reklama

O. Tomasz Grabowski: Śmierć nie jest końcem, jest posłańcem

Anita CzuprynZaktualizowano 
Ojciec Tomasz Grabowski: Śmierć jest zyskiem dla tego, kto odchodzi
Ojciec Tomasz Grabowski: Śmierć jest zyskiem dla tego, kto odchodzi unsplash/zdjęcie ilustracyjne
Jeżeli życie na ziemi traktujemy jako ostateczne, które się kończy nagrobkiem, to każda śmierć jest tragedią. Natomiast jeżeli myślimy o śmierci jako o przejściu do świata lepszego, wtedy śmierć jest zyskiem - mówi dominikanin o. Tomasz Grabowski.

Czym jest dla Ojca śmierć?
Śmierć można traktować na dwa sposoby. Z jednej strony jako kogoś, kto przychodzi zabrać nam różne rzeczy, czyli wszystko to, co budowaliśmy w ciągu życia - miłości, które kształtowaliśmy, nasze osiągnięcia, majątek. Wówczas śmierć jest złodziejem. Z drugiej strony, można traktować ją jako posłańca. Jako kogoś takiego, kto nie tyle mówi: „Zabieram ci, co budowałeś”, a raczej: „Chodź do czegoś większego niż to, w czym byłeś dotychczas. To, co zbudowałeś, będzie rozwinięte, będzie pełne. Twoje ambicje, pragnienia, jakie chciałeś spełnić na ziemi, zostaną spełnione w niebie”. Myślę, że w każdym z nas odbywa się walka: mierzymy się ze śmiercią jako złodziejem i posłańcem. Z jednej strony walczymy z lękiem, a z drugiej z nadzieją, pragnieniem, żeby śmierć nie była zwykłym końcem, ale faktycznie posłańcem, który mówi: „Idziemy do innego świata”.

Posłaniec brzmi pięknie! Przyzna ojciec, że śmierć w naszej kulturze traktowana jest jako tragedia. O niej się nie mówi, żeby jej, broń Boże, nie wywołać. Śmierć kojarzy się z bólem, z cierpieniem.
Pytanie, dla kogo śmierć jest tragedią? Najczęściej tragedią jest dla tych, którzy zostają.

Właśnie!
To oczywiście naturalne, że tęsknimy za bliską osobą, że chcemy, aby była z nami jak najdłużej, żeby mieć jeszcze czas na załatwienie spraw niezałatwionych, żeby sytuacje wymagające rozwiązania - rozwiązać. Słowem - żeby zrobić wszystko, czego wcześniej nie zdążyliśmy podjąć. Niestety, myśląc o czyjejś śmierci, skupiamy się na sobie. Dlatego przeżywamy przede wszystkim cierpienie, smutek rozstania. To są w pełni naturalne uczucia, ale jednocześnie mogą być przecenione. Przeciwnie, jeżeli popatrzymy na śmierć od strony osoby, która umiera. Jasne, że nasze widzenie zależy od tego, jaką mamy wiarę w życie przyszłe. Jeżeli traktujemy życie na ziemi jako ostateczne, które nieodwołalnie kończy nagrobek, to każda śmierć również z perspektywy osoby, która umiera, jest tragedią. Natomiast, jeżeli myślimy o śmierci jako o momencie przejścia do świata de facto lepszego, wtedy dostrzegamy, że śmierć jest zyskiem dla tego, kto odchodzi.

Przed śmiercią trudno jest odważyć się zajrzeć w serce, które wymaga uzdrowienia. Łatwiej odseparować się od niego lękiem

„Death is not the end”, śmierć nie jest końcem - śpiewał Bob Dylan.
Bob Dylan tak śpiewał… (śmiech). Nikt z nas, kto kiedykolwiek kochał, nie chce, aby nastąpił koniec osoby, którą kochamy. Powiedzenie: „kocham cię” oznacza, że chcę, abyś żył wiecznie. Chcę, abyś był absolutnie szczęśliwy i pełny. Dlatego nie wyobrażam sobie, abyś mógł w całości umrzeć, że nic po tobie nie zostanie. Chcę dla ciebie wielkości, nieskończoności, byś był wieczny. To nie jest tylko moje chcenie. Odkrywam, że jesteś cenny bycia na wieczność, żeby się nie kończyć. Miłość odkrywa przed nami nieśmiertelny, więc duchowy wymiar osoby kochanej. Śmierć, jej przychodzenie, nie jest tragedią, jeśli jesteśmy duchowi, a nie tylko fizyczni. Jasne jest, że jeżeli tej perspektywy nie dopuścimy, no to śmierć będzie zarówno tragedią, jak i tematem tabu. Staje się niewygodnym przypominaniem, że istnieje koniec, że skończymy pod nagrobną płytą. Jeśli kochamy i mamy przeczucie, że dana osoba nie jest tylko tym, co widzimy, przeciwnie, jest w niej dobro, które powinno być zachowane na wieczność, wówczas jest już niedaleko do wiary w życie wieczne.

Oto właśnie jest pytanie, jak poradzić sobie z odchodzeniem ludzi, których kochamy, naszych najbliższych? Księżom łatwiej, bo doświadczają wielu pogrzebów?
Doświadczanie wielu pogrzebów można różnie przeżywać. Można się na przykład znieczulić. To nie byłoby dobre przygotowanie się do śmierci własnej czy czyjejś. W sytuacji umierania znieczulenie nie pomoże. Myślę, że dobrym przygotowaniem na śmierć jest ćwiczenie umiejętności oddawania. Bardzo często żyjemy po to, by gromadzić. Gromadzimy wszelkiego rodzaju doświadczenia, majątek, doznania. Gromadzimy ludzi wokół siebie, po to, by mieć poczucie bezpieczeństwa, kochania i bycia kochanym. Tymczasem sztuka polega nie na tym, żeby gromadzić, a na tym, by oddawać. Nie zawłaszczać tego, co posiadam. Raczej żyć przekonaniem, że wszystko otrzymałem na wypożyczenie. Nawet samego siebie mam tylko na wypożyczenie. Ktoś mi mnie podarował po to, żebym dobrze wykorzystał to, co dostałem. Zarówno moją wrażliwość, inteligencję, talenty, urodę, ciało i wszystko inne, co posiadam. Dostałem siebie po to, żeby dobrze użyć i rozwinąć samego siebie dzięki temu, co w sobie odnajduję i co mnie spotyka. Nie jestem tylko fizyczny, dzięki talentom i umiejętnościom tworzę w sobie cechy wewnętrzne. One nie poddają się zębowi czasu. Jeśli rozwijamy wewnętrzne uzdolnienia, już zdobyliśmy coś, czego nie stracimy nawet pomimo śmierci. Paradoksalnie, żeby zyskać bogate wnętrze, trzeba oddać wiele z tego, co zewnętrzne. Niech mottem będzie: „To wszystko i ja sam do mnie nie należy”. Ja do siebie nie należę, ludzie do mnie nie należą, rzeczy do mnie nie należą. Używam ich po to, żeby rozwinąć coś, co jest we mnie potencjałem na wieczność.

Zmarli 2019. Odeszli w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Kto zmar...

Ale to jest tylko pogląd.
Nie. To się ćwiczy.

Jak to ćwiczyć? Jak w konkretnych krokach przygotowywać się na swoje odejście, na to, że przemijamy i na odejście naszych najbliższych?
Spójrzmy na tę sprawę w trzech płaszczyznach. Pierwsza dotyczy warstwy materialnej, wszelkiego materialnego dobra. Mogę chcieć je zachować i na nim budować poczucie własnego bezpieczeństwa. Mogę również ćwiczyć się w przygotowaniu do śmierci przez dzielenie się tym, co mam (de facto, tym co dostaję). Ponieważ nie dobra materialne są wartością mojego życia, tylko to, że mogę kogoś dzięki nim rozwinąć, ucieszyć, zbudować. Dzięki temu, co posiadam, mogę komuś pomóc. Dotyczy to zarówno mojego czasu, który mogę wykorzystać na to, żeby odpocząć, zrobić coś dla siebie, jak i mogę zdecydować, żeby poświęcić go komuś. Podobnie wszelkich innych zasobów: siły, pieniędzy, wiedzy… Chodzi o to, by uczyć się tracić je na rzecz kogoś innego. Czyli nie tyle chodzi o gromadzenie, ile o rozdawanie. W perspektywie osób - i to jest druga płaszczyzna - chodzi o to, by skupić się nie na tym, co mogę od zyskać od innych, ale jak mogę pomóc w ich rozwoju. Miłość to szukanie szczęścia i działanie dla drugiej osoby. I znowu - nie zawłaszczam osoby kochanej, tylko działam na jej rzecz. W ten sposób jestem kimś, kto nie tyle gromadzi, a rozdaje.

A trzecia płaszczyzna?
Relacja ku Bogu. W nauce umierania chodzi o umiejętność oddawania Jemu tego, co się ze mną dzieje i co mnie spotka. Nauka przyjmowania cudzej i wszechmocnej woli. „Nie musi być po mojemu. Może być po Twojemu”. Oddaję w Jego ręce moją teraźniejszość i przyszłość, godzę się, że wypełni się nie tyle mój co Jego zamiar. Ćwiczenia w tych trzech obszarach powodują, że gdy przychodzi katastrofa śmierci, jestem gotów na to, żeby z tym samym nastawieniem zrobić duży krok w nieznane. Nie skupiam się na stracie, na tym , czego nie mogę dokończyć, odzyskać, zabrać ze sobą. Oddaję siebie w ręce tego, który przychodzi do mnie jako posłaniec i mówi: „Chodź, pokażę ci nowy świat”. Podobnie dzieje się w przeżywaniu śmierci innych osób. Rozpaczliwe próby zachowania przy sobie zmarłego powodują zagubienie. Uzdrowienie w procesie żałoby pojawia się wówczas, gdy zdołam zmarłego oddać w ręce potężnego i kochającego Boga. Nie zapominam, nie przestaję kochać. Oddaję w ręce kogoś większego niż ja. Sam już nic nie mogę zrobić, nie przywrócę jej do życia, nie sprawię, żeby jej życie było bardziej spełnione, dokończone. Mogę tylko oddać ją w ręce kogoś, kto się o nią zatroszczy. Zatroszczy się tak, jak na to zasługuje: przez wieczność.

Zdarzyło się Ojcu pocieszać kogoś, kto nie mógł się pogodzić ze śmiercią bliskiej osoby, kto nie mógł skończyć żałoby?
Pocieszać to nie jest dobre słowo. Myślę, że każdy z nas ma swój własny rytm przeżycia straty. Natomiast faktem jest, że można się zatrzymać w żałobie, zostać na pewnym jej etapie. Po prostu nie pogodzić się z tym, co przeżywamy. Wówczas w rozmowie z taką osobą - przynajmniej takie jest moje doświadczenie - mamy nie pozwolić jej żyć w złudzeniu. Z trwania w złudzeniu bierze się cierpienie osoby, która utknie w żałobie.

Myśląc o czyjejś śmierci, skupiamy się na sobie. Dlatego przeżywamy przede wszystkim cierpienie, smutek rozstania

Z czego dokładnie?
Z tego, że rzeczywistość jest zupełnie inna niż oczekiwania na jej temat. Osoba przeżywająca żałobę destrukcyjnie wybiera trwanie przy swoich oczekiwaniach. Trwa w złudzeniu, że może lub mogło być inaczej. Inaczej nie jest i nie będzie. Cierpienie nie bierze się z tego, że mierzymy się z rzeczywistością, tylko z tego, że się od rzeczywistości odcinamy przez złudzenia, wyobrażenia, pragnienia. Chodzi o to, żeby przyjąć rzeczywistość: ta osoba umarła, nie wróci. Trudna prawda. Od tego, czy ją przyjmę, zależy moje uzdrowienie. Jeżeli będę trwał w poczuciu, że powinno być inaczej, utknę w marzeniu, a ono cały czas będzie rozbijane przez rzeczywistość. Tutaj rodzi się cierpienie. Można je przekroczyć, przyjmując sprawy takimi jakimi są.

Jak o śmierci rozmawiać z ludźmi, którzy się do niej zbliżają? Jak mówić o śmierci, aby nie wywoływać lęku?
Odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa. Trzeba najpierw zapytać siebie o to, czy wiem, skąd się bierze lęk w danej osobie. Lęk ma bardzo różne źródła. Niekiedy jest wręcz zwierzęcym strachem przed śmiercią, ale najczęściej bywa zasłoną przed ukryciem czegoś. Bardzo często lęk skrywa złość. Nie chcemy się złościć. Byłoby to uznanie, że śmierć prawdziwie się zbliża. Jeśli nie skonfrontujemy się ze złością na umieranie, uczucia te przeradzają się w lęk.

Ta złość wynika z tego, że zaczynamy zdawać sobie sprawę, że coś przegraliśmy w życiu, albo wręcz przegraliśmy czy zmarnowaliśmy życie?
Złość najczęściej pojawia się, kiedy sprawy nie idą po mojemu. Ktoś inny rozdaje karty i kto inny wyznacza bieg sprawom. To złość bezsilności. Ale lęk, o którym mowa, może skrywać również inne rzeczy. Na przykład to, że ktoś uświadamia sobie, jak wiele rzeczy w życiu zepsuł czy zrobił źle. Pojawia się poczucie winy. Żeby nie mierzyć się z winą, albo raczej zbliżając się do tego poczucia winy, odczuwamy lęk. Skoro wcześniej nie skonfrontowałem się z krzywdą, którą komuś wyrządziłem, moment śmierci uświadamia, że to coś nieodwołalnego, nic nie mogę zmienić. Zatem albo się zmierzę z poczuciem winy i będę odchodzić z tego świata pogodzony z rzeczywistością, albo będę odchodził z poczuciem porażki. Lęk odcina od winy i równie często od poczuciu krzywdy. Podobnie jak trudno zmierzyć się z własną winą, trudno jest mierzyć się z zadanymi nam ranami, które pozostały bez uzdrowienia. Przed śmiercią, trudno jest odważyć się zajrzeć w serce, które wymaga uzdrowienia. Łatwiej odseparować się od niego lękiem.

Im bliżej jesteśmy śmierci, tym bardziej zdajemy sobie sprawę z tego, co jest ważne w życiu.
Tak jest - co jest ważne w życiu i na ile zainwestowaliśmy nasze życie w to, co było ważne, a na ile w to, co zostanie po tej stronie grobu. Zmarnowane, skrzywdzone i przeżarte winą życie, wobec śmierci pyta nas o wiarę. Nie w to, czy ogólnie wierzymy w Boga, ale o to, czy wierzymy, że ten, który wyznaczył kres życia jest tym, kto może usprawiedliwić winę, wynagrodzić krzywdy, nadać powtórny sens mi samemu. Czy naprawdę może mnie uzdrowić? Czy powie: „Nie jesteś twoją krzywdą, nie jesteś twoim zranieniem. To, jak ludzie cię potraktowali, co o tobie mówili, co myśleli, nie jest prawdą ostateczną. Ostateczną prawdą jest to, co ja o tobie myślę, co ja dla ciebie robię i jak ja ciebie kocham. Ja wyznaczam Twoją wartość, nie inni ludzie”. Jasne, że wtedy, kiedy spotykamy osobę przerażoną perspektywą śmierci, okazanie miłości i wsparcia powinno się przejawić podobnie. Przekonujemy ją, że nie odchodzi jako ktoś, kto przegrał życie, bo jest kochany przez nas. Jest dla nas ważny i w nas pozostanie. Będziemy o nim pamiętać. Czy jednak wystarczy nam pocieszenie tego rodzaju, gdy sami będziemy umierać? Czy wobec ostatecznego kresu, nie będziemy chcieli usłyszeć ostatecznego zapewnienia? Czy rozpaczliwie nie będziemy nasłuchiwać, czy aby kto nie mówi do naszego serca a nie uszu? Nasza osobista miłość do osób odchodzących może uczynić wiele. Możemy sprawić, że wyposażymy umierającego, aby miał odwagę wejść do świata większej miłości.

Do tego potrzeba odwagi?
Oj tak, trzeba. Każda miłość wymaga odwagi. Trzeba ją mieć, żeby dać się komuś pokochać. Miłość wymaga zawierzenia, a zawierzenie łączy się z odwagą. Jest krokiem w ciemność, w nieznane. Obawiamy się, czy moja wiara nie zostanie zawiedziona.

Do tego, żeby kogoś kochać, też jest potrzebna odwaga?
Absolutnie tak. Miłość do kogoś zakłada, że odsłaniam w sobie miejsca, które są delikatne i wrażliwe. Najbardziej wrażliwą częścią siebie, nazywamy ją sercem, zwracam się do konkretnej osoby. Nie wiem, co ta osoba zrobi. Nie jestem w stanie zagwarantować samemu sobie, że nie zostanę odrzucony, wykorzystany czy obojętnie zlekceważony, pominięty. Odwaga nie pozwala ulec przeświadczeniu, że skoro mogę być odrzucony, lepiej, żebym mojego serca komuś nie odsłaniał. Przeciwnie - ten, kto kocha jest zdolny do odwagi, która nie cofa się przed ewentualnością bycia zranionym. Podobno w języku francuskim zarówno odwaga, jak i serce mają ten sam źródłosłów.

Le coeur - serce i courage - odwaga. Stąd mówimy też „dla kurażu”, czyli odwagi.
Właśnie. Odwaga nie tylko pochodzi z serca, ale jest pokazaniem serca. Kochać bardzo często oznacza być odważnym w odsłonięciu swojej delikatności, podatności na zranienie.

Wracając do tematu przemijania, umierania - czy formuła pogrzebów dziś jest inna niż kiedyś, czy próbuje się ją dostosować do nowych potrzeb? Czy takie nowe potrzeby zaistniały?
Nie jestem ekspertem w kwestii zmian rytuału pogrzebu. Jedno wiem - na wsiach panuje dużo większe oswojenie ze śmiercią. Tam traktuje się śmierć jak posłańca, przed którym się nie ucieknie. Wobec tego śmierć jest częścią życia. Nie ma co przed nią uciekać, trzeba ją przyjąć. Gdzieniegdzie i dzisiaj czuwa się przy zmarłym. Śpiewa się pieśni, odmawia modlitwy. Czasem trwa to kilka dni. Ludzie zgromadzeni przy zmarłym są oswojeni z tym, że śmierć podobnie jak narodziny jest częścią życia. Nikt przed nią nie ucieknie. Zamiast uciekać, lepiej odwrócić się w jej stronę i przyjąć ją z otwartymi ramionami. Podczas czuwań stajemy wobec nieodwołalnego faktu, że każdy z nas będzie kiedyś musiał odejść. Obawiam się, że rezygnacja z czuwania przy zmarłym, unikanie czy też skracanie tego rodzaju obrzędów wokół pogrzebu pokazuje dwie słabości współczesnych mieszkańców dużych miast. Po pierwsze, niewiarę w to, że coś jest po drugiej stronie. Po drugie, złudzenie, że przed śmiercią można uciec. Wystarczy jedynie długo zamykać oczy, chować głowę w piasek, by śmierć nas nie spotkała. Spotka na pewno. Do śmierci trzeba więc się przygotowywać. Trzeba mówić sobie: „Dzisiaj mogę sprawić, że moje odchodzenie nie będzie pełne goryczy. Dzisiaj mogę się starać o to, że zapamiętają mnie ludzie, którzy doświadczyli ode mnie miłości. Dzisiaj mogę pracować nad tym, aby śmierć była częścią życia, a nie katastrofą, która je przerwie.

Czyli do śmierci trzeba się przygotowywać codziennie. Ale czy można znaleźć w przemijaniu, odchodzeniu, w śmierci, jakąś radość?
Nie wiem, czy radość. Można znaleźć pokój. Radość kojarzy się ze śmiechem, z dobrą zabawą, a pokój pojawia się i podczas dobrej zabawy, i nawet wtedy, gdy jesteśmy smutni. Pokój, czyli pogodzenie ze światem i z porządkiem rzeczy. Harmonia z tym wszystkim, co nas otacza, łącznie z przyrodą, ludźmi i Panem Bogiem. Doświadczenie pokoju pojawia się wówczas, gdy akceptuję fakt, że nie jestem pępkiem świata, tylko że świat rządzi się swoimi prawami. Nie jestem centrum relacji, a jej częścią. Nie walczę o swoje, a żyję dla innych. Pan Bóg nie musi spełniać moich roszczeń, tylko ja mogę spełnić Jego wolę. Wszystkie wspomniane wątki i pewnie o wiele więcej sprawiają, że nawet wobec straty, przy odchodzeniu, przy starzeniu się, możemy doświadczyć pokój. Nie musimy wierzgać, jakby działa nam się krzywda. Taki jest nasz los. Możemy to przyjmować bez jakiegoś rozedrgania wewnętrznego, tylko z akceptacją.

Jak sobie samemu się w tym przemijaniu odnaleźć? W tym, że zmienia się nasze ciało, że wypadają włosy, oczy tracą blask? Kobiety zwłaszcza, ale mężczyźni przecież też chwytają się różnych sposobów, żeby zatrzymać młodość, urodę, siłę, żeby przemijaniu powiedzieć „STOP”. Jest coś, czego się możemy chwycić? A może właśnie niczego się już nie chwytać?
Jesteśmy istotami, które mają ciało i duszę. Dbamy o ciało, myślimy o tym, co zewnętrzne, z przeczuciem, że wewnątrz tego ciała jest coś więcej, choć traktujemy to jako taki dodatek, bo ciało jest nam bliższe. Może warto pomyśleć, że jesteśmy duszą, która ma ciało. Wtedy przeżywanie codzienności wygląda trochę inaczej. Bardziej interesuje mnie wzrastanie w tym, co nie przemija z wiekiem, a raczej z wiekiem się doskonali. Są to proste rzeczy, takie jak cierpliwość, ofiarność, umiejętność kochania, ale także talenty, które są związane z myśleniem, kreatywnością, siłą woli. Jeśli ich rozwój traktuję jako pierwszy cel, pierwszą sprawa do zrobienia, wtedy nieuchronność zmiany ciała, nie jest tragedią. Mogę się dużo częściej uśmiechać i mówić: „No tak, chodzę teraz bardziej zgięty i bardziej jestem pokraczny, ale wiem o tym, że to nie jest najistotniejsza sprawa, bo rozwinąłem w sobie coś, czym będę się mógł cieszyć nawet wtedy, gdy będę już tylko leżał w łóżku. Rozwinąłem własne wnętrze. Moją duszę.”. Mówiąc nieco metaforycznie, w starości zostanę ubogi, może nie będę bankrutem, ale majątek zostanie znacząco pomniejszony. Stanie się tak, jeśli skupię się na ciele. Przeciwnie, gdy skupię się na duszy, ciało będzie się miało podobnie, a ja będę bogaty. Przez życie wybuduję sobie świat wewnętrzny, który nie przeminie, nawet jeżeli będę niedołężny.

O. Tomasz Grabowski - Dominikanin, prezes Wydawnictwa Polskiej Prowincji Zakonu Kaznodziejskiego „W drodze” w Poznaniu (od września 2016 r.). Prowadził wykłady poświęcone liturgii w ramach między innymi Dominikańskich Szkół Wiary, czy Wrocławskiego Studium Liturgiczno-Wokalnego. Ma ormiańskie korzenie.

Expose premiera - orto najważniejsze obietnice Morawieckiego

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

nie ma żadnego lepszego świata. bo bóg gdyby takowy miał w zanadrzu nie tworzyłby takiego człowieka i takiego piekła na ziemi.

to człowiek sam sobie tworzy solidarnych obrońców dzięki którym na całym świecie tylko gnidy, mendy, bandyci mają rajskie życie. reszta miliardów ludzi zgadza się być traktowana jak niewolnicze bydło harujące na mafiozów i nawet nie zauważa przemijającego życia. a naszych bliskich godnie pożegnajmy obwarzankami, kiełbasą i góralskimi przysmakami pod cmentarzami.

Dodaj ogłoszenie