Nitras: Nie chcę się użalać, ale czuję się w PO nie do końca wykorzystany

Agaton Koziński
Bartek Syta/Polskapresse
O ewentualnych rafach, na których może się rozbić koalicja PO-PSL i o tym, czy Polska ma szanse na obiecanych 300 milionów z Unii Europejskiej, ze Sławomirem Nitrasem, europosłem PO, rozmawia Agaton Koziński

Porozmawiamy o statku o nazwie "Koalicja PO-PSL" i przeszkodach na jego kursie. Jak duże jest ryzyko, że utknie on na mieliźnie, jaką okaże się zmiana przywództwa w PSL?
Nie utknie. I Donaldowi Tuskowi, i Januszowi Piechocińskiemu zależy na tym, aby nie wypaść z torów, po których jedziemy. Mają świadomość, że gdyby doszło do destabilizacji koalicji, cena byłaby niezmiernie wysoka. Konsekwencje ponieśliby i oni, jako liderzy, i ich partie. Również dlatego, że Polska utraciłaby swój wielki atut, w kraju niedoceniany, a z perspektywy Brukseli, najważniejszy. Stabilność i przewidywalność. To cechy wśród europejskich rządów dziś niestety wyjątkowo deficytowe. Proszę zwrócić uwagę, ze po pierwszej fazie politycznych skutków kryzysu finansowego, jaka były gwałtowne upadki rządów w Hiszpanii, Francji, Włoszech, Grecji, Wielkiej Brytanii, Irlandii i długo jeszcze niestety mógłbym wymieniać, przechodzimy dzisiaj druga fazę, jaka jest niemniej gwałtowny spadek poparcia dla tych rządów, które w ostrym politycznym sporze powstały stosunkowo niedawno. Poparcie dla premiera Rayoja czy premiera Camerona jest dzisiaj dwukrotnie niższe, niz kiedy obejmowali swoje urzędy, a przecież to są nowe rządy. W szybkim tempie spada zaufanie dla prezydenta Hollande’a we Francji, a przecież wybory były w maju tego roku. Właściwie poza Szwecją, Polską i Niemcami wszystkie rządy dużych krajów w Europie cierpią na chroniczny brak akceptacji społecznej. Na tym tle widać, jaką wartość ma polska stabilność.

Nie boi się Pan, że ta stabilność legnie z powodu tarć wewnątrz PSL? Widać, że ta partia jest wewnątrz pęknięta, można spodziewać się w niej kolejnych tarć. Nie odbije się to na pracy rządu?
Każda partia ma swoje problemy. Proszę zobaczyć, w jak fatalnej sytuacji znalazła się francuska Unia na rzecz Ruchu Ludowego. To ugrupowanie jeszcze niedawno rządziło krajem, a teraz, gdy z polityki wycofał się Nicolas Sarkozy, pogrążyło się w gigantycznym kryzysie, budząc wielkie zdziwienie w Europie. A przecież to jest duża, europejska, tradycyjna partia.

Nie taka tradycyjna - powstała w 2002 r.
Wywodzi się ze środowiska, które kilka razy zmieniało nazwy, ale nieprzerwanie przestrzega tego samego systemu wartości - mówię o gaullistach. To są jedne z najbardziej trwałych, chadeckich korzeni w Europie. Wracając do PSL, to naturalne zjawisko wynikające z personalnych ambicji poszczególnych polityków, ich rywalizacji między sobą. Gdy dochodzi do zmian we władzach partii, wynikające z tego napięcia są szczególnie widoczne. Z taką zmianą PSL radzi sobie całkiem dobrze. Widać wyraźnie, że politycy środka, że wymienię choćby wyjątkowo szanowanego przeze mnie Jarosława Kalinowskiego stoją na straży jedności stronnictwa i nie pozwolą na destabilizacje PSL i co za tym idzie większości parlamentarnej. Przecież nie postawi Pan tezy, ze PSL się podzieli.

Deklaracja PO z kampanii wyborczej odgrywa ważną, pozytywną rolę. Wszyscy wiedzą, co Donald Tusk musi przywieźć z Brukseli do kraju

Nie, takiej tezy nie podzielam. Ale całkiem prawdopodobne wydaje mi się teza, że to nie koniec zmian na szczytach władzy PSL. Przy tak dużej niepewności w partii tworzącej koalicję trudno mówić o stabilnym systemie rządowym.
Niech pan nie przesadza. Oby nasz rząd miał tylko takie problemy. Rozmawiam z moim kolegami z PSL w europarlamencie i nie widzę tego w ten sposób. Moim zdaniem oni sobie poradzą z tą zmianą władzy. Zresztą odnoszę wrażenie, że prezes Piechociński - po pierwszym oszołomieniu - zaczyna trzymać coraz pewniej lejce w partii.
Uważa Pan, że koalicja ominie mieliznę związaną ze zmianami u koalicjanta. A jak poważne jest ryzyko, że rozbije się o rafę związaną z negocjacjami budżetu UE? Brak obiecanych 300 mld zł będzie taką rafą.
Unia Europejska i wspólna waluta przez lata były cudownym dzieckiem, które wszyscy lubili, bowiem każdy coś od niego dostawał. Niemcy zdobyli rynki, na których mogli sprzedawać swoje towary. Takie kraje jak Hiszpania, czy Grecja skorzystały na polityce spójności oraz dostępie do taniego kredytowania swoich potrzeb pożyczkowych w związku z powstaniem Euro, co zresztą stało się główną przyczyną ich kłopotów. Problem w tym, że każdy z tej Unii wziął co chciał, a teraz każdy odwraca się do niej plecami. UE to już nie jest cudowne dziecko, które wygrywa wszystkie konkursy w szkole, tylko dojrzewający młodzieniec z pryszczami sprawiający problemy wychowawcze. Tym dzieckiem trzeba się zająć - tylko, że nikt nie ma ochoty tego zrobić, wszyscy oglądają się na siebie, licząc, że zrobi to ktoś inny.

Wszyscy liczyli, że dziecko trafi do szkoły z pruskim drylem - ale wygląda na to, że raczej czeka ją siedem lat w szkole z internatem z czasów wiktoriańskich, z bardzo skromnym kieszonkowym.
Tu nie chodzi o model edukacji. Tu raczej chodzi o to, że rodzice są egoistami, którzy myślą tylko o sobie, a nie o problemach własnego dziecka. Pod tym względem wyróżnia się Polska. Nasz rząd nie mówi tylko o własnych oczekiwaniach względem Unii, ale umie się pochylić nad problemami Wspólnoty jako całości. Myślimy szerzej niż inne kraje - mając świadomość, że Unia to dla nas ważny projekt w wielu aspektach.

Przepraszam, mam wrażenie, że właśnie Pan powiedział, że Polska powinna zrezygnować z części 300 mld zł - byłby to wyraz naszej troski o los Unii, jako wspólnoty.
Nie, to pan powiedział.

Ja tylko na język konkretów przełożyłem Pana ogólne sformułowania.
Nie to miałem na myśli. W dyskusji nad budżetem podkreśla się podział na tych, którzy do budżetu dokładają i na tych, którzy z niego czerpią. To nie jest prawdziwy obraz. Korzyści z unii czerpią wszyscy, zresztą bogatsi większe i jeśli przy okazji decyzji nad budżetem o tym zapomną, poniosą w pierwszej kolejności długofalowe konsekwencje tego faktu. Odnoszę wrażenie, ze w niektórych krajach retoryka antywspólnotowa spowodowana kampaniami wyborczymi zazwyczaj, wymknęła się spod kontroli. Podam przykład najbardziej drastyczny, brytyjski. Tradycyjne stanowisko sceptyczne wobec integracji europejskiej prezentowała przede wszystkim Partia Konserwatywna, natomiast Partia Pracy była proeuropejska, taki profil zachowywała, gdy jej przywódcami byli Neil Kinnock, czy Tony Blair. Koalicyjna dzisiaj partia liberalna jeszcze niedawno ustami swego lidera Nicka Clegga nazywała się sama kotwica Wielkiej Brytanii w Europie. Dzisiaj David Cameron wyraźnie zaostrzając kurs spowodował, że inni pobiegli za nim, także laburzyści. Stawiam tezę, że dziś cała brytyjska klasa polityczna stała się bardziej antyeuropejska niż samo społeczeństwo. I co gorsza chyba skutecznie społeczeństwo przekonali, że to dobra droga dla Wielkiej Brytanii. Problem w tym, że rozpoczęli w ten sposób pewien proces, który trudno zatrzymać, a tym bardziej zawrócić. Oni wiedza, że to jest niebezpieczne, ze posunęli się zbyt daleko, nie widzą niestety drogi wyjścia. Podobne zjawisko obserwuje niestety w Polsce, jeśli chodzi o stosunek do strefy i waluty Euro.
U nas trudno rozbudzić nastroje eurosceptyczne.
Tak - ale już inaczej jest w stosunku do wspólnej waluty. Polscy politycy zrobili mały odwrót od euro. Akcentując swój sceptycyzm wobec tej waluty, podkreślając, że nie dołączymy do niej, dopóki ona się naprawi, podważają wiarę w sens istnienia unii walutowej. I Polacy im niestety uwierzyli. Mam wrażenie, że my, jako klasa polityczna nie do końca przemyśleliśmy ten ruch. Owszem, własna waluta, w naszym przypadku złoty, oraz jego deprecjacja pozwoliła nam złagodzić skutki kryzysu, choć pamiętać należy, że wszyscy za to zapłaciliśmy. Mamy po prostu mniej pieniędzy, za wszystko płacimy więcej, więc stało się to kosztem społeczeństwa. Kiedy słucham np. polityków PIS, którzy widzą w deprecjacji waluty wartość sama w sobie i widzą tylko jej pozytywy, chętnie z niej korzystają to mnie ciarki przechodzą. Wracając do wspólnej waluty. Dzisiaj w polskiej polityce dominuje pogląd, który wmówiliśmy Polakom, że wejdziemy jak EURO będzie zdrowe, ale dziś kształtuje się nowa mapa Europy, kraje strefy euro coraz bardziej się integrują. Pytanie, czy dla nas jest bezpieczne pozostawanie poza tym systemem. A jeśli uznamy, że nie jest to jak przekonamy rodaków, że musimy integracje ze strefą EURO przyśpieszyć, skoro skutecznie ich przekonaliśmy, ze nie ma gdzie się spieszyć.

Możemy próbować trzymać nogę w drzwiach - tak jak teraz.
Tyle, że integrująca się Europa to nie jest kino, do którego można wejść w trakcie seansu ryzykując tylko utratę nudnych reklam na początku i ewentualnie pierwszych scen filmu. To jest twarda gra polityczna, w której głos mają tylko obecni. Gdybyśmy pozostali poza, na przykład nie przystępując do unii bankowej, może się okazać, że nowe regulacje będą miały na nas gigantyczny wpływ, natomiast my wobec nich będziemy bezradni. Natomiast dołączając do niego oddamy część swoich kompetencji, ale w zamian zyskamy możliwość wpływania na niego. Trzeba o tym pamiętać. Dziś łatwo wmówić Polakom, że unia bankowa, czy euro są dla nas niekorzystne. Sprawny orator może z równą łatwością wkręcić społeczeństwo w to, że to nam się opłaca lub że się nie opłaca. Ale później bardzo trudno będzie odkręcić to, co raz się powie. Ten problem mają dziś Brytyjczycy. Tamtejsi politycy powiedzieli swoim wyborcom, że Unia jest dla nich niekorzystna i dziś nie wiedzą, jak się z tego wycofać. Sami się zapędzili w kozi róg. Mam nadzieję, że my będziemy mądrzejsi i unikniemy takiego błędu.

Na razie rozmawiamy abstrakcyjnie - kwestia unii bankowej, czy członkostwa w strefie euro nie są tematem rozmów w Polsce. Takim tematem jest natomiast 300 mld zł z nowego budżetu. Jak należy się zachować, jeśli okaże się, że ta suma jest nierealna?
Daje Panu słowo, ze to nie są abstrakcyjne sprawy. Pytanie czy podejmiemy decyzje o uczestniczeniu w procesie pogłębionej integracji i szybkim przyjęciu Euro i czy ten proces się nam uda, czy nie to dzisiaj najpoważniejsze pytanie, przed jakim Polska stoi. Jeśli chodzi o wieloletnie ramy finansowe, czyli budżet dla Polski z unii to pozostaje wciąż wielkie wyzwanie. Rozgrywa się to na dwóch poziomach. Realnym i politycznym. Jak bardzo potrzebujemy tych pieniędzy nie trzeba nikogo przekonywać. Wierzę, ze wszystko zakończy się dobrze i uda się nam osiągnąć budżet znacznie lepszy niż w obecnej perspektywie, a pamiętać należy, że doszły choćby nowe kraje, biedniejsze od Polski. Płaszczyzną czysto polityczna jest czy otrzymamy 300 mld, które obiecała Polakom Platforma. Jeśli będzie to nieco poniżej to oczywiście świat się nie zawali, ale stanie się to pretekstem do ataków na rząd, w pewnym sensie zasłużonych, bo deklaracja padła. Zawiesiliśmy poprzeczkę bardzo wysoko i robimy wszystko żeby ją pokonać. Nie grozi nam drastyczne obniżenie naszych oczekiwań, bo jak każdy dysponujemy w tej kwestii prawem weta. Zresztą, ta deklaracja PO z kampanii wyborczej odgrywa ważną, pozytywną rolę. Wszyscy wiedzą, co Donald Tusk musi przywieźć do kraju. Nasz pozycja jest mocna, a oczekiwania znane.
To słowo na "w" jest na liście wyrazów zakazanych premiera Tuska.
Bo to jest trochę jak broń atomowa - ona odgrywa pozytywną rolę, dopóki nikt jej nie używa, działa doktryna odstraszania. Dlatego premier nie grozi wetem, podobnie jak większość europejskich przywódców. Ale każdy z nich wie, że w czasie szczytu UE każda osoba na sali ma przy sobie teczkę z kluczami atomowymi i czerwonym guzikiem - i gdyby sytuacja zrobiła się dla niego dramatyczna, to ten guzik naciśnie. Wszyscy o tym wiedzą, więc o tym nie mówią. Dlatego właśnie tak mocno napiętnowano w Europie Davida Camerona - powszechnie uważa się, że on zawiódł, gdyż głośno o tym wecie mówił. Bierzemy udział w zawodach, w których oceniany jest wynik końcowy oraz wrażenie artystyczne. Ważniejszy jest wynik - w tym przypadku doprowadzenie negocjacji budżetowych do końca. To dla Polski jest kluczowe. Jako partia wiemy, że liczy się też wrażenie artystyczne - i mamy świadomość, że możemy dostać niższe noty, jeśli efektem negocjacji będzie np 296 miliardów, bowiem może nam się nie udać osiągnąć to, co obiecaliśmy. Cały czas mam nadzieję, że dokończymy te negocjacje w dobrym stylu. Ale przede wszystkim musimy zachowywać się odpowiedzialnie - nawet gdyby miało to oznaczać wizerunkowy kłopot dla Platformy. Zresztą przyjmując z pełną świadomością to wyzwanie spodziewam się uczciwej oceny, jeśli wszystko, co obiecaliśmy osiągniemy.

Jest szansa, że zawody w negocjacjach budżetowych zakończą się w styczniu lub lutym. I Pan nie ma wątpliwości, że następne zawody, w jakich Polska powinna wystartować, to wejście do unii bankowej, a następnie strefy euro?
Tak. Wiele wskazuje na to, że UE jaka znamy przejdzie do historii. Polska może pozostać w strefie wolnego handlu. Może ogłosić, że jesteśmy krajem neutralnym - jak Szwajcaria, czy Szwecja. Ale Polska jest położona między Niemcami i Rosją. Nie jestem przekonany, czy w takiej sytuacji stać nas na to, by być bytem samodzielnym w integrującym się otoczeniu. Jesteśmy częścią Europy Zachodniej. Ta Europa ma swoja walutę, wspólne instytucje i na dłuższą metę trzymanie nogi w drzwiach, jak pan to ujął postawi nas poza zjednoczoną Europa. A nie jesteśmy wyspą jak Wielka Brytania.

Znów uciekliśmy w rozmowie daleko do przodu, a tymczasem rzeczywistość skrzeczy - strefa euro pogrąża się w recesji, co fatalnie odbija się na stanie polskiej gospodarki. I nie widać pomysłu, za pomocą którego kapitan Tusk chce ominąć tę rafę.

Polska w ciągu ostatnich kilkunastu lat podwoiła swoje PKB. Przyzwyczailiśmy się, do trwałego wzrostu, ale cykle koniunkturalne pozostają zjawiskiem naturalnym. Osłabł nasz eksport do Europy Zachodniej, bowiem ona sama ma problemy. Dynamika rynku wewnętrznego również spadła. Polacy zaspokoili deficyt dóbr konsumpcyjnych, jaki mieli od lat - już kupili sobie pralki, telewizory, samochody, komputery, o których od dawna marzyli. Dlatego musimy zacząć zmieniać polski model gospodarki. Teraz specjalizujemy się w montowaniu sprzętów wymyślonych gdzie indziej. To nie jest zły model, nie należy go lekceważyć - nie każdy umie to tak dobrze robić i to w konkurencyjnych cenach. Musimy również szukać możliwości znacznego zwiększenia naszego eksportu poza Unię. To jest problem całej Unii, może z wyjątkiem Niemiec.

Jak? To wymaga wejścia na teren gospodarki innowacyjnej, która jest piętą achillesową Polski. I będzie jeszcze długo - to konsekwencja niskiego poziomu polskich uczelni wyższych i krajowych naukowców.
Nie zgadzam się z panem. Widzę polskich przedsiębiorców dynamicznie wchodzących na obszary, które jeszcze kilka lat temu wydawały się niedostępne. Mamy już firmy robiące rzeczy niedawno dla nas nieosiągalne.
Ale to zaledwie kilka pierwiosnków, szybko nie uda się przełożyć tych kilku małych sukcesów na szerszą skalę. Większości Polaków pozostanie ciężko pracować za niewielkie pieniądze w montowniach sprzętu na zachodniej licencji. I już widać, że doszliśmy do ściany, możliwości dalszego rozwoju gospodarczego opartego na tak prostym schemacie się wyczerpują.
Używa pan zbyt dramatycznego języka, przesadza pan.

Przesadzam? Proszę spojrzeć na dane PKB. Jeśli one jeszcze spadną, to na wiosnę możemy być świadkami kryzysu rządowego - sam Pan przed chwilą opisywał, co się dzieje z rządami krajów w kryzysie.
To konsekwencja polskiego zacofania. Cały czas nie mamy firm typu Siemens, które dysponują budżetami na badania i rozwój liczonym w miliardach euro. Musimy nadrabiać determinacją i pracowitością. Owszem, rząd może pomagać, ale nie ma wielu możliwości. Nie wierzę w takie rozwiązania, które zakładają, że premier przeznacza duże pieniądze na badania i nagle - jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki - stajemy się krajem nowatorskim i innowacyjnym. Wierzę natomiast, że zdołamy stworzyć system funkcjonowania państwa bardziej efektywny niż nasi sąsiedzi, gdyż oczekiwania Polaków są też inne, mniej roszczeniowe niż gdzie indziej. Także działania należy skoncentrować na uzdrawianiu finansów publicznych, najlepiej, by udało się tego dokonać bez konieczności podnoszenia podatków. Lepiej skupić się na tym, niż jęczeć, że nie potrafimy przejść z gospodarki prostej do gospodarki bardziej zaawansowanej intelektualnie.

Broni Pan rządu PO, to naturalne. Ale nie ma Pan wrażenia, że ten brak umiejętności przejścia z jednego modelu gospodarczego do drugiego to konsekwencja grzechu zaniechania, jaki popełniacie od 2007 r.? Mówię o utrzymywaniu bardzo niskiego poziomu nakładów na badania, poniżej 1 proc. PKB. Korea Płd podniosła je do poziomu 5 proc. PKB - a ich Samsung to jedna z najbardziej innowacyjnych firm świata.
Pan raczy żartować? Ja magnetofon Samsunga miałem w domu w czasach PRL-u i to był mój największy skarb. Tymczasem magnetofonu Kasprzak, czy taśm Stilonu Gorzów lub Wiskordu Szczecin Koreańczycy u siebie nie mieli. Trzeba pamiętać, że Samsung nie powstał w ciągu ostatnich 10 lat tylko jest gigantem, od co najmniej lat 70 a Korea Południowa jest krajem demokratycznym wspieranym przez USA od zakończenia II wojny światowej. My gonimy Koreańczyków - ale dziś nie możemy się do nich porównywać. My możemy się porównywać do Czechów. Jeszcze 10 lat temu stawiano nam ich za wzór pracowitości, gospodarności, zaradności. Czy uważa pan, że dziś powinniśmy mieć kompleksy wobec Czechów? Nie powinniśmy. Oczywiście, rozumiem pana, że oczekuje pan od rządu więcej. Ja też oczekuję. Ale nie potrafię stanąć w jednym rzędzie z tymi, którzy uważają, że w naszym kraju wszystko dzieje się za wolno. Naprawdę w Polsce rozwijamy się w niezłym tempie. Owszem, wiele można poprawić. Chętnie słucham krytyków, na przykład profesora Balcerowicza, często się z nim zgadzam. Ale krytykę trzeba niuansować. Sam mam pretensję do rządu o to, że zbyt wolno reformuje administrację, która jest dużym obciążeniem blokującym rozwój. Ale pojedyncze zaniechania nie mogą być podstawą do niesprawiedliwych uogólnień.
Administracja to raz - ale największą blokadą w rozwoju kraju szybko okaże się słabość naszej kadry naukowej. Już teraz to widać podczas dyskusji o technologii wydobywania gazu łupkowego. A rząd od lat nic nie robi, by to poprawić.
Problem polega na tym, że polskie uczelnie cały czas nie wyszły do końca z PRL-u. Środowisko akademickie skupiło się na zarabianiu dużych pieniędzy w związku z gigantycznym wzrostem popytu na naukę, sprowadzając ten boom niestety bardzo często do świadczenia usługi uzyskania jedynie dyplomu za sowitą opłatę. Nie wykorzystano tego popytu, aby zbudować silne zaplecze intelektualne uczelni, podnieść ich poziom. To wielka porażka Polski i środowiska naukowego, która potwierdza moja tezę niestety, że środowiska cieszące się autonomią w naszym kraju, tzn. akademickie, prawnicze nie są zdolne do reform. Ulegają partykularnym, krótkowzrocznym interesom. Proszę zobaczyć jak zmieniła się polska szkoła, widzę to, jako ojciec dwóch uczennic publicznej szkoły, mówią to obiektywne międzynarodowe analizy, za wzór przekształceń stawia nas choćby brytyjski minister edukacji. Mam nadzieję, że do środowiska naukowego wreszcie dotrze, że polski student ma już wybór i może studiować w całej Unii Europejskiej.

Ostatnia rafa rządu. Jakim problemem dla niego jest premier Donald Tusk? Dziś przed nim stoją dwa scenariusze. Może przenieść się do Brukseli - ale wtedy może oznaczać to brutalną wojnę o sukcesję w PO. Może też zostać na czele partii - ale wtedy duża grupa polityków w partii pozostanie sfrustrowana, gdyż będą ciągle tkwili pod szklanym sufitem, nie pozwalającym im realizować własnych ambicji. Jak rozwiązać ten dylemat?
Nie chcę mówić o ambicjach pojedynczych polityków, to nieistotne. Ja też nie jestem pozbawiony ambicji i czuję się nie do końca wykorzystany, ale nie widzę powodu, by z tego powodu się użalać. Zresztą, jeśli dla polityków partii rządzącej tak wielkim problemem staje się kwestia niespełnienia osobistych ambicji to zawsze mogą przypomnieć sobie jak swoje ambicje realizowali będąc w opozycji. Dziś wszyscy członkowie Platformy muszą skupić na swojej pracy, żeby partia wygrała wybory w 2015 r. Ja osobiście potrafię czerpać szczerą satysfakcje z faktu, że moja formacja ma szansę wygrać wybory po raz trzeci z rzędu. Dziś, dwa i pół roku przed wyborami, jesteśmy na dobrej drodze do tego - i tak naprawdę tylko od nas zależy, czy odniesiemy sukces, czy nie. Przed nami gigantyczne wyzwania i na nich musimy się skupić. Jest naprawdę co robić.

Donald Tusk będzie prowadził PO do kolejnego wyborczego zwycięstwa?
To jest nasz rząd i nasz premier. Nie jestem wobec nich bezkrytyczny. Ale wiem, że od powodzenia tego rządu zależy, rozwój Polski oraz to czy wygramy wybory, czy nie. Mamy wielki zaszczyt sprawować w Polsce władze i naszym zadaniem jest zrobić z tego dobry użytek. Jeśli tworzymy rząd to oczywiste jest, że premier jest naturalnym liderem. Dzisiaj jest czas na prace, a nie szukanie sukcesorów.

Rozmawiał Agaton Koziński

Wideo

Komentarze 9

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

K
Kantorr
Dziennikarz przy formułowaniu pytań, nie kierował się zweryfikowanymi faktami,lecz wymyślonymi przez siebie fobismi.Sam tytuł sugeruje, że koalicja się sypie,natomiast z wypowiedzi Nitrasa ,nic takiego nie wynika.Czy to jest głupota dziennikarza czy toporna prowokacja.
a
a
To ten debil ktory cofa na autostradzie a potem jak tchurzliwy szczur zaslania sie immunitetem
A
Artur
Naprawde dobrze to wszystko brzmi, nie wiedzialem ze z p.Nitrasa taki medrzec! Mozliwe ze sie podciagnal ostatnio, jak zszedl z ekranow tv... tak czy siak przyjemna rzeczowa polityka sama slodycz
31 węzłowy Burke
On Ciebie wykorzysta.
31 węzłowy Burke
On Ciebie wykorzysta.
p
pitt
Szczecin ma od lat kłopoty z utrzymaniem czystości. Zatem... Jest miejsce do popisu! Nadto, PiS potrzebował wczoraj służby dozorujące 200 tys. marsz. I niewątpliwie, PiS byłby niezmiernie kontent gdy któryś członek PO pomógł w jego organizacji. Gdyż Polska jest jedna i nie ma polski PO.
A
AL
I znowu błazen by popierdala...ł po autostradzie pod prąd,lepiej niech siedzi tam gdzie jest i gębę zamknie. Poza tym już niedługo razem z kolegami z PO pójdzie na zieloną trawkę.
G
Gabriel
Panie Nitras, nie wiedziałem, że Pan taki płaczek ?
Pan jest nieobłożony robotą ?
A
Administrator
To jest wątek dotyczący artykułu Nitras: Nie chcę się użalać, ale czuję się w PO nie do końca wykorzystany
A
ALA
NIESIOLOWSKI NIE BEDZIE ZYC WIECZNIE
Dodaj ogłoszenie