane w nim nadzieje?

Andrzej Duda jest w polityce - nie licząc głośnego w trakcie kampanii, lecz realnie nieistotnego epizodu z członkostwem w Unii Wolności - zaledwie od 9 lat. Zawsze we właściwym miejscu - dokładnie tym, z którego droga prowadzi wyżej. Bez żadnej większej wpadki (choć nie bez politycznych zakrętów) cały czas piął się w górę PiS-owskiej formalnej i nieformalnej hierarchii. Niemniej do politycznej ekstraklasy zdążył - poruszając się dotąd w równym, choć nie ekspresowym tempie - dotrzeć niespełna rok temu, gdy PiS oficjalnie ogłosiło, że to on będzie reprezentował partię w nadchodzących wyborach prezydenckich.

Dziś Andrzej Duda niewątpliwie jest już jedną z najważniejszych postaci polskiej polityki. Ale jego polityczna biografia zdaje się dziwnie nie nadążać za mesjańską nieco rolą przypisywaną nowemu prezydentowi przez największych entuzjastów. W polskiej rzeczywistości, w której światopoglądowe rodowody kluczowych polityków nadal sięgają albo czasów KOR, albo też wywodzą się z dusznych korytarzy komitetów wojewódzkich, równy, niejako przykładny, dość urzędniczy, przebieg kariery Dudy jawić się może skromnie. Nie ma w nim zbyt wielu momentów kluczowych wyborów, nie ma progowych doświadczeń i chwil, w których trzeba było rzucić wszystko na jedną kartę. Jest za to coś w rodzaju ścieżki kariery - takiej, jaką widzimy w każdym szanującym się urzędzie czy korporacji. Są protektorzy i konkurenci, są dworskie intrygi i tak zwane właściwe momenty. I niewątpliwie jest właściwy człowiek - niemal zawsze na właściwym miejscu.

Fenomen i skala wyborczego zwycięstwa Andrzeja Dudy, rodzaj niewątpliwej charyzmy, który objawił podczas kampanii wyborczej - to wszystko zdaje się unieważniać ewentualne rozterki. Społeczne emocje, które obudził, pozwoliły mu dokonać rzeczy, uważanej jeszcze na początku roku za niemożliwą - i objąć urząd prezydenta. Andrzej Duda jest postrzegany jako człowiek z gigantycznym potencjałem, jego wyborcy pokładają zaś w nim ogromne nadzieje. Paradoksalnie jednak w jego dotychczasowej politycznej biografii w zasadzie nie sposób znaleźć elementów, które by te oczekiwania w pełni uzasadniały.
Do polityki - od razu w bezpośrednią strefę wpływów Prawa i Sprawiedliwości - Andrzej Duda trafił na przełomie 2005 i 2006 r. nie za sprawą Zbigniewa Ziobry, jak głosi często powtarzana obiegowa opinia, lecz jego ówczesnego przybocznego - Arkadiusza Mularczyka. Mularczyk to czas bezpośrednio po wyborczym zwycięstwie PiS, premierem jest Kazimierz Marcinkiewicz, ministrem sprawiedliwości Zbigniew Ziobro - zajmował się w klubie parlamentarnym PiS projektami ustaw. I szukał sprawnych prawników, którzy mogliby wesprzeć rewolucyjny zapał twórców IV RP. Dziś chętnie opowiada, o tym, że w trakcie tych poszukiwań, o niejakim "Dudusiu", zdolnym i już doświadczonym młodym prawniku z Krakowa.

"Duduś" to oczywiście Andrzej Duda. Wówczas trzydziestoczterolatek, z dobrej krakowskiej rodziny - oboje jego rodzice są profesorami AGH, jego teściem z kolei wybitny poeta Julian Kornhauser. Dr Duda - gdy zwraca na niego uwagę Mularczyk - jest wykładowcą prawa administracyjnego na swej macierzystej uczelni - czyli Uniwersytecie Jagiellońskim. Dorabia na prywatnej poznańskiej uczelni i szkoląc z prawa administracyjnego urzędników państwowych, pracowników firm deweloperskich i kancelarii notarialnych. Ma za sobą pewien flirt z krakowską Unią Wolności - jednak nigdy dotąd nie zaangażował się na poważnie w politykę - nawet tę zupełnie lokalną.

Mularczyk, niejako w roli politycznego headhuntera, kilka razy spotyka się z Dudą. W efekcie młody wykładowca UJ godzi się zostać ekspertem klubu parlamentarnego Prawa i Sprawiedliwości.

Trafia na naprawdę gorący okres. Sztandarowym projektem PiS jest wtedy ustawa lustracyjna. To właśnie na ten front szybko trafia nowy, zdolny ekspert klubu PiS. I radzi sobie znakomicie - punktując w oczach potrzebujących merytorycznego wsparcia posłów Prawa i Sprawiedliwości i ich partyjnych przełożonych.
W efekcie Duda zostaje pełnoprawnym współautorem słynnej ustawy lustracyjnej z 2006 r., tej samej, która doprowadziła do gigantycznych protestów środowisk akademickich i dziennikarskich przede wszystkim ze względu na upokarzający tryb składania oświadczeń lustracyjnych. Ustawa miała być swoistym aktem założycielskim IV RP - okazała się jednak wielkim politycznym błędem. PiS stracił szanse na jakiekolwiek ułożenie sobie stosunków z opiniotwórczymi elitami, co tylko przyspieszyło proces erozji IV RP. Ustawa nie była też bynajmniej prawniczym arcydziełem - legislatorów zmiażdżył Trybunał Konstytucyjny, który pouchylał jej kluczowe artykuły. Łącznie TK zakwestionował aż kilkadziesiąt przepisów ustawy. Trudno o gorszą recenzję dla przygotowujących ją prawników.

Wyrok TK zapadł jednak dopiero w maju 2007 r. W szczęśliwym dla Dudy roku 2006 zarówno prezes PiS, jak i będący wtedy na politycznym szczycie Zbigniew Ziobro byli zachwyceni ustawą. W czerwcu 2006 r. Duda poznaje osobiście ministra sprawiedliwości. Już w sierpniu ta znajomość daje konkretne efekty. Po pozbyciu się przez Jarosława Kaczyńskiego dotychczasowego premiera Kazimierza Marcinkiewicza i po towarzyszącej temu głębokiej rekonstrukcji gabinetu powstającego na nowo już pod kierownictwem szefa PiS, Andrzej Duda został wiceministrem sprawiedliwości. W resorcie Ziobry odpowiadał za "tyłowe" w czasach rządów PiS odcinki - czyli za współpracę legislacyjną z Sejmem i informatyzację wymiaru sprawiedliwości. I choć jego rola w rządzie nie była szczególnie eksponowana, właśnie wtedy stał się względnie poważnym graczem w powstającej w PiS frakcji Zbigniewa Ziobry.

Po upadku koalicji PiS - Samoobrona - LPR w 2007 r. Andrzej Duda z pozycji byłego wiceministra po raz pierwszy próbował swych sił w wyborach do Sejmu. Startował z ostatniego miejsca na tarnowskiej liście PiS, jednak mandatu nie zdobył - mimo przyzwoitego (i w wielu wypadkach "biorącego) wyniku 11 tys. głosów. Na posadę w rządzie PO i PSL ani w jakimkolwiek urzędzie centralnym były zastępca Zbigniewa Ziobry oczywiście nie mógł już liczyć. Nawet na macierzystej uczelni - mimo że Uniwersytet Jagielloński skupia wielu konserwatywnych akademików - jako twórca zbojkotowanej przez naukowców ustawy lustracyjnej miał powody czuć się co najmniej nieswojo.

Wtedy jednak ktoś wyciągnął do niego pomocną dłoń. Zbigniew Ziobro naprawdę musiał się postarać o swego protegowanego - nie obyło się też bez osobistego poparcia Jarosława Kaczyńskiego. W każdym razie dla Dudy znalazło się miejsce w Kancelarii Prezydenta.

Paweł Reszka i Michał Majewski nie bez powodu ochrzcili kancelarię Lecha Kaczyńskiego z tamtych czasów mianem Strasznego Dworu. W administracji Kaczyńskiego, nie licząc pomniejszych wojenek, utrzymywał się stan wtedy permanentnego napięcia między prezydenckimi ministrami - Małgorzatą Bochenek a Michałem Kamińskim - cała kancelaria dzieliła się z grubsza na dwie podstawowe frakcje, grające na jedno z tych dwojga. Z kolei w skali już nie tylko kancelarii, ale całego PiS toczył się zawzięty, choć długo ukrywany bój między Kamińskim i Adamem Bielanem z jednej strony a Zbigniewem Ziobrą i jego ludźmi z drugiej. Duda - jako "człowiek Ziobry" w roli nowego podsekretarza stanu - zdecydowanie nie był faworytem Kamińskiego. Sytuację Dudy dodatkowo komplikował fakt, że sam Lech Kaczyński także nie był entuzjastą ziobrystów, miał raczej sceptyczny stosunek do byłego ministra sprawiedliwości i średnio ufał i jemu, i jego ludziom.

Przez pierwsze dwa lata w kancelarii Lecha Kaczyńskiego Duda nie miał więc szczególnych okazji do wypłynięcia na szersze wody. Podobno Michał Kamiński zbojkotował nawet uroczystość wręczenia mu nominacji, a później wielokrotnie podcinał nowemu prezydenckiemu prawnikowi skrzydła. Z kolei prezydent rzadko kiedy brał stronę swego kancelaryjnego ziobrysty. Legenda głosi wprawdzie, że na pierwszym spotkaniu z Lechem Kaczyńskim Duda usłyszał czułe "mógłbyś być moim synem", ale przez pierwszych kilkanaście miesięcy w kancelarii do żadnego politycznego "usynowienia" nie doszło. W dodatku Duda nie mógł liczyć na wsparcie nie tylko ze strony zwolenników Michała Kamińskiego, ale i ze strony frakcji Małgorzaty Bochenek.
Sytuacja zmieniła się na korzyść Dudy dopiero wtedy, gdy Michał Kamiński wiosną 2009 r. został ostatecznie wypchnięty ze Strasznego Dworu i zaczął się szykować do kariery w europarlamencie. Wtedy w kancelarii wywrócił się dotychczasowy układ sił. Dla Dudy zaczyna się okres względnej niezależności. Z całą pewnością zbliża się też wtedy do Lecha Kaczyńskiego, staje się jego realnym doradcą w kwestiach związanych z legislacją.
Rok później dochodzi do katastrofy smoleńskiej. Tuż po niej Andrzej Duda znajduje się przez moment na absolutnie pierwszej linii nowego konfliktu politycznego o nienotowanej dotąd jeszcze skali. To on jako reprezentant kancelarii tragicznie zmarłego prezydenta sprzeciwia się natychmiastowemu przejęciu jego obowiązków przez marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego. Z prawniczych, legalistycznych pozycji dowodzi, że marszałek powinien poczekać do momentu oficjalnego potwierdzenia zgonu prezydenta, przedstawia stosowne analizy i argumenty. Z dzisiejszej perspektywy nie wydaje się to być kluczową kwestią - wtedy, dla wielu, nią było. Niewzięcie pod uwagę obiekcji Dudy przez Komorowskiego z pewnością przyczyniło się do szybkiego wybuchu posmoleńskich emocji. Równie dobrze jednak można się zastanawiać, czy aby na pewno niezbędne było ich zgłaszanie.

Po śmierci Lecha Kaczyńskiego Duda należy do grupy dosłownie kilkorga jego bliskich współpracowników, którzy nie zginęli wraz z nim. Być może także dlatego długo zalicza się do orędowników najtwardszych PiS-owskich wersji dotyczących przebiegu katastrofy. - Trudno jest mi w tej chwili powiedzieć, co było przyczyną i co wybuchło, natomiast jestem przekonany, że wybuch był - mówił tuż przed ubiegłoroczną, czwartą rocznicą Smoleńska. Występował w kontrowersyjnym filmie "Mgła", był też współzałożycielem Ruchu Społecznego im. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego.

Po zwycięstwie Bronisława Komorowskiego w 2010 r. i złożeniu funkcji w kancelarii Andrzej Duda otrzymał od partii nową misję. Miał stanąć do wyborów na prezydenta Krakowa. Mimo wsparcia ze strony bardzo silnego w tym mieście Ziobry, zajął jednak dopiero trzecie miejsce w pierwszej turze i musiał zadowolić się mandatem radnego. Z tamtych czasów jest dobrze wspominany w Krakowie - nawet przez politycznych konkurentów. Za współpracę na lokalnym polu chwaliła go nawet Anna Grodzka. Rok po wyborach parlamentarnych rozpoznawalności i popularności wystarczało już mu na tyle, że mógł bez problemu uzyskać mandat do Sejmu. Tym razem kandydował w Krakowie i zebrał prawie 80 tys. głosów.

Tuż po debiucie w Sejmie czekał Dudę chyba jedyny moment w karierze, w którym musiał się jednoznacznie opowiedzieć po jednej ze stron w otwartym konflikcie. Chodzi oczywiście o drugi posmoleński rozłam w PiS - moment, w którym Jarosław Kaczyński postanowił stłumić pełzającą rewoltę ziobrystów. I wypchnąć Zbigniewa Ziobrę, Jacka Kurskiego i Tadeusza Cymańskiego z partii. Rzecz jasna cała ta grupa polityków tylko na to czekała - by natychmiast po opuszczeniu PiS wraz z grupą wiernych posłów i europosłów założyć konkurencyjne ugrupowanie - Solidarną Polskę.

Ziobryści byli wtedy praktycznie pewni, że Duda, jako jeden z ważniejszych już polityków całej grupy, odejdzie wtedy z nimi. Ale Duda postanowił inaczej. - Był rok 2011, spotkanie klubu PiS poza Warszawą. To było to spotkanie klubu, na którym prezes nie dał dojść do mikrofonu Ziobrze. Już wtedy wiadomo było, że Ziobro z resztą szykują się do wielkiego odejścia, pewnie wiedział o tym także sam prezes. Po spotkaniu klubu była mała kolacja. Kaczyński siedział przy stoliku z kilkoma osobami, już nawet nie pamiętam z kim. Wtedy podszedł do niego Duda w tym swoim czarnym płaszczyku przed kolano i zaczął coś szeptać prezesowi do ucha. Pewnie zapewniał, że nie odejdzie, że nie ma z tamtymi nic wspólnego. Wyglądało to dość zabawnie i pewnie ludzie Ziobry też to widzieli - tak przedstawiał to jeden z polityków PiS w rozmowie z "Gazetą Krakowską".
Oj widzieli. - Był pchany przez nas w miejsca, które dały mu praktykę, wiedzę i rozpoznawalność. Potem pokazał swój koniunkturalizm i karierowiczostwo. Kariera stała się dla niego ważniejsza niż lojalność - mówił w 2012 r. również "Gazecie Krakowskiej" Arkadiusz Mularczyk, pierwszy polityczny promotor Andrzeja Dudy. Dziś Mularczyk wraz z Ziobrą oczywiście powrócili do znacznie cieplejszego tonu wypowiedzi na temat Dudy.

Decyzją o pozostaniu w partii Duda potwierdził niewątpliwie swą lojalność w oczach Jarosława Kaczyńskiego. W opozycyjnym klubie PiS nie było jednak wielkich perspektyw awansu. Na swój czas musiał Duda poczekać aż do pierwszego upadku Adama Hofmana - przejął po nim wówczas na kilka miesięcy funkcję rzecznika prasowego PiS. Być może to właśnie wtedy - na przełomie 2013 i 2014 r. - w PiS zaczął funkcjonować pewien luźny początkowo pomysł.

Całkiem serio zaczęto go rozważać wiosną i latem ubiegłego roku. Po raz przedostatni startował Duda w wyborach właśnie - do Parlamentu Europejskiego. Dostał mandat. Wydawać by się mogło, że czeka go teraz pięć lat specyficznych brukselskich doświadczeń. Ale partia miała już wobec niego inne plany. PiS zamówił serię sondaży na wewnętrzny użytek - miały one sprawdzać potencjał ewentualnych kandydatów na prezydenta, gdy było już jasne, że Jarosław Kaczyński tym razem nie będzie się ubiegał o najwyższe stanowisko w kraju. W sondażach padały różne nazwiska - byli i Ryszard Czarnecki, i Beata Szydło, i Ryszard Legutko. Duda wygrywał ze wszystkimi. Stopniowo fakt, że to on będzie reprezentował PiS, stawał się tajemnicą poliszynela.

Wreszcie 11 listopada zeszłego roku Jarosław Kaczyński ogłosił to oficjalnie. Dziś, z perspektywy imponującego zwycięstwa Andrzeja Dudy, mało kto już pamięta, jak marnie wyglądały dwa pierwsze miesiące jego prezydenckiej kampanii. - Atmosfera w sztabie była kiepska, jeszcze gorsza w terenie. Nikt nie wierzył w wygraną Dudy, na spotkania organizowane w powiatach przychodziło po 50 osób, sale świeciły pustkami - mówił "Gazecie Krakowskiej" jeden z polityków PiS. Wtedy interweniował prezes. Napisał ostry list do członków PiS, zagroził wycięciem z list wyborczych, tych, którzy nie zaangażują się w kampanię. Natychmiast ruszyły przygotowania do wielkiej konwencji w amerykańskim stylu. Sztabowcy wykonali ogromną pracę, zatrudniono agencje PR-owe i agencję interaktywną, prezes osobiście dał zielone światło na wydatki na bezprecedensową kampanię w internecie. Konwencja okazała się sukcesem, działacze wyjechali z niej z nadzieją na zwycięstwo i natychmiast zabrali się do pracy. I właśnie wtedy Andrzej Duda wszedł na ostatnią prostą w swej dotychczasowej karierze.

Dziś Duda ze swą kampanijną charyzmą zdaje się innym człowiekiem niż ten, którego widać w jego politycznym CV. Pozostaje mu życzyć tylko tego, by nic się w tej materii nie zmieniło.

Flesz: Wegańskie ubrania. Made in Poland

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 9

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

g
grazyna

nie glosowalam na PAD i nie daje mi szans,by mu zyczyc czegokolwiek dobrego-niestety ! Biedny ...przepiekny kraju jestes...

J
Jacek

Duda nie był wykładowcą na UJ ...

I
I

PANIE DUDA RADZĘ ZMIENIC RĘKĘ ,CHYBA PAN JEST ZA BARDZOZAKRĘCONYW PIERWSZYCH DNIACH SWEJ KADENCJI ,ALE TRZEBA TRZYMAC ZASAD BO LEWA RĘKA TO NIEWIERZĄCA W SWE ZAMIARY

W
Weteran

Jako region bezwzglednie popierajacy p.Dude pwinnismy domagac sie teraz obnienia oplat za wywoz smieci, obnizenia oplat za komunikacje miejska ,zamkniencia nierentownych; Portu Lotniczego, stadionu, basenu, a bedzie sie nam zylo dostanio I szczesliwie!!!

j
ja

Nie głosowałem na niego ale życzę mu jak najlepiej miejmy nadzieję, że nie zabraknie mu sił w wypełnianiu wyborczych obietnic.

G
Gość

Cyt;
Bielan: Tusk i Applebaum nastawiają media europejskie przeciwko prezydentowi Dudzie!
Zostali złapani za rękę!

o
oszolom-z-radia-maryja

myślałem ze nie doczekam takiej chwili w swoim życiu. Nareszcie stajemy na nogi z kolan po serii upokorzeń. Teraz jeszce trzeba przekonywujaco wygrac wybory parlamentarne i wtedy dopiero zabrac sie do odnowy RP

P
Polak

Panie prezydencie Andrzeju Duda niech Pana Bóg błogosławi !

s
spokojny

Po co politykowi „charyzma”? Ci „charyzmatyczni” bardziej polaryzują, jak Maciarewicz, Korwin, Palikot czy Kukiz i dlatego niewiele osiągają. Lepiej jechać spokojnie w peletonie, nie drażnić, grzecznie się uśmiechać a w sprzyjającym momencie wyskoczyć z drugiego szeregu i wygrać.

Dodaj ogłoszenie