O pepikach, czyli czeska komedia polskich pomyłek

Witold Głowacki
Nawet z Zaolziem tylko nam się wydaje, że to my je odebraliśmy Czechom
Nawet z Zaolziem tylko nam się wydaje, że to my je odebraliśmy Czechom
Z Polską i Czechami nic nie jest takie, jak nam się wydaje. Nawet nasza wielka, a przy tym jakże protekcjonalna miłość do sąsiadów z Południa pozostaje nieodwzajemniona - pisze Witold Głowacki

Dziś znów chcielibyśmy zrobić coś niesympatycznego tym naszym przesympatycznym, rozkosznym przyjaciołom zza południowej granicy. I znów nam z tego powodu głupio. Bo przecież pognębić Czechów to jak zbić okularnika, pokonać dziecko w warcaby, męczyć małego kotka. Łatwe, ale zdecydowanie nie fair. To nic, że ich PKB na głowę przewyższa nasz o ładnych parę tysięcy dolarów rocznie, to nic, że rynkowa wartość piłkarzy czeskiej reprezentacji przewyższa tych polskiej. Polska miałaby przegrać z Czechami? Z kim jak z kim, ale z nimi? Niemożliwe.

Organiczną wyższość Polaków nad Czechami widać od razu - wystarczy posłuchać, jak mówią tym swoim językiem pięciolatków, poczytać w przeglądach prasy, że w czeskich gazetach piszą czasem o Polsce per "mocarstwo" albo "imperium", poczytać Hrabala albo Haszka. Oni po prostu tacy są, ci nasi bracia Słowianie. Młodsi bracia - oczywiście. W zasadzie powinniśmy ich zawsze traktować z przymrużeniem oka, protekcjonalnie i z taryfą ulgową. Dlatego tak nam wstyd za te wszystkie przypadki, w których zrobiliśmy im coś złego.

No dobra - przepraszaliśmy już nieraz za Zaolzie (i Kaczyński przepraszał, i Jaruzelski), wstyd nam do dzisiaj za rok 1968. Z drugiej strony - to te rozszczebiotane pepiki same sobie zasłużyły na ten los. Oni nie ginęli nad Bzurą, pod Wizną i w powstaniu warszawskim, tylko się zwyczajnie poddali Niemcom. A Słowacy (to przecież prawie to samo) nawet pomagali Hitlerowi. Zawsze wybiorą święty spokój i wygodę, za nic im martyrologia, poświęcenie i mesjanizm.

Miłe więc nawet są te szwejki i hrabalowskie pijaczki, ale zupełnie bez charakteru. Nigdy nie poznali i nie poznają smaku szarży pod Somosierrą, szturmu na Monte Cassino ani budowy autostrady A2 na ostatnią chwilę. Dla nich wielka rewolucja to nie kasować biletów w autobusie. Robią sobie to swoje piwko (niezłe swoją drogą) i knedliczki, owszem, są nawet bardziej poukładani niż my, za komuny u nich była kiełbasa, a u nas nie, ale wielkość niewątpliwie nie jest ich powołaniem. A naszym - rzecz jasna - jest.

W oczach Czechów jesteśmy z grubsza kimś w rodzaju Rosjan, hodujemy kartofle, nie znamy się na kulturze ani na humorze

Dlatego właśnie mecz jest już wygrany, weźmiemy, co się nam należy, w zamian zaś - jak zawsze - otaczać będziemy naszych nieco niedorozwiniętych braci Słowian z Południa dyskretną opieką, będziemy jak ten starszy brat, który wprawdzie potrafi przylać albo odebrać zabawkę, ale jak trzeba, także obroni. Albo przynajmniej będzie się bił za honor młodszego. Przykładowo remisując z Rosją, pomściliśmy wcześniejszą klęskę biednych pepiczków. Teraz z wdzięczności powinni oddać nam mecz walkowerem.
Tak właśnie kołysani naszymi narodowymi mitami - tym razem skierowanymi na południe - bo i takie jednak sobie stworzyliśmy prócz tych na co dzień dominujących wschodnich i zachodnich, wyobrażamy sobie naszych sąsiadów i nasze z nimi wzajemne stosunki. Nie zdajemy sobie nawet sprawy z tego, że myślimy o Czechach analogicznie jak część rosyjskiej inteligencji myśli o Polakach. Ze specyficzną protekcjonalną sympatią, według imperialistycznych kodów, którymi myślą mieszkańcy metropolii o peryferiach. Tyle tylko, że w obu przypadkach jest to myślenie kompletnie asymetryczne. Czesi równie mocno czują się "młodszymi braćmi" Polaków jak Polacy Rosjan. Rzeczywisty stosunek Czechów do Polaków stoi zaś kompletnie w poprzek naszych powszechnych wyobrażeń.

Nawet historia znacznie bardziej uprawnia do paternalistycznego myślenia Rosjan o Polsce i Polakach niż Polaków o Czechach. Bo historyczny bilans relacji polsko-czeskich jest wbrew pozorom znacznie bliższy remisowi niż polskiej dominacji. I nie trzeba tu sięgać do czasów Bolesława Chrobrego, w których ciągłe starcia z Czechami były dla rodzącej się Polski większym problemem niż zagrożenie ze strony Niemiec. Ani do czeskich zaciężnych wspierających zakon krzyżacki.

Granice kraju walczącego o byt niespodziewanie przekracza doskonale uzbrojony korpus dotąd pokojowo nastawionego sąsiada. Błyskawicznie zajmuje kawał ziemi. Tyle, ile trzeba. Napotyka na minimalny opór - wszystkie siły przeciwnika są przecież na innych frontach. Tak właśnie było na Zaolziu…

Było. Tylko że najpierw w styczniu 1919 r., gdy wkroczyła tam, łamiąc wcześniejsze ustalenia, armia Czechosłowacji. Nasi południowi sąsiedzi skorzystali z faktu, że ciesząca się od trzech miesięcy niepodległością Polska toczyła właśnie angażującą wszystkie - nieskonsolidowane zresztą jeszcze - siły wojnę z Ukraińcami. Czesi i Słowacy użyli elitarnych jednostek złożonych z żołnierzy zaprawionych w bojach I wojny światowej. Próby polskiego oporu zostały zdławione błyskawicznie, do legendy zaś przeszła brutalna masakra kilkunastu polskich jeńców zatłuczonych na śmierć przez czechosłowackich żołnierzy po bitwie pod Stonawą.

Wtedy Czesi zagrali do jednej bramki przeciw Polsce z bolszewikami. W 1938 r. Polacy stanęli u boku Hitlera przeciwko Czechosłowacji. W zasadzie moralny antyremis. Z jedną tylko uwagą: Zaolzie było w rękach Czechów przez 19 lat. W polskich przez rok…

Polskie mity na temat dwudziestolecia międzywojennego przedstawiają kraj nad Wisłą w tym okresie jako miodem i mlekiem płynący. Jednak to czechosłowacka gospodarka rozwijała się wówczas zdecydowanie szybciej. Polska zaś osiągnęła poziom produkcji z trzech zaborów z roku 1913… dopiero w 1938 r.
W trakcie II wojny światowej Czesi zdecydowanie nie zawsze potwierdzali polskie stereotypy na temat swego unikania heroizmu. To właśnie oni zaraz po Polakach okazali się największym objawieniem bitwy o Anglię. Brało w niej udział - z ogromnymi sukcesami - ok. 90 czeskich lotników, nie tylko słynny Frantiszek z Dywizjonu 303. Udało im się też coś niesłychanego - czyli likwidacja jednego z najwyżej postawionych nazistów - ulubieńca samego Adolfa Hitlera, protektora Czech i Moraw Reinharda Heydricha - w zamachu zaplanowanym przez rząd emigracyjny Czechosłowacji w Londynie i wykonanym przez dwóch cichociemnych. To tak, jakby w Polsce zastrzelony został sam generalny gubernator Hans Frank. Nie zdajemy też sobie na ogół sprawy z działań czeskiej i słowackiej partyzantki, z tego, że po wkroczeniu Niemców na Słowację w 1944 r. wybuchło tam ogólnonarodowe powstanie, ani z tego, że wraz z Rosjanami szła ze Wschodu na Niemców nie tylko nasza I Armia, lecz także I Korpus Czechosłowacki.

Wydaje nam się także, że natychmiast po wojnie trafiliśmy do jednego worka albo raczej na jedną patelnię, co połączyło nasze losy na następne pół wieku. Owszem, jednak z jednym małym "ale". Bo polscy sztabowcy jeszcze w 1945 r. zaczęli szykować się do kolejnych działań wojennych. Chodziło oczywiście o Zaolzie. Marszałek Rola-Żymierski wydał nawet pisemny rozkaz w tej sprawie, przygotowania nadzorował zaś złowrogi Jakub Berman. Wykonania planu zabronił Stalin, wcześniej jednak polskie zakusy były dlań przydatne jako element nacisku na Czechosłowację.

W powojennej historii przyszło nam jednak zrobić świństwo południowym sąsiadom dopiero w 1968 r., kiedy nasza armia brała udział wraz z Armią Czerwoną w tłumieniu praskiej wiosny. Czesi pamiętają nam to do dziś. Nawet nakręcony w konwencji pseudoczeskiej komedii przez Jacka Głomba film "Operacja Dunaj" mający być w założeniu odreagowaniem 1968 r. został przez czeską publiczność przyjęty z milczącą wzgardą.

Tyle - w telegraficznym skrócie - mówi o rzeczywistym kształcie stosunków polsko-czeskich dwudziestowieczna historia. W ostatnim dwudziestoleciu niewiele się zmieniło. W Czechach tylko wzmocnił się ukształtowany jeszcze za komuny stereotyp Polaka cwaniaka - prawdopodobnie przez skłonność do targowania się polskich turystów. Nasza namiętna starszobraterska miłość (to Czesi są narodem, wobec którego w sondażach Polacy wyrażają największą sympatię, jeszcze chętniej zaś deklarujemy pewność, że Czesi nas szczególnie lubią) pozostaje niezmiennie nieodwzajemniona. W oczach Czechów jesteśmy z grubsza kimś w rodzaju Rosjan, mieszkamy w wielkim, nudnym, pustawym kraju pełnym niedokończonych budowli i rozpadających się chałup. Poświęcamy się z pasją hodowli kartofli, piciu wódki i bazarowemu handlowi. Do tego kompletnie nie znamy się na kulturze, współczesna polska literatura ogranicza się do Stanisława Lema, kino jest całkowicie niegodne uwagi, o muzyce już nie wspominając. Polską opinię publiczną kształtuje ojciec Rydzyk (najczęściej cytowany w czeskich mediach Polak), nic zaś w tym dziwnego, bo w oczach kompletnie zlaicyzowanych (bynajmniej nie tylko za sprawą komunizmu, jak chcą polscy księża - to raczej proces analogiczny wobec Niemiec) Czechów jesteśmy krajem fanatycznych katolików o średniowiecznych poglądach.

Na koniec dodajmy jeszcze do tego, że szczebioczącym (według nas) Czechom nasza szeleszcząca, powolna i rozciągnięta (według nich) wymowa kojarzy się ze sposobem wysławiania osób niedorozwiniętych umysłowo.

Jeśli wydaje się nam więc, że patrząc w typowo polski sposób na Czechów, patrzymy w lustro, wiedzmy, że jest to lustro krzywe. I że tak naprawdę do dziś nie wiadomo, kto był sprytniejszy z tym całym Zaolziem, co warto zadedykować kibicom.

Witold Głowacki

Wideo

Komentarze 6

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

m
miolka
Byłam w Czechach parę lat temu (chyba 4) i to młodzi ludzie byli dla mnie nie mili, nie chcieli zrealizować naszego zamówienia, dopiero pan, który z nami był, zaczął krzyczeć na nich po niemiecku, wtedy od razu przyniesiono nam zamówione posiłki. Do tego udawali, że nie rozumieją po polsku, uśmiechali się ironicznie, było to bardzo przykre(wiadomo, że słowiańskie języki są bardzo podobne, na Ukrainie nie miałam problemu z dogadaniem się z ludźmi).
S
Sprawiedliwy.
Dodac mozna ze za autostrady tez pobieraja oplaty ale raz na rok Wineta.Tak samo Rumunia i Slowacja.NIe maja bramek na autostradach,widac sa cwansi .
d
domino
Wskazany wizerunek polskiego cwaniaka się zmienia. Nie wiem czy Pan Redaktor żyje jeszcze informacjami sprzed 20 lat. Dlugo by mówić. Rzeczywiście argumentajca naciągana. Do zycia
wchodzą nowe pokolenia Czechów, ktorzy niekoniecznie muszą nam wypominać 38 i 68 roku.
Szczegolnie widać to przy ternach nadgranicznym. No bo Praga to przecież nie Czechy jak sami mówią:)
k
klaus
że argumentacja w tym artykule jest dość płytka i i delikatnie mówiąc , naciągana
P
Piotr z Pragi
Co za kiepski artykuł. Po prostu bardzo, bardzo słaby.
K
Klara
Cóż, Witold Głowacki popisał się swoją ignorancją i stereotypami. Ani Czesi ani Polacy nie są tak głupi jak sam tawariszcz Witold Głowacki uprawiający wciąż sowiecką lub postsowiecką "socjologię".
Dodaj ogłoszenie