O tajemnicach Marii Mościckiej

Kamil Janicki, historyk i pisarz
Kim była? Przebiegłą oszustką czy zakochaną w prezydencie dziewczyną z ambicjami? O kim plotkowały elity?

Każdy, kto obserwował z bliska pogrzeb Michaliny Mościckiej, przyznawał później, że prezydent był do głębi poruszony. Nie próbował nawet ukrywać swoich emocji. Jego dawny współpracownik Wojciech Świętosławski zapisał w pamiętniku: "Jeszcze nie widziałem Prezydenta o tak znękanym, zmęczonym obliczu. Szlachetne jego rysy jakby skamieniały. Żaden nerw nie zadrgał, ból przytępił wszystko". Ten sam obraz miała przed oczami Maria Dobrzańska - osobista sekretarka Michaliny Mościckiej, a w ostatnich tygodniach choroby przede wszystkim jej opiekunka czy wręcz pielęgniarka.

Wprawdzie jako stała bywalczyni zamkowych pokoi Maria doskonale zdawała sobie sprawę ze skomplikowanych relacji panujących pomiędzy panią Michaliną a jej mężem, ale obecna reakcja głowy państwa wcale jej nie dziwiła. Nawet jeśli w tym małżeństwie brakowało miłości i bliskości, to przecież było przywiązanie. I chyba tylko potwór w ludzkiej skórze nie cierpiałby po śmierci własnej żony. Sekretarkę zdziwiło natomiast to, jak prezydent zaczął się zachowywać bezpośrednio po pogrzebie. Najpierw poprosił ją, by nadal pracowała w sekretariacie i pomagała jego córce Helenie w pełnieniu roli nowej pani domu. W tym nie było jeszcze nic zaskakującego.

Ale dlaczego prezydent zaczął wpadać do sekretariatu z niezapowiedzianymi wizytami? Dlaczego przy każdej okazji lustrował ją wzrokiem? Dlaczego coraz trudniej przychodziło mu nawiązywanie z nią rozmowy? I w ogóle - czemu próbował nieustannie nawiązywać te rozmowy o niczym? Przecież przed śmiercią pani Michaliny nie miała z nim w zasadzie żadnego kontaktu.

Maria próbowała sobie tłumaczyć zachowanie prezydenta. Był przygnębiony, samotny. Pewnie instynktownie pragnął kontaktu z kimś, kto był blisko z panią Michaliną i kto spędził ostatnie dni u jej boku. Bądź co bądź w momencie śmierci przy prezydentowej byli tylko oni dwoje. Coś tu się jednak nie zgadzało, bo akurat tematu swojej zmarłej żony prezydent unikał jak ognia. Opowiadał o sensie życia, o szczęściu, o tym, jak bardzo człowiek potrzebuje tej drugiej, specjalnej osoby… W końcu po kilku tygodniach takich podchodów, podczas pobytu w Spale, przyszedł do Marii, stanął wyprężony i wyraźnie zdenerwowany. Po dłuższej chwili wycedził, nieco się jąkając, jak zwykle, gdy przytłaczał go stres: "Pani Mario… Czy uczyni mi Pani ten… ten honor i zostanie moją żoną?".

Maria oniemiała. Oczywiście, że darzyła prezydenta wdzięcznością i pewną sympatią, ale… ślub?! Skąd w ogóle taki pomysł? Tym razem to ona nie była w stanie znaleźć słów. Przeprosiła prezydenta i wybiegła z pokoju. Przez kolejne trzy tygodnie walczyła z myślami, ważyła wszystkie za i przeciw. W końcu gdy prezydent przyszedł po ostateczną odpowiedź, zgodziła się. Jeszcze nie wiedziała, że tym samym daje początek największemu skandalowi obyczajowemu w historii II Rzeczpospolitej.

Różnica między Marią Dobrzańską a Ignacym Mościckim wynosiła 28 lat. Co więcej, ona była uprzednio żoną jego adiutanta, a on kilka miesięcy wcześniej pochował pierwszą małżonkę

Marysia nie istniała. I nie było w tym nic dziwnego. Miała zwyczajnych rodziców, chodziła do zwyczajnej szkoły, wzięła zwyczajny ślub ze zwyczajnym wojskowym. Podobnie jak miliony kobiet nie zrobiła przez całą młodość nic, co mogłoby zapewnić jej miejsce w historii. Niewiele brakowało, a dla potomnych zostałyby po niej tylko ulotne wspomnienia i wpisy w księgach parafialnych. Maria Dobrzańska byłaby po prostu typową kobietą swojej epoki. Anonimową Polką z dwudziestolecia międzywojennego. Zbieg okoliczności sprawił, że kiedy miała już niemal czterdzieści lat, wszystko to uległo zmianie. Nie tylko zaistniała, ale znalazła się w samym centrum wydarzeń. Wtedy nie chciała już jednak wracać do swojej zwyczajnej - a w wielu punktach bolesnej i upokarzającej - przeszłości. W efekcie o wczesnych latach przyszłej prezydentowej nie wiadomo niemal nic.
Sama Marysia dołożyła wszelkich starań, by wygładzić swój życiorys zgodnie z oczekiwaniami społeczeństwa. Wiedziała, że osobiście nie ma się za bardzo czym chwalić, więc opisała przede wszystkim swój chwalebny, szlachecki rodowód. W wielu punktach zapewne upiększony i uproszczony, ale przecież tym nikt się nie przejmował. W przesiąkniętej feudalnymi tradycjami Polsce od nuworyszy oczekiwano tego, co dzisiaj jest standardem w wypadku - dajmy na to - rasowych psów. Wywodu przodków do n-tego pokolenia, z których każdy miał być dzielniejszy, mądrzejszy, bogatszy, a przede wszystkim nastawiony bardziej patriotycznie od poprzedniego.

Rodowód Marysi można odnaleźć w archiwum pamiątek po niej zdeponowanym na Jasnej Górze. Treść luźnych, odręcznych notatek niemal słowo w słowo pokrywa się z tym, co drukowały gazety jesienią 1933 roku. Tak więc Marysia sama stworzyła swój wizerunek. W państwie, które od czasu zamachu stanu w 1926 roku zdecydowanie nie słynęło z wolności słowa, nikt nie próbował otwarcie podważać tej wersji. Nowa prezydentowa była tym, kim chciała być. "Ród Hubal-Dobrzańskich, z którego pochodzi Małżonka Pana Prezydenta Ignacego Mościckiego, z dawien dawna brał żywy udział w życiu religijnym i społecznym od XIII wieku" - pisała Maria w stylu żywcem zaczerpniętym z genealogicznych rozpraw. Aby nie utrudniać pracy dziennikarzom, konsekwentnie trzymała się narracji trzecioosobowej, tak jakby chodziło o kogoś zupełnie innego.

Korzeni sięgających XIII wieku oczywiście nie była w stanie udowodnić - i nikt by nie był! - ale rodzina Hubal-Dobrzańskich rzeczywiście miała długą historię. Drzewo genealogiczne zamieszczone w wydanej niedawno książce "Hubal" sięga pięciu pokoleń wstecz, licząc od Marysi. Sama prezydentowa zaczęła szczegółowy wywód od Aleksandra Hubal-Dobrzańskiego, żyjącego w połowie XVIII wieku. W ostatnich latach niepodległej Rzeczpospolitej został on biskupem sandomierskim. Maria z dumą wspomniała, że był kawalerem Orderu Orła Białego, ale na dobrą sprawę za Stanisława Augusta Poniatowskiego nie był to taki znowu wielki honor. Ostatni król Polski wręczał te ordery niczym wizytówki. Własnego orzełka dostał prawie każdy kochanek carycy Katarzyny Wielkiej.

Dalej prezydentowa wymieniła jeszcze Mikołaja Hubal-Dobrzańskiego (kanonika katedry na Wawelu), Augusta Cyprysińskiego (współtwórcę Konstytucji 3 maja), kilku mniej zasłużonych przodków i przeszła prosto do swoich rodziców. Dziwnym trafem niewiele uwagi poświęciła dziadkom, mimo że to z nimi mieszkała przez wiele lat, wzrastając - jak to ujął krakowski "Czas" - "w atmosferze tradycji patriotycznych, umiłowania kultury narodowej i szczerej serdeczności w odnoszeniu się do ludzi". Ale może po prostu w niezbyt uporządkowanych notatkach zagubiła się jedna strona? W każdym razie dziadek Marii Aleksander Dobrzański był znanym i cenionym warszawskim okulistą.
Więcej wiadomo o ojcu pierwszej damy Zygmuncie. Prezydentowa wspominała: Imię Zygmunt nie było imieniem rodzinnym. Dzieci urodzone w tym roku nosiły to imię na pamiątkę wywiezionego na Sybir arcybiskupa warszawskiego. (…) Ojciec mój był zdolny. Pragnął za radą dziadka Józefa Kinnela wyjechać na studia malarskie do Monachium. Lecz babka moja nie dała zezwolenia, uważając, że nie godzi się to z nazwiskiem, które nosi. Szkoda wielka, talent nie wyzyskany, który mógł przynieść sławę. Nie wydaje się, by Zygmunt Dobrzański rozwijał jakieś inne talenty. Był chyba po prostu dziedzicem majątku i robił w życiu niewiele ponadto. Z żoną Zofią z domu Kinnel mieli jedno dziecko - Marię.

Ostatnia prezydentowa II Rzeczpospolitej przyszła na świat 13 sierpnia 1896 roku. Po latach wielu plotkarzy i komentatorów próbowało odejmować jej lat i robić z niej podlotka, który dopiero co wyrósł z pieluch. Dokumenty są jednak nieubłagane. W każdym z nich - dowodzie osobistym, paszporcie dyplomatycznym, umowie kredytowej - widnieje wyraźnie: 1896. Nie zmienia to jednak faktu, że Maria urodziła się już w zupełnie innej epoce niż jej poprzedniczki. Nie załapała się na konspirację, walkę z zaborcami i zamachy bombowe. W dorosłość wkroczyła, akurat kiedy wybuchła pierwsza wojna światowa. Od Marii Wojciechowskiej była młodsza o 27 lat. Od Michaliny Mościckiej - równo ćwierć wieku.

Dzieciństwo miała chyba szczęśliwe. Wspominała, że rodzice dużo podróżowali, że często zabierali ją do muzeów, zarówno w Polsce, jak i za granicą. O ojcu pisała, że był "wielkim znawcą sztuki". Niespełniony artysta sam nie stworzył swojego opus magnum, ale nauczył córkę doceniać piękno. W domu najwidoczniej nie brakowało pieniędzy, jeśli starczało funduszy na zagraniczne wojaże. Rodzina większość czasu spędzała w Warszawie, z dala od rodowego majątku. Marysia wyjaśniła rzecz krótko, jednocześnie pokazując, kto miał u Dobrzańskich decydujący głos: "Ojciec mój po ślubie zamieszkał w Warszawie, bowiem Matka moja nie chciała mieszkać na wsi". I to na swojej własnej wsi, bo jeśli wierzyć zdjęciom, Dobrzańscy najczęściej odwiedzali należący do Kinnelów Szulmierz.

Zachowane fotografie dają obraz beztroskiego ziemiańskiego życia. Rozrywki wyższych klas, piękne stroje, rozległe i zadbane włości. Zupełna sielanka. Na jednym zdjęciu Maniusia (tak wołali na nią w dzieciństwie krewni) gra w tenisa. A raczej stoi na korcie i z szelmowskim uśmiechem przeszkadza w grze dorosłym. Ma cztery, może pięć lat. Na drugim stoi w rozkroku na białym ogrodowym stole. Brzdąc obejmuje mamę i uśmiecha się do aparatu. Widać, że chce być w centrum uwagi. Dookoła siedzą i stoją krewni. Wszyscy pełni elegancji, damy z letnimi parasolami. Tylko tata Zygmunt zamyślony pali papierosa, zupełnie nie zwracając uwagi na fotografa (...).

Skróty od redakcji

Kamil Janicki, "Pierwsze damy II Rzeczpospolitej", Znak, Kraków 2012, cena 39,90 zł

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość
Maria (nie marysia!) Mościcka była ze swoim mężem do końca, a koniec był bardzo biedny finansowo. Mościcki przez ostatnie lata życia bardzo chorował (problemy gastryczne, ciągnące się od 1939 r.) Maria była bardzo troskliwą pielęgniarką, ludzie z miasteczka, w którym mieszkali (Szwajcaria) wspominali, że nieraz ich widywali, zawsze trzymających się za ręce. Maria przeżyła męża o 33 lata, do końca dbając o pamięć po nim, gromadząc pamiątki po Mościckim, które przekazała do klasztoru na Jasną Górę. niezaprzeczalnie kochała swojego męża, który, jak kazdy miał prawo do szczęścia, którego nie przegapił.
Dodaj ogłoszenie