Nitras: Schetyna chciał wymuszać na Tusku decyzje. Teraz to już niemożliwe

Redakcja
FOT WOJCIECH BARCZYNSKI / POLSKAPRESSE
Schetyna okopał się mocno na pozycji marszałka i przyjął strategię negocjowania z premierem, powołując się na swoje zaplecze w partii. Dziś Tusk pokazuje mu, że to nie przynosi efektów - mówi Sławomir Nitras, europoseł PO, w rozmowie z Anną Wojciechowską

Zaskoczył Pana premier uderzający dzień po wyborach w Grzegorza Schetynę?
Nie. Nie oceniam tego jako uderzenie. Jest nowa sytuacja po wyborach. Zupełnie nowa. Premier Tusk zapowiadał w kampanii duże zmiany w nowej kadencji.

Nie zaskoczył, bo Schetyna rzeczywiście - jak twierdzi Tusk - aspiruje do rywalizacji z nim? Schetyna był nielojalny wobec Tuska?
Nawet dla przeciętnego obserwatora tego, co się dzieje w Platformie, jest oczywiste, że Grzegorz Schetyna aspirował do roli rywala Tuska. Po wyborach prezydenckich i objęciu stanowiska marszałka Sejmu Grzegorz Schetyna był autorem koncepcji triumwiratu prezydent - premier - marszałek. Marszałek Schetyna przyjął strategię negocjowania z premierem decyzji, powołując się na swoją pozycję, zaplecze polityczne itp. A premier, moim zdaniem, grając delikatnie na zwłokę, pokazuje, że ta strategia nie daje efektów.

Czytaj też:Powyborcze rozrachunki w Platformie Obywatelskiej. Wrze w Krakowie i Szczecinie

Tusk chce tylko pokazać Schetynie, że karty rozdaje tylko on, czy też faktycznie chce go ostatecznie zmarginalizować, upokorzyć?
Moim zdaniem tu nie chodzi o marginalizację czy upokorzenie. Ja widzę to tak: po dymisji z rządu Grzegorz Schetyna okopał się mocno na pozycji marszałka Sejmu, zaczął budować swoją pozycję. To dało początek procesowi pewnego zamieszania w PO. Nie doszło oczywiście do zakwestionowania pozycji przewodniczącego, ale zmieniła się sytuacja w partii. Zaczęły się tworzyć grupy czasami dosyć ostro walczące o swoje partykularne interesy, o personalia. Tego wcześniej w PO nie było na taką skalę. Premier zaś wiedział, że jego pozycja będzie zależeć tylko i wyłącznie od wyniku wyborów. Jeśli wygra, jak się ostatecznie stało, to jego pozycja będzie niezagrożona, jeśli jednak powinęłaby mu się noga, te napięcia w partii mogły grozić poważnymi konsekwencjami dla niego i PO. Starał się płacić niezbędne koncesje konkurującym kolegom w imię przeprowadzenia projektu w sposób stabilny przez trudny rok wyborczy. Dzisiaj nie ma najmniejszego powodu, żeby ten szkodliwy stan rzeczy utrzymywać.

Czytaj też:Donald Tusk hoduje sobie wrogów w doniczce

Partyjnych gier w PO w ciągu ostatniego roku było wyjątkowo dużo. Partia była rozchwiana. Tusk w kampanii to wyciszał, był zmuszony iść na wątpliwe kompromisy. Dziś nie musi tego robić

Sugeruje Pan, że to Schetyna zaczął wojnę?
To nie kategoria wojny, tylko partyjnych gier. Tych partyjnych gier w ciągu ostatniego roku, jak na standardy PO, było wyjątkowo dużo. Uporządkowanie partii jest dziś niezbędne, bo ostatni rok był czasem - na skutek również problemów w rządzeniu - pewnego rozchwiania. Do głosu zaczęły dochodzić konflikty wewnętrzne, osobiste ambicje niektórych ludzi. To wszystko mogło zdestabilizować Platformę. W trakcie kampanii Donald Tusk, aby to nie zaważyło na wynikach wyborów, starał się to wszystko wyciszać. Ale ceną za to były listy Platformy układane często w sposób co najmniej nieroztropny przez szefów regionów. Efekt? Cztery lata temu jedynie w jednym okręgu - koszalińskim - zdarzyła się sytuacja, że lider listy przegrał z ludźmi, którzy byli niżej na liście. W tym roku takich przypadków było już wiele. To była jedna, ale niejedyna cena spokoju na czas wyborów.

Czytaj też:Tusk przekazuje Schetynie: Chcesz, to bierz. Nie chcesz? To twoja sprawa
Ale przecież faktycznie o ostatecznym układzie list decydował Tusk?
Proszę nie żartować! Listy układał zarząd, w skład którego wchodzą wszyscy szefowie regionów i mają w nim zdecydowaną większość. A główny podział wcale nie przebiegał, jak się powszechnie sądzi, między grupą Grzegorza Schetyny i Cezarego Grabarczyka. Podstawowe znaczenie miało nieformalne porozumienie szefów regionów o tym, że nie będą wzajemnie się wtrącali w obsady swoich list. W wyniku tej strategii premier był zmuszony często akceptować rozwiązania wątpliwe. Płacił koncesje na rzecz wewnętrznego pokoju, szedł na kompromisy, nie mógł sobie bowiem też na trzy miesiące przed wyborami pozwolić na sygnał, który opinia publiczna odebrałaby jako ostry konflikt w PO. Wielu kolegów uważało, że tą metodą po wyborach będzie można na premierze dalej wymuszać korzystne decyzje. Tylko że to było możliwe przed wyborami, dziś już nie.

Czytaj też:Schetyna jedzie na urlop, wciąż czeka na propozycje. Kiedy będzie decyzja?

Dziś za to mówią, że władza Tuska jest już nieograniczona, że jest wodzem w swojej partii niczym Jarosław Kaczyński w PiS.
Zasadnicza różnica pomiędzy oboma panami polega na tym, że gdyby Donald Tusk popełnił tylko część tych błędów co Jarosław Kaczyński, to PO nie wygrałaby sześciu elekcji z rzędu. Siła Donalda Tuska bierze się stąd, że on - jako lider - to wygrał. Natomiast prezes Kaczyński przegrał i dalej rządzi partią, jakby prowadził ją od triumfu do triumfu. To w polityce światowej fenomen. I dlatego można mówić o partii wodzowskiej. Poza tym myli się dwie funkcje. Konstytucyjnie kandydat na premiera po wygranych wyborach przedstawia skład Rady Ministrów Sejmowi i musi uzyskać wotum zaufania. Kandydat na premiera to robi, a nie zarząd zwycięskiej partii. W PO panuje jednak demokracja i rola zarządu wobec przewodniczącego jest bardzo silna, osobiście zastanawiam się, czy wręcz nie za silna, szczególnie biorąc pod uwagę, że 2\3 po zmianie statutu stanowią szefowie regionów mający bardzo silną pozycję w swoich regionach. To, moim zdaniem, nie jest najszczęśliwsze rozwiązanie.

Czytaj też:Waldemar Zakuty lepszy od Janusza Szalonego?

Pamiętam jednak, że cztery lata temu Tusk na naradach m.in. ze Schetyną meblował swój rząd.
Kogo premier wybiera sobie na doradcę i czy te osoby się zmieniają, to jego sprawa. Wartością jest, że nie są to osoby znane opinii publicznej. Odpowiedzialność zawsze spoczywa na szefie rządu.

A jak Pan czyta ostatnie ruchy marszałka? Schetyna spokornieje teraz i przyjmie to, co da mu Tusk, nawet jeśli oferta rządowa nie będzie zawierać teki wicepremiera, czy przejdzie na opozycyjne pozycje?
Nie wiem. Sądzę raczej, że wszystko się jednak ułoży. Po tym bowiem jak Donald Tusk pokaże siłę władzy premiera i to, że polityka frakcyjna nie może brać góry w rządzie, kolejnym jego krokiem będą starania w kierunku zagospodarowania wszystkich. Pytanie, czy wszyscy będą skłonni do zaakceptowania nowych ról.

Czytaj też:Tusk: "Schetyna aspirował do roli mojego konkurenta". Oto przyczyna awansu Kopacz?
Premier, zamiast pokazywać nam nowy plan i nowy rząd, które obiecywał, wziął się po wyborach do pokazywania siły swojej partii. To kiepski sygnał do wyborców?
O rządzie decyduje kalendarz prac Sejmu. Nie słyszałem, żeby kiedykolwiek nowy premier prezentował priorytety wcześniej niż w trakcie exposé. Ten zarzut to, proszę wybaczyć, czepialstwo.

Wydawało się, że premier w pewien sposób chciał ominąć właśnie konstytucję, wyskakując nagle z pomysłem, by do końca prezydencji rząd działał w obecnym składzie i przekładając rekonstrukcję gabinetu na koniec roku?
Swoimi słowami zwrócił tylko uwagę, że prezydencja wymaga pewnej kontynuacji.

Czytaj też:Powyborcze rozrachunki w Platformie Obywatelskiej. Wrze w Krakowie i Szczecinie

Przed wyborami zapomniał o prezydencji?
Można dostrzegać w tym pewne drugie dno, ale ono nie wyklucza pierwszego. W ten sposób premier uniknął połączenia dyskusji o obsadzie stanowisk w prezydium Sejmu i klubie parlamentarnym z budową składu Rady Ministrów. Przy udziale szefa partii PO podejmie decyzje w sprawie Sejmu, a potem dopiero premier, po konsultacjach oczywiście, przedstawi nowy skład Rady Ministrów.

Rozumiem, że ten sygnał skierowany był też do prezydenta, który ponoć chciał, aby to Schetyna był marszałkiem?
Jestem pewien, że prezydent Komorowski i premier Tusk będą wzajemnie szanować swoje konstytucyjne kompetencje. Nie przewiduję szorstkiej przyjaźni.

A jednak czuć napięcie na linii premier - prezydent? Ludzie Tuska mówią, że Bronisław Komorowski próbuje za bardzo zaznaczać swoją rolę.
Decyzje będą wypracowywane przez prezydenta i premiera, a nie ludzi …

Czytaj też:Tusk przekazuje Schetynie: Chcesz, to bierz. Nie chcesz? To twoja sprawa

Premier wysyła też inne, bardziej niepokojące sygnały. Teraz będzie szybciej lepiej - zapowiadał, a dziś w wywiadzie dla "Polityki" mówi tym, którzy domagają się od niego ambitniejszych reform, zmian, że nie zmieni swojej polityki małych kroków. Pana to nie martwi?
Premier ma prawo do drobnej satysfakcji wobec dziennikarzy i ekspertów, którzy oskarżali go o nicnierobienie, brak reform. Okazało się, że Polacy jednak mają inne zdanie na temat tej "ciepłej wody w kranie". I pewnie chciał tę satysfakcję w tym wywiadzie wyrazić. Sama strategia, moim zdaniem, nie sprowadza się do unikania reform, a raczej do przeświadczenia, że tych reform nie można robić, abstrahując od kosztów społecznych, że one muszą uwzględniać jakieś amortyzatory. Nie jesteśmy w sytuacji lat 90., kiedy potrzebna była terapia szokowa. Ponadto jesteśmy wciąż przed exposé premiera. Nie wyciągajmy więc pochopnych wniosków z jednego zdania z wywiadu, tylko poczekajmy. Z dotychczasowych wypowiedzi czerpię głębokie przekonanie, że zapowie on w exposé głęboką reformę finansów publicznych, ofensywę polską w procesie pogłębiania integracji europejskiej, przede wszystkim w wymiarze ekonomicznym. Oczekuję też, że zapowie reformę emerytur mundurowych, przełom w kolejnictwie i reformę ochrony zdrowia, której nie udało się skończyć.

Czytaj też:Donald Tusk hoduje sobie wrogów w doniczce
Zgadza się Pan, że Platforma ma dziś wyjątkowo komfortową sytuację, jakiej mógłby jej pozazdrościć niejeden poprzednik Tuska?
Absolutnie nie zgadzam się. To mit. Sytuacja jest paradoksalnie trudna. Po pierwsze, wiadomo, że sytuacja gospodarcza na świecie będzie się pogarszać. A większość czterech głosów, na której oparta jest koalicja, to nie jest stabilna większość.

Będziecie trzeba poszukać wsparcia w SLD? Przeciąganie pojedynczych posłów wchodzi w grę?
Jest problem. Koalicje trójczłonowe są bardzo trudne. Trzeci koalicjant byłby szczególnie trudny dla PSL. Taka koalicja wcale nie stabilizowałoby większości. Mogłaby ją rozchwiać. Jednocześnie mamy betonową opozycję: PiS, jaki jest, wiadomo, a z drugiej strony SLD, który będzie się próbował odbudować i - moim zdaniem - te próby będą polegać na takiej wewnętrznej konkurencji, na licytowaniu się, kto będzie sprawniejszą, bardziej ostrą, radykalną opozycją.

A wtedy znów może się przydać Janusz Palikot?
To inteligentny człowiek, ale nie mam złudzeń, że jego celem jest rozbicie PO i zdobycie władzy w Polsce. Janusz Palikot lansuje dzisiaj inicjatywę zdjęcia krzyża jako pierwszą, tylko dlatego że zdobył w wyborach 10 proc., a przeczytał w sondażach, że ponad 20 proc. Polaków popiera ten postulat. Dzisiaj jego celem jest te 20 proc., zmarginalizowanie SLD, tak by nie mieć konkurencji po tej stronie, a jeśli mu się to uda, zacznie marsz w kierunku centrum. Partia Palikota będzie próbowała raczej destabilizować, a nie stabilizować obecny układ władzy. Nasza optyka to cztery lata stabilnego rządu, a jego skompromitowanie obecnego porządku i zdobycie władzy za cztery lata.

Czytaj też:Tusk: "Schetyna aspirował do roli mojego konkurenta". Oto przyczyna awansu Kopacz?

To mit, że mamy sytuację komfortową do rządzenia. Koalicja oparta na 4 głosach nie jest stabilna. A z jej powiększeniem jest problem. Palikot nie wchodzi w grę, bo jego celem jest rozbicie PO i zdobycie władzy

A wyobraża sobie Pan w ogóle w razie konieczności koalicję z Januszem Palikotem czy częścią jego ludzi. Przełknąłby to Pan?
Nie, dlatego że zbyt wiele mnie z nimi dzieli. Ja nigdy nie będę zwolennikiem zdejmowania krzyża. Nie mogę zaakceptować ludzi gloryfikujących zabójców księdza Popiełuszki, nie jestem zwolennikiem legalizacji narkotyków, liberalizacji prawa aborcyjnego. Trudno znaleźć pole kompromisu, bo Palikot chce zakwestionować obecny porządek społeczny, a mi się on wyjątkowo podoba i dopuszczam tylko kosmetyczne zmiany.

A nie jest tak, że m.in. wejście Palikota do Sejmu, ewidentne przebudzenie się środowisk lewicowych będzie naturalnie wymuszało na PO skręt w lewo?

Nie, ponieważ Palikot nie wszedł do Sejmu dlatego, że wszyscy tak chętnie popierają jego lewackie pomysły, a dlatego, że wielu Polaków uważa, że PO musi mieć jakąś realną alternatywę. Ci ludzie nie odnajdują tej alternatywy w PiS czy SLD. Palikot zrodził się z głosu części Polaków mówiących: Tusk i Komorowski muszą mieć jakąś przeciwwagę.

Czytaj też:Schetyna jedzie na urlop, wciąż czeka na propozycje. Kiedy będzie decyzja?

Cały wywiad przeczytasz w weekendowym wydaniu "Polski" lub na stronie prasa24.pl.

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

...

...

A
Administrator

To jest wątek dotyczący artykułu Nitras: Schetyna chciał wymuszać na Tusku decyzje. Teraz to już niemożliwe

G
Gryfita

Nitras, to spadająca gwiazda zachodniopomorskiej PO. Do niedawna rozdawał karty i stanowiska w Szczecinie, przewodził narkomanom i piratom drogowym, a za jego "zasługi" PO zesłała go do Brukseli.
W ostatnich wyborach jego frakcja poniosła klęskę, a mandat w Parlamencie też się kończy.
Żałosne jest to, że ten do niedawna przyboczny J.M. Rokity staje się wielbicielem premiera.
Nic go jednak nie uratuje.
Wykoszą go struktury terenowe PO w Szczecinie i on o tym wie.

c
cezar

Jest uzasadnienie wyroku wobec Antoniego Klusika, działacza Opolskiego Stowarzyszenia Pamięci Narodowej, który nazwał opolską mutację "Gazety Wyborczej" "organizacją przestępczą i wrogiem naszej cywilizacji". Apelacja zostanie wniesiona dzisiaj.

Skazany nieprawomocnie na kosztowne publikacje przeprosin w lokalnych mediach mężczyzna zapowiada, że po zapoznaniu się z treścią dokumentu sądowego złoży apelację. Będzie gotowa jeszcze w tym tygodniu.
- Mam już przygotowaną apelację, którą skonsultuję jeszcze z moim pełnomocnikiem. Muszę jeszcze zapoznać się z uzasadnieniem wyroku - informuje Antoni Klusik, skromny rencista, który naraził się potężnemu koncernowi medialnemu.
Sprawę wytoczyła działaczowi OSPN spółka Agora, wydawca opolskiej "Gazety Wyborczej". Powód uznał, że opinia Klusika wypowiedziana na konferencji prasowej zorganizowanej w ubiegłym roku naruszyła jego dobra osobiste. Podczas procesu sąd odrzucił materiał dowodowy oskarżonego, który miał usprawiedliwiać jego słowa. Pominięty został również kontekst całego zdarzenia, m.in. okoliczność, że zasądzona wypowiedź była reakcją na obraźliwe dla rodziny Klusika artykuły zamieszczone w opolskiej "GW". Sugerowano w nich m.in., jakoby śmierć Jana Klusika, brata pozwanego, była wykorzystywana politycznie przez OSPN, PiS oraz "środowiska skrajnej prawicy". Przypomnijmy, że pan Jan został poturbowany 15 sierpnia 2010 r., kiedy modlił się pod krzyżem upamiętniającym ofiary katastrofy smoleńskiej ustawionym przed Pałacem Prezydenckim. Zmarł miesiąc później.

Dodaj ogłoszenie